Marek Jastrząb: Krystyna i Hamlet8 min czytania

()

07.05.2023

Maurycy usiadł w kątku przy kontuarze, w pobliżu półotwartych drzwi, obok muzyka, którego zatrudniono w klubie Pod Wesołym Mamlaczem na etacie wirtuoza. Widział, jak kawiarniane opary wsysały do środka zastępy smakoszy. Co pewien czas wykopywały nasyconych, a brzuchaty szatniarz kłaniał im się cyklicznie. A między stolikami, po dywanowej wykładzinie, laskonogie kelnerki, wystrojone w służbowe uniformy i przyszywane uśmiechy, zwijały się mechanicznie: serwowały temu rachunek, tamtej – wino, a wszystkim bez wyjątku – ciepławe „sorry”.

Rozdygotane paniusie, wystrojone jak choinki na Wielkanoc, z mężami zamiast breloczków, kładły dłonie na szklankach cieczy à la kawa, podczas gdy krępy baryton dawał wycisk słuchaczom. Śpiewał co żwawsze kawałki z „pieśni do słów”, a ujeżdżający po klawiaturze pianista trzepał rytm. By nie wypaść z roli artysty, wadził się z własną nieudolnością, zachęcał, prosił, szturchał klawisze grubymi serdelkami. Grał z nerwem, nie zwracając najlżejszej uwagi na wyczyny śpiewaka, który omdlewająco dyszał w stronę zabłąkanych melomanów.

Ilustracja wytworzona przez sztuczną inteligencję

Wkrótce baryton przestał szlochać do słuchu, lecz, uparcie zachwycony własnym talentem, wsłuchany w swoje wizje, nadal improwizował, nieprzerwanie rąbał kolejne arie, aż kilku zniecierpliwionych ludzi, kurtuazyjnymi brawkami dało mu znak, że ma spadać, i zapadła cisza przerywana mlaskaniem.

Lubił tu bywać. Kochał być „w przyczajeniu i rozmodleniu”, jak nazywał ten swój kibicowski proceder. Anonimowo patrzeć na gwarny ruch toczących się, dyskusyjnych sabatów. Intelektualnych podróży donikąd. Wędrówek, w których jeszcze nie tak dawno brał udział. O czym niechętnie i niemal z rozżaleniem wspominał sąsiadom od kieliszka.

Postanowił, że zanim wyjedzie z miasta, pożegna się z Klubem. Tuż przy drzwiach do kibla znajdował się jego stolik. Jak zawsze, wśród nich, naczelny Hamlet, Piotr. Podszedł więc do siedzących, opadł na krzesło i patrząc na apaszkę Piotra, zamówił herbatę.

– W czym rzecz? – spytał.

– A, tak, mówimy o królach i wojnie – powiedział F. – Niegdyś było oczywiste, gdzie żmija ma ogon, a teraz są na ten temat chytre koncepcje –

Z tego, co słyszał, wysnuł wniosek, że F, profilaktyczny cwaniak, radykał i wolny strzelec jakichkolwiek idei, złagodniał ostatnimi czasy, jakby obluzowały mu się szare komórki. Wycofał się z dotychczasowej agresji, przycichł i przestał odstawiać specjalistę od cudzego postępowania, co, dla klubowiczów, oznaczało, że się mentalnie rozcieńczył. Nagle zmętniały mu poglądy, stały się płynne i trudno pojmowalne. Krążyły nawet pogłoski, że dokonał w sobie prywatnej weryfikacji. Jakiejś drobiazgowej przebudowy dotychczasowych mniemań.

Z dnia na dzień zrobił się uśrednionym wyznawcą każdego trendy–przekonania. Gdy przychodził do Klubu, gdzie czuł się dopasowany do tapety i uroczy jak dawniej, w hitowych glanach i bez krawatowych poglądów, zachowywał się jak płyta, która zanim pękła, przestała się zacinać

Odwracając się do Maurycego, F. uzupełnił:

– Mówimy, że równość w łóżku to aktualne hasło wyemancypowanej baby. Popatrz na Jolę, prawomocną zdzirę T. Wiesz, co z niej zostało. Zastanów się, co wyrośnie z jej córeczek. Takie same lub mniej więcej takie same, osowiałe „kreacje”. Ani się nasz T. obejrzy, jak znajdą wybranych jełopów, którzy pozwolą im na pomiatanie sobą. Awans w dół przypieczętował jego los. J. tak go nakręciła, że nie ośmiela się myśleć na własny rachunek. Przysłoniła mu horyzont i jest jego refleksem. Kiedy nie ma jej w pobliżu, T. Kapcanieje i robi się wytarmoszony z wigoru –

– Ona mu w glacę, a on jej dziękuje ze strachu – dorzuca Ruda, nauczycielskie zjawisko. Jest tutaj brana za ciotkę–poczciwotkę, nieraz jednak rżnie błyskotliwą. Początkowo zagubiona w popisowych oracjach tutejszych mędrców, w ich swobodnym przerzucaniu się z tematu na temat, w uściślaniu, nawiązywaniu, abstrahowaniu i mówieniu śmiało, lecz bez sensu, po przejściu erudycyjnej kuracji, nabrała stosownej ogłady, towarzyskiego poloru, śmigłej orientacji w tym, o co tu biega.

Owa sprytna mimikra pozwoliła jej być nie tylko niemą ozdobą klubowych pogawędek, ale pojednawczą negocjatorką. W razie potrzeby, kiedy stolik tracił animusz i należało przerwać nudę, potrafiła rozłożyć T. na czynniki pierwsze, zadać mu bobu, popędzić kota, obedrzeć z nawiedzonej prawdy i złachanych aforyzmów i nim zdążył doczołgać się do końca zdania, poczynał oddalać od reszty stolika, malał, niknął w oczach, wątlał i nikczemniał, stając się jej łupem i ze wszystkich stron obśmianą padliną.

Gdzie może, niewinną rżnie, a do Klubu z racji Piotra zagląda.

Piotr. jest przystojny, ma spojrzenie dogłębne, zaborcze. Pozuje na notorycznego uwodziciela. Tu i ówdzie bywały, z otwartymi ramionami przyjmowany, na zmiany otwarty, zipiący co rusz to nowszymi prądami, wesoły, jak trzeba, smutny, gdy nie. Obwołany arbitrem, zostawał nim. F. poprawi, T. potrząśnie, ze wszystkich stron podoba się Rudej, a ona wie, co dobre.

To dla Piotra wykierowała się na ludzi. Razem trafili na studia. Uważał ją za siostrzyczkę, tylko jej zwierzał się ze swoich podbojów, zgryzów i rozterek, przy czym nieświadomie, zachowując się jak niefrasobliwy kokiet, druzgotał jej serce: .

Ruda już linieje, Piotr będzie wkrótce zmurszały, stanie się lakoniczny, coraz mniej elokwentny. Dla niepoznaki siekaczem błyśnie, brzuchem zaświeci, spocone cylindry przetrze i coraz częściej ozdobi twarz niepewnym uśmiechem. Ale jeszcze nadrabia miną. Wciąż surowy, nieprzejednany, apodyktyczny, temat zmienia, senne oczy krótkowidza mruży, za rumianą przeszłością wzdycha.

To jednak dopiero nastąpi, przyjdzie znienacka, bez uprzedzenia.

– Tak, moja droga, żeby być idiotą, nie trzeba być nim ciągle – mówi – Starczy poudawać mądrego – dodaje – czego żywy przykład siedzi przed tobą. Popija łyczek. Milczy chwilę. – Skończyłem się, Krystynko… – powiada. Nie, nie powiada: mówi. Jest teraz bezradny. Staje się zaduszkowy, zakłopotany, cylindry szmatką wyciera.

Krystynko, wreszcie padło imię, na które czekała od dawna, od czasu, gdy zaczęła karmić się nadzieją, że będą razem.

– Albo może nigdy się nie zacząłem – dorzuca – bo czy mam prawo mówić o sobie, skoro żyłem bez celu, wyzuty z indywidualności, która była zapożyczona i martwa? Jeśli wiedziałem, że nie jest moja, że to jeszcze nie ja, tylko zarodek, wątłe pisklę rzucone na wodę.

– Pisklę? – wtrąca się F. – Każdy może tak powiedzieć!

– Ale ty masz za co być frajerem, masz za co się mylić – odciął się Piotr. – zaś ja jestem frajerem za darmo, bo nie miałem tatusia zapracowanego bałwana, który przymykał oko, spuszczał kurtynę, wyprowadzał na spacerek.

– Dosyć – mówi F. – ludzie słyszą, a poza tym wszyscy mamy źle w głowie, co nie oznacza, że nikt nas nie kocha.

– Pax, pax – rzekła Krystyna – nie kłóćmy się, kto z nas ma większe parchy.

Maurycy poczuł zmęczenie. Był rozczarowany miejscem, w którym słowami spreparowanymi z dymu i puszek po piwie grano w dyskusyjnego salonowca. I słyszał zdania zastępujące chustkę do nosa, ordynarną szmatę, w którą smarkano i oglądano jej zawartość pod światło. Z coraz większą niechęcią wracał do tamtych kontaktów. Coraz mocniej bronił się przed nimi. Coraz łatwiej przychodziło mu odmawiać uczestnictwa w rozmowie z kimś, kto mu przeszkadzał pozostawać w snach. Zaczął wchodzić w hermetyczny świat swoich osaczeń i przeczuleń. W nieufną obserwację ludzi, którzy udawali, że cierpią, a chcieli wprasować go w męczącą codzienność. Już nie tolerował widoku przewlekle zgorzkniałych, tryskających sztuczną energią; zakłócali jego smutek i rozpychali po lękach. Szwendali się po cudzych myślach w zabłoconym obuwiu, udając, że ich cierpienia mają klasę, certyfikat i dobre pochodzenie. Że mają ekskluzywne przeżycia i bardziej zasługują na zrozumienie.

Klub stawał się miejscem, w którym tramwaj w oku służył za olśniewającą metaforę, wyznaczał ślepym gadkom ślepą drogę. Działy się w nim „zbiegi okoliczności” i zdarzały „przypadki”, „wyjątki uzasadniające regułę”, „ewenementy”. One zaś pęczniały w nim na podobieństwo tuzinkowych fircyków przykutych do sztampy. Odważna jeremiada o naleśnikach ze śmietaną przynosiła im więcej satysfakcji, aniżeli sążnisty referat o bohaterstwie. Wyspiański nie miał takiego wzięcia jak szczegółowa dysertacja o śledziach w oleju. Lowry bladł przy apoteozie szprotki, a Proust przegrywał na punkty z knedlami, więc machnął im ręką na pożegnanie i wyszedł.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

źródła obrazu

  • jastrzab: BM