24.09.2023
Czytam „Przymówki” Jerzego Szperkowicza i nie mogę się oderwać, choć pilna robota czeka.
Właśnie przeczytałem opis pobytu w międzynarodowym Instytucie Badań Jądrowych w Dubnej w czasie lądowania astronautów z misji Apollo 11 na Księżycu. Lipiec 1969. Jerzy Szperkowicz był wtedy moskiewskim korespondentem „Życia Warszawy”. A ośrodek w Dubnej był uprzywilejowaną enklawą niepodlegającą aż tak ścisłej kontroli, jak reszta sowieckiego świata. Szperkowiczowie pojechali tam w nadziei obejrzenia transmisji z lądowania bez cenzury. Obejrzeli transmitowane przez radziecką telewizję powitanie polskiej delegacji, która przyleciała do Moskwy z okazji obchodów 25-lecia podpisania Manifestu PKWN. Wolność ośrodka w Dubnej też miała swoje granice.
Naszej rodziny już wtedy w Moskwie nie było, a doskonale pamiętam emocje (my to na Wenus już latamy!) towarzyszące amerykańskiemu lotowi załogowemu na Księżyc z moich moskiewskich czasów. Byłem przekonany, że to był Apollo 11. Poguglowałem i wyszło, że Apollo 7.
Przy okazji przypomniałem sobie, jak pan Jurek wiózł nas z Dubnej do Moskwy. Ślisko było jak cholera. Dorośli chyba mieli trochę stracha. A ja wciąż myślałem z dumą o komplecie szachów, który dostałem z dedykacją „Junomu szachmatnomu darowaniju”, od jakiegoś mistrza szachowego, z którym miałem w Dubnej szczęście zagrać. I właśnie kiedy grałem z nim jedną z partii, z głośników popłynęła wiadomość o śmierci Gagarina.
To był marzec ’68. I dlatego pojechaliśmy ze Szperkowiczami do Dubnej. Ojciec miał tam wystąpienie. Oficjalnie wydarzenia marcowe były w Moskwie tematem tabu. Ale nie w Dubnej. Tam chcieli zrozumieć, dlaczego ludzie wyszli na ulice broniąc jakiegoś spektaklu o antyrosyjskiej wymowie. Urządzili seminarium i zaprosili polskiego attaché, by to wyjaśnił. Chyba ojciec tłumaczył, że wydarzenia marcowe nie są li tylko studenckim wybrykiem. Ale miałem wtedy niecałe 12 lat, więc tak naprawdę, to tylko te szachy pamiętam. Mam je zresztą do dziś.
Może jeszcze w „Przymówkach” o tym przeczytam. Ale skoro już ląduje Apollo 11, to chyba jednak nie.
Wojciech Kuszko

Myślę, że nie tylko w Moskwie czy Dubnej był problem z rozumieniem marca 68, a zwłaszcza antysemickiej nagonki. Ja też miałem wtedy 12 lat i do mnie nic z tego nie dotarło. Po latach dowiadywałem się od polskich biskupów (m.in. dość rozsądnego bpa Pieronka), że to była wewnątrzpartyjna rozgrywka i dlatego kościół trzymał sie od tej awantury z daleka. Dzisiaj wiem, ze w gruncie rzeczy i bez zachęty moczarówców wielu (a może większość) katolików a już na pewno zdecydowana większość hierarchów (z Wyszyńskim na czele) po prostu myśleli tak samo jak Moczar et consortes.
Polski marzec 1968 teoretycznie powinien ułatwiać zrozumienie koszmaru paryskiego maja 1968.. Widzieliśmy transparenty z napisem „antysyjonizm to nie antysemityzm”, mówiliśmy i wiedzieliśmy, że to niesłuszne. Tak wielu z wiekiem dołączyło do rewolty zachodniej akceptacji myśli wschodniej. Większość z nich nie miała czasu na szachy. Szkoda.
Sam tego, oczywiście, nie pamiętam, ale wiem z opowiadań mamy, która wyjaśniała mi później dlaczego tak nagle musieliśmy się spakować i wyjechać z Moskwy. Otóż w ’68 do Moskwy przyleciał Moczar zabiegać o przychylność towarzyszy. Z tej okazji wydano w polskiej ambasadzie przyjęcie z udziałem sowieckich notabli. Widząc jakim szacunkiem cieszy się wśród nich mój ojciec, Moczar postanowił się z nim zaprzyjaźnić. Po przyjęciu, widząc rodziców wracających spacerem z ambasady do domu, kazał kierowcy zatrzymać limuzynę i zaoferował podwózkę. Kiedy dojechali pod dom, w którym mieszkaliśmy, Moczar zagaił: „Towarzyszu generale, na pewno macie u siebie butelkę dobrego koniaku, więc może byśmy go skosztowali”. Na co ojciec: „Butelkę koniaku oczywiście mam, ale kosztować go, to zależy kiedy i zależy z kim”. W ten sposób koniak pozostał nietknięty, a parę dni później z Warszawy przyszła szyfrówka odwołująca ojca z placówki.