28.09.2023

Nieraz, w trakcie mamuciego życia, zmuszano mnie do popełnienia grzechu daremnego oczekiwania. Naciskano na wstąpienie do Klubu Religijnych Ateuszy, albo kaptowano do Sekty Zbiegłych Satanistów. Przekonywano, dodawano otuchy, hipnotyzowano, roztaczano świetlane wizje. Wynajęci agitatorzy przebierali nóżkami, bym opowiedział się za czymś, czego nie rozumiałem za chiny, a co miało mi pomóc, ułatwić, zapobiec, bym nie zgłupiał na amen i wreszcie zaczął piać w chórze klakierów aktualnego rządu.
I tak mi się wiodło: od świtu po zmierzch. Codziennie, niezmiennie obiecywano mi to czy tamto, aż do momentu, gdy przestałem się nabierać na wciskanie mi do glacy ideowych farfocli. Powiedziałem, więc dość. Zauważyłem albowiem, że jakkolwiek nieprzyzwoicie długo szwendam się po tym świecie, to nadal jestem w okresie przejściowym, w miejscu naprawiania, ulepszania, kombinowania, jak wyjść na prostą. Spostrzegłem, że kolejny raz znajduję się w dołkach startowych i znowu czekam na sygnał rozpoczęcia biegu po następne złudzenia. Na nowo, więc drepczę w początkowym miejscu marszruty do swojego szczęścia. Pełen ufności, wiary i nadziei w czekającą mnie, lepszą przyszłość, gotowy i chętny do pokonywania ekonomicznych trudności, podaję się apelom – zaleceniom zaciskania pasa i namowom na uzbrajanie się w cierpliwość.
*
W trakcie pałętania się po absurdalnej rzeczywistości, zdarzało mi się bywać w momentach dobrobytu, w czasie chwilowego ożywienia. Społecznego buntu i gnuśnej gospodarki.
Zdarzało mi się uczestniczyć w czasach, gdy miałem podstawy twierdzić, że idzie ku dobremu, bo kraj, w którym przyszło mi żyć, wychodził z nicości, przestawał być nieważny i peryferyjny, a wkraczał na europejskie salony; dołączał do cywilizacji będącej zaprzeczeniem narzuconej. Przepajało mnie uczucie nagle uświadomionej dumy z tego, że oto znajduję się w centrum państw obyczajowo pokrewnych. Wyznających bliskie mi zasady.
Jednak moment euforii, jak sama nazwa wskazuje, trwał zaledwie moment. Po nim, kiedy przez sekundę można było bez przeszkód przemierzać Europę i ludziom poprawiło się na samopoczuciu, gdy do wspomnień powędrowały pesymizmy i beznadzieje, do mieszkań i rodzin wtargnął PiS ze swoją dobrą nowiną. Z mety zrobiło się szelmowsko, gderliwie i powiało nieutuloną zgrozą, bo tęczowe otoczenie powlekło się kirem, a międzyludzka życzliwość poszła się pieprzyć. I znowu, jak za PRL. rozpoczęło się dobrze wieść nędzy, i znowu zaczęło się całowanie szczura w hemoroidy, rozdawnictwo nie swojego, uzbrajanie w cierpliwość i zaciskanie pasa.
źródła obrazu
- jastrzab: BM

„Całowanie szczura w hemoroidy” – kolejna boska bomba z Pańskiego nieprzebranego zasobu cudownych figur stylistycznych.
Jak ja to lubię!
Ja lubię zdecydowanie mniej. Odbiera apetyt
Chciałbym zacisnąć PISa. Aż do utraty tchu (jego). Ale samemu trudno.
W zasadzie, to jeden woli ogórki, drugi ogrodnika córki, choć i jedno, i drugie może zaszkodzić w nadmiarze (lub choćby tylko spaskudzić apetyt).
Natomiast jeśli chodzi o Pańskie teksty, to niezmiennie podziwiam fascynujące pióro, mój apetyt rośnie (na ogół) w trakcie czytania i z lubością wyławiam stylistyczne perełki do totalnego niezapamiętania. I niechby tak dalej.
Odpędzanie tych, co dobrze radzą, co robić i jak myśleć jest męczące. Ale nagroda jest wyjątkowo apetyczna – robię i myślę to, ch chce. I to mi się nie nudzi ani mnie nie meczy.
Jestem za działaniem, a nie za długotrwałym rozprawianiem o potrzebie działania. Gadka nawołująca mnie do roboty odnosi skutek śladowy i przypuszczam, że solidna większość ludzi nie znosi belferskiego poszturchiwania. Zwłaszcza, jeśli belfer ma drewniany nos.