04.12.2023
Bez polityki …
W 78 roku, będąc na saksach w Oslo, mieszkałem na poddaszu wspaniałej secesyjnej willi przy Drammensveien 41. Dziś chyba mieści się tam muzeum. Wtedy była siedzibą najbardziej ekskluzywnego klubu w stolicy Norwegii – Noble Dancer. Nocami pracowałem w klubie jako pomocnik barmana. Rano odsypiałem w moim pokoiku na poddaszu przepracowane noce. A później szwendałem się po pogrążonych w półmroku pomieszczeniach willi. Zdążyłem już zwiedzić całe Oslo, a willa była tak niezwykła i pięknie urządzona, że często nie chciało mi się wychodzić, dopóki głód nie wygonił mnie na miasto.
Do przyjścia pań sprzątaczek późnym popołudniem pomieszczenia klubu były zupełnie puste. Siadywałem w odrestaurowanych wiktoriańskich fotelach i kontemplowałem w ciszy niezwykły nastrój tych wnętrz. Do tego, by poczuć się jak dziedzic fortuny brakowało tylko śniadania. Ale nikt mi go nie podawał.
Pewnego dnia, zszedłszy z poddasza, usłyszałem gwar dochodzący z sali bilardowej. Zajrzałem i zamarłem w drzwiach. Tak pięknej dziewczyny jeszcze nie widziałem.
Wysoka, złotowłosa, odziana w białą suknię. Wyglądała jak Królowa Śniegu z rosyjskich bajek. Tylko zamiast ozdobnego czepca, miała na głowie migocący brylancikami diadem. Do tego piękny naszyjnik i kolczyki. To była sesja zdjęć reklamowych fińskiej biżuterii. Modelce towarzyszył przystojny, wieczorowo ubrany model. Fotografa rozpoznałem, bo był częstym bywalcem klubu. Miałem nadzieję, że on również mnie rozpoznał i pozwoli mi patrzeć. Pozwolił.
Na zielonym suknie stołu bilardowego leżał spory kopczyk biżuterii. Sesja się przeciągała. Chłopak pełniący rolę modela zaczął nerwowo spoglądać na zegarek. Musiał zdążyć na inną sesję, na którą był umówiony. Kiedy powiedział o tym fotografowi, ten zwrócił się do mnie:
– Will you help me to hold the model?
Skwapliwie się zgodziłem nie bardzo rozumiejąc, na czym owo trzymanie modelki ma polegać. Okazało się, że chodzi o zdjęcia pierścionków. Miałem kłaść dłoń na bandzie stołu bilardowego. Na mojej dłoni modelka kładła swoją, z pierścionkiem na palcu. Fotografia obejmowała tylko dłonie, więc mój zwyczajny strój nie przeszkadzał. I mogłem dalej podziwiać urodę dziewczyny. Spodziewałem się patrzeć na jej profil. Ale nie. Ona patrzyła na mnie. Z wyraźną dezaprobatą.
Kiedy dziewczyna zmieniała pierścionek zerknąłem na swoje odbicie w wielkim lustrze na ścianie. No fakt. Nie byłem tak przystojny, jak tamten chłopak. Ubrany w zwyczajne dżinsy i T-shirt. Ale nie zauważyłem w lustrze niczego, co mogłoby budzić dezaprobatę.
Znów jej dłoń na mojej. Znów to pełne dezaprobaty spojrzenie. I zjawisko odezwało się po angielsku:
– Chyba mnie nie poznajesz. Jestem Victoria.
– Musiałaś mnie z kimś pomylić, Victorio – odpowiedziałem.
Sprawa się wyjaśniła. Odetchnąłem. Ale na krótko.
– Czyżby? A kto dwa tygodnie temu przetańczył ze mną pół nocy na dyskotece? To nie ty byłeś tam z takim Amerykaninem, co sobie norweskiej żony szukał?
Ooops!
Wtedy nie pracowałem jeszcze w klubie. Mieszkałem w schronisku młodzieżowym, gdzie zaczepił mnie ów Amerykanin. Zaproponował byśmy wynajęli wspólnie pokój na mieście. Bo on przyjechał do Norwegii znaleźć sobie żonę. Chce szukać w dyskotekach, po nocy. A do schroniska trzeba wracać przed dziesiątą wieczór. Poza tym jest nieśmiały, więc sam w dyskotece nie odważy się zaczepić dziewczyny. Jeśli zgodzę się mu towarzyszyć, to we dwóch będzie raźniej. Zwłaszcza, że wydaje mu się, że ja wcale nieśmiały nie jestem.
Tym mnie ujął. Kiedy byłem nastolatkiem, własna nieśmiałość była moim strasznym kompleksem. Pracowałem nad tym, by się jej pozbyć. I ucieszyłem się, że ktoś docenił efekty tej pracy. Propozycję więc przyjąłem. Zmiana locum i chodzenie co noc po dyskotekach były finansową katastrofą. Ale nie były niemiłe. W dyskotece siadaliśmy przy piwie albo drinku i Amerykanin rozglądał się za dziewczynami.
– O, ta jest ładna. Idź z nią zatańcz.
– Ja? Przecież to ty szukasz żony.
– Ale ja nie umiem tańczyć. Zatańcz i zaproś do naszego stolika.
Tańczyłem i zapraszałem. Ciężar konwersacji też spoczywał na mnie. Bo Amerykanin, kiedy się już odezwał, opowiadał o tym, jaki ma dom i jacht. Tłumaczyłem mu, że Norweżkom tym nie zaimponuje. I radziłem, by spróbował przyjechać do Polski.
Ale dziewczyny wybierał ładne. Pewnego wieczoru wybrał Victorię.
Czułem na dłoni ciepło ręki Victorii, a policzki paliły mnie ze wstydu. Jak mogłem jej nie poznać? Co za faux pas!
– Dwa tygodnie temu rzeczywiście tańczyłem z Victorią. Równie piękną, jak ty. Ale inną.
Wyraz twarzy Victorii się zmienia.
– Ona i ja to ta sama osoba. Ale rzeczywiście jesteśmy różne.
– Są całkiem różne – przyznaje fotograf, który, oczywiście, słyszał naszą rozmowę – Jesteś usprawiedliwiony.
Dowiedziawszy się, że pracuję tylko nocami, fotograf zaproponował, bym w ciągu dnia pracował dla niego. Jako kierowca. Lubił sobie wypić od rana. Niedużo, ale wystarczająco, by nie móc prowadzić. Zgodziłem się i aż do wyjazdu z Norwegii byłem chronicznie niewyspany.

Fotograf prowadził agencję modelek i studio fotograficzne realizujące projekty reklamowe. Woziłem go po Oslo w różnych sprawach. Czasem kazał nagle mi się zatrzymać, bo zobaczył na ulicy dziewczynę, której chciał zaproponować próbne zdjęcia. Zwykle były to dziewczyny, na które – przechodząc obok – nie zwróciłbym zapewne uwagi. Kiedy go o to spytałem, wyjaśnił:
– Ty zauważasz dziewczyny, które mają w twarzy coś szczególnego, co ci się podoba. Taka dziewczyna na każdym zdjęciu wyglądałaby tak samo. Twarz fotomodelki powinna mieć idealne proporcje, ale bez cech szczególnych. Dopiero odpowiednio zrobiona staje się twarzą, która cię zachwyca.
– Tak, jak twarz Victorii – dodał ze śmiechem.
Lubiłem jeździć z fotografem, ale dużo bardziej lubiłem wozić Victorię. O czym on wiedział, a że był to ludzki pan, często dawał mi wieczorem w klubie zlecenie, bym następnego dnia pojechał z rana po dziewczynę, przywiózł do studia na makijaż, a później zawiózł na sesję.
Lato było przepiękne, więc sesje zwykle odbywały się w plenerze. Często w parku Vigelanda. Park ogromny. Od wejścia do planu zdjęć zwykle trzeba było przejść spory kawałek. Victoria wyglądała olśniewająco. Podawałem jej ramię, które przyjmowała. I tak sobie szliśmy, a spacerowicze przystawali, by na nią popatrzeć.
– O czym myślisz – pyta nagle Victoria.
– O tobie.
– Nie oszukuj. Myślisz o kumplach z Polski. I żałujesz, ze cię teraz nie widzą.
Dziewczyna się zaśmiewa. A ja oblewam się rumieńcem. Bo zgadła.
Po sesji Victoria natychmiast zmywała cały makijaż. Kiedy spytałem, czemu tak się z tym spieszy, odpowiedziała:
– Bo wszyscy się na nią gapią, aż jestem zazdrosna.
O sobie, jako o modelce, zawsze mówiła w trzeciej osobie. Wtedy wydawało mi się to jakąś idiotyczną manierą. Dziś rozumiem, jaką mądrą dziewczyną była Victoria.

Nie było wtedy smartfonów. Nie mam selfie z Victorią. Zilustrowałem więc tekst zdjęciem polskiej fotomodelki, która kiedyś, zapytana czy uroda daje szczęście, odpowiedziała mi, że często bywa przekleństwem.
Wojciech Kuszko

Fajny tekst. Czy jesteś z nią w kontakcie do dzisiaj?
Dla odmiany i odpoczynku nie o polityce. Miło, że się podoba. Wtedy bycie w kontakcie było nieco trudniejsze niż teraz. Wakacje się skończyły. W kolejnym roku znów miałem jechać do Norwegii, ale nie dostałem wizy i nie pojechałem. I więcej o Victorii nie słyszałem.
Miałem nadzieje na romantyczna opowieść. Ja tez byłem w Skandynawii mniej więcej wtedy, po trzecim roku. Opisałem to w SO („Róża i kolce”), ale bez elementów osobistych. Trochę ich było, ale nie takie emocjonalne. Z biegiem dni, z biegiem lat odkryłem, ze chowam takie opowieści. Teraz myślę, ze szkoda. To jest sól i sens życia. Fajnie jest o nich opowiadać.
Nareszcie chwilowy oddech od polityki. Cieszy mnie to.
Zgadzam się, że takich opowieści nie warto chować, Narciarzu. Dla mnie jest to osobiste wspomnienie. Miłe, więc kiedyś je sobie spisałem. Dawno temu. Teraz pozwoliłem sobie opublikować je w SO. Ale nie jako romantyczną opowieść. Nie dostałem ani nowego tekstu o polityce, ani o pieniądzach, wiec sobie o urodzie napisałem. Do refleksji. To przecież jest Studio Opinii!.
Wprawdzie poruszyłem temat lżejszy, ale wcale nie błahy. Wśród ludzkich pragnień uroda stoi tuż obok władzy i bogactwa. W SO tekstów o polityce i pieniądzach aż nadto. Moim zdaniem, uroda też jest warta uwagi.
Czy daje szczęście? Dlaczego bywa przekleństwem?
Urodą karmi się nie miłość, lecz próżność. Chłopak zamiast o dziewczynie, myśli o tym, że go kumple nie widzą. Mądra dziewczyna o tym wie i próbuje nad swoją urodą panować tak, by była źródłem korzyści, a nie nieszczęścia.
Taki redakcyjny eksperyment. Ciekaw jestem reakcji czytelników. Kiedy namawiam ludzi piszących, by napisali coś do SO, często słyszę, że to, co piszą, do SO nie pasuje. Odpowiadam, że pasuje wszystko, byle ciekawie opisane. Czyż nie?
Tak. Teksty refleksyjne pasują, ale nie powstają na zamówienie. Moich kilka tekstów powstało o wiele wcześniej. Zamierzyłem sobie, żeby to były alegorie. Pod wpływem nastroju posłałem je do Nadredaktora, a on opublikował bez poprawek. Mogę teraz zrobić taki eksperyment. Odszukam jeden z moich dziwacznych tekstów i poślę do SO. Jest króciutki, ale skoro SO płaci od wiersza, to nie zrujnuje finansów Redakcji. Ciekaw jestem, czy będzie pasował. Tylko muszę go odszukać.
Pierwsze słyszę, że SO coś płaci. Muszę spytać Wojtka Kuszko, ile dostanę za swój tekst 🙂
SO ma niezłe stawki. Za każdy wiersz jest jedna hurysa tam w niebie.
O urodzie? Ja to odczytałem jako tekst o wielu twarzach jednego człowieka. Po przeczytaniu ostatniego akapitu od razu wykiełkowało mi w głowie pytanie: Ciekawe ilu polityków po skończonym dniu pracy biegnie do łazienki aby zmyć swój „makijaż” i co czuje patrząc na siebie w lustrze.
No i nie wytrzymał bez polityki! 🙂
Ale skojarzenie skądinąd przednie.
Co to znaczy, mieć rękę do kobiet!