Andrzej Lewandowski: Alkomat5 min czytania


19.12.2023

ECHA WYDARZEŃ: Gra w dziada-to prastary fragment futbolowego treningu. Gra w zamożność- to niezmiennie praktyka dnia w tej dziedzinie sportu.

Obligacje, kasy przepełnione walorami- wpływy z UEFA oraz FIFA, które premiują za wydarzenia boiskowe oraz dotują; sponsorzy; samorządy, które się dorzucają – na tzw. działalność oraz np. budując stadiony; prawa telewizyjne; handel gadżetami; no i wpływy ze sprzedaż biletów oraz karnetów…

Czyli, wciąż bazowanie na tezie, że lekka atletyka może sobie być królową sportów, ale piłka jest zdecydowanie liderem. Spektakle z milionowo-miliardową widownią; trybuny największe i zazwyczaj wypełnione; namiętności rozpalone czasem do szaleństwa.

Jak – to detalik opisujący nastroje – całomeczowe śpiewanie i skandowanie haseł (anty- dla mnie) dopingu – tak, że sił na obserwację boiska i osobistą analizę, co na nim- jakby nie stawało…

O sumach nie piszę, choć media się nimi podniecają. Są ogromne, pewnie na poziomie budżetu regionu, ale nie wiem, co brutto, co netto. Co po fiskusie – i nie wiem w jakim stopniu srogi a w jakim łaskawy – bo jeśli się ma chody, to może być jak z tzw. emeryturą specjalną przyznawaną uznaniowo. Ale i tak wiadomo, że zamożność jest w piłce inna niż w życiu tych- z trybun… A i bonusy inne- w takim PZPN – czytam- bliższe tym z NBP niż racjonalnym oraz logicznym system sprawiedliwego nagradzania.

Nie podniecam się, nie fascynuję, że i „pojedynczy piłkarz”, to osoba z góry przez bliźnich i los faworyzowana.

Po prostu odnotowuję, że tak sobie świat wartości umeblowaliśmy. I gdy czytam, jakie np. pasje ma Pan Robert (szybkie auta- w liczbie mnogiej), albo czasomierze za setki tysięcy, specjalnie mnie to nie bierze. Podobnie jak refleksja „historyczno-wspomnieniowa asa piłki, o dawnym „bieda-kwaterunkowym” (40 metrów) mieszkanku na Żoliborzu, przy dzisiejszych metrach z ogrodem i basenem…

Nazwisko mamy takie same, ale pozycja nie do porównania. Nie mam dreszczy z zazdrości, gdy czytam kasowe rewelacje, tak przez media ukochane. Ma, to ma. Nie w prezencie, nie na zasadzie- tanio kupił drogo sprzedał, lecz osobiście wykopał sobie fortunę, a że z piłką utalentowanemu łatwiej, niż bez niej- takie TAM DZIŚ reguły i możliwości.

Ale czasem się i informacją o forsie jednak wzruszę. Gdy – np.- czytam, ile kosztuje talerz rosołu w restauracji, która należy do mistrza kiwki, a w niedawnej przeszłości jeszcze strzelania goli. Tu już się jawi porównanie trochę na własny użytek. Wiem, że TAM na rosół mogę nie iść, ten własnego pomysłu i wykonania będzie tańszy.

DALEJ- pieniężnym nurtem. Panna Iga- i medialna moda śledzenie „za ile”.’ Sumy dla rodaka- przeciętniaka, jak ja, niewyobrażalne. Ale wiem, że zazwyczaj podawane- by wzbudzić zazdrość, lecz mało rzetelnie. Bez analizy- brutto, bez sum zabranych z automatu przez fiskusa, bez wydatków, które trzeba było ponieść, by w ogóle o TO zawalczyć. Przez lata potwornie ciężkiego treningu i na to, by każda wyprawa z rakietą finansowo była porządnie oprawiona, zaś zespół opiekuńczy trwał w przekonaniu, że uczestniczy w kształtowaniu wspaniałej kariery i był zadowolony z pieniędzy od pracodawczyni. Wtedy owe sumy wyglądają pełniej, prawdziwie, może inaczej niż w cytatach medialnych.

Osobiście- wciąż podziwiam, i jeśli czegoś zazdroszczę, to talentu sportowego, pracowitości i charakteru.

Teraz wspomnienie w nawiasie. Opowiadała mi kiedyś pani socjolog o badaniach grupy bokserów. Kiedy mieliśmy sławnych.

„Wie pan, pytam, ile w jego sukcesach jest z talentu, a ile z pracy nad sobą, a on odpowiada pytaniem- przepraszam, a co to jest ten talent?”

Tak mi to wróciło, gdy czytałem kolejne opisy życia mistrzyni z Raszyna. A zwłaszcza „wyznanie”, że kocha przyrządzanie śniadań swojej ekipie. „Sama ich nie jem, są za pożywne, ale oni – tak. A ja chcę, żeby mnie lubili…”

Znów piłka. PZPN ma dość zwarty front prasowy. Przeciw, nie za – żeby było jasne. W rejestrze przewin ostatnio koledzy po fachu wyczuli natężenie woni alkoholu. Prezes dementował, ale opisy poszły w świat i w eter, a są niepokojące.

Głowy jakieś słabe, zakąska za uboga; może poczucie bezkarności nadto rozbudowane. Czort wie, ale coś musi być na rzeczy, bo jednak za często logika działań i ocen wydaje się zakłócona. Może alkomacik dla działaczy, jak VAR dla wydarzeń boiskowych?

Tanie moralizowanie? Toż gorzałkowały pokolenia- w tym sportowe, więc … Owszem, bywało. Nie powiem. Ale świat był inny, tzw. życie towarzyskie inne, więc i zwyczaje też. No i jakby głowy mocniejsze i zazwyczaj był ktoś wciąż sprawny, by rachunek uregulować, a „słabszych” dostarczyć do domu.

Sam jestem z pokolenia, które wydawało gazety codziennie- żadne tam święta, wolne soboty… Nawet noc sylwestrową przychodziło spędzić w drukarni, a dopiero gdy maszyna rotacyjna zaczęła wypluwać egzemplarze – przychodził Nowy Rok. Panie z korekty wystawiały kanapki, redaktorzy polewali – zazwyczaj i naczelny wpadał. Później był etap „dobre redakcyjne, teraz drukarskie” i … Ale po robocie, nie w trakcie, jak czytam o obecnych zwyczajach „przyboiskowych”. Czyli – niezależnie od sprostowań i polemik- może rzeczywiście alkomat przy VARze?

Na koniec – dobre jednak słowo o futbolu. Legia grała z Holendrami jak trzeba i awansowała w europejskiej stawce klubowej. Do tego zarobiła sporo grosza, MILIONY – choć wypadło też wnieść do UEFA sporo za „mandaty”; w sumie jednak na plus, a podejrzewam, że Państwo Kibolstwo nie przejmie się tym, ze UEFA karnie zakazała paru wyjazdów na mecze. Nie pierwszy raz, więc … Zresztą nie tylko nasza to dolegliwość. Jak covid…

Na koniec, aby radość z awansu logiki nie zakłóciła – lapidarne podsumowanie wygranej 2:0 z holenderskim konkurentem. Oba gole strzelili cudzoziemcy grający w Legii, a asystę też ma na koncie „cudzoziemiec”

Czyli – radość radością, milionowe zyski – zyskami, ale np. zależność stanu reprezentacji od siły klubowej, wciąż w tradycji i teorii…

Andrzej Lewandowski


Senior polskiego dziennikarstwa sportowego, b. szef działu sportowego “Trybuny Ludu”.

Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email