07.02.2024
Mamy prognozy – i to takie, które nie są zwykłym gdybaniem, że może będzie tak, a może wprost przeciwnie – mamy precyzyjne wyliczenia demograficzne – a demografia to taka nauka, której prognozy są prawdziwe. Według tych prognoz zapaść demograficzna, jaką obserwujemy w polskim społeczeństwie, tu i teraz, jest ogromna i nadal się pogłębia. Według tych prognoz za kilkanaście lat w Polsce będzie ludzi mniej, mniej o 11 milionów.
Polska licząca nie 38 a 27 milionów mieszkańców – czy to dobrze czy źle?
Wsłuchując się w liczne głosy ludzi nauki i publicystów, możemy zauważyć wspólny ton zaniepokojenia, a nawet trwogi – co to będzie? jak sobie poradzimy z wyzwaniami współczesności? Kto będzie pracował na emerytów? Czy nie stracimy na znaczeniu w polityce europejskiej i światowej?
To, co powiem, nie jest oparte o żadne pogłębione źródła i studia socjologiczne, to raczej głos obserwatora procesów społecznych zachodzących w polskim społeczeństwie w ostatnich trzydziestu latach. Ten przedział trzydziestu lat nie jest przypadkowy – to czas naszej transformacji, wejścia w zupełnie nowy porządek społeczny po wielkiej politycznej zmianie z lat 89-90 i odejściu od modelu państwowego socjalizmu, jaki obowiązywał przez cały okres PRL aż do Wielkiej Transformacji. Jej efektem jest, przy całym ogromie błędów i niesprawiedliwości, wzrost ogólnej zamożności społeczeństwa i zanik tego, co typowe dla biednych społeczeństw – dużej rodziny z licznym potomstwem W biednych społeczeństwach duża ilość dzieci jest gwarancją dla biednych rodziców – tak było zawsze i wszędzie niezależnie od zmiennych kulturowych i cywilizacyjnych. W Polsce przedwojennej, tej z lat 20 i 30, nie mówiąc o latach wcześniejszych, rodzina z 5, a nawet 9 czy 10 dzieci nie była żadnym ewenementem, była czymś naturalnym. Wynikało to z tradycyjnej roli kobiety, przemożnej roli kościoła katolickiego oraz wspomnianego już mechanizmu zabezpieczającego starość rodzicom, często bez prawa do emerytury (szczególnie kobiet niepracujących zawodowo, a zajmujących się dziećmi i domem)
To dawne czasy. Tym, co teraz wpływa na rażąco niski wskaźnik dzietności (w Polsce obecnie to 1,2 – znacznie poniżej średniej europejskiej), to błędy w polityce rodzinnej popełnione zwłaszcza w ostatnich ośmiu latach, gdy państwo budowało wraz z kościołem katolickie państwo narodu polskiego jako satrapię prezesa wszystkich prezesów – Jarosława Kaczyńskiego i odbierało kobietom ich prawa do decydowaniu o sobie, wprowadzając orzeczeniem TK najsurowsze prawo aborcyjne w UE, ścigając lekarzy i wszystkich, którym stawiano zarzut pomocy kobietom chcącym usunąć niechcianą ciążę. Stwarzając „piekło kobiet”, jak w tytule znanego eseju wielkiego polskiego pisarza, jeszcze z lat dwudziestych ubiegłego wieku. To właśnie te chore decyzje spowodowały porażkę „flagowego” pomysłu, jakim było 500+, mającego spowodować wzrost dzietności polskich rodzin.
Nie było wzrostu – mamy zapaść !
Na te polityczne błędy nałożyły się procesy emancypacji kobiet i powszechne wśród nich dążenie do bycia samodzielnymi na rynku pracy i budowania własnej kariery w wybranym zawodzie.
To musiało przynieść spadek dzietności. Spadek, ale nie zapaść.
Kolejny czynnik to problem mieszkań. W Polsce mamy, znane głównie z Włoch, zjawisko polegające na pozostawaniu „przy rodzicach” wielu młodych ludzi, których nie stać na zdobycie własnego mieszkania. Dlatego też dziecko, nawet w rodzinie, to problem. Do tego dochodzi zwykła biologia. Wzrost wieku, w którym kobieta decyduje się na dziecko, w automatyczny sposób wpływa na jej dzietność.
Wśród innych z wielu czynników składających się ten polski problem demograficznej zapaści możemy jeszcze wymienić zmiany w kulturze – młodych ludzi „nie kręci” posiadanie dzieci, a dużej ich liczby, tym bardziej. Zmiana wzorców kulturowych to zadanie trudne i na lata.
Tyle o przyczynach – może teraz o skutkach.
Na wstępie powiem, że to mój bardzo indywidualny pogląd, ja – po prostu – tak myślę i wcale nie twierdzę, że mam rację.
A może to nie jest żadna klęska, może Polska mniej liczna, a nawet świat mniej liczny, to nie katastrofa, lecz wprost przeciwnie!
Powiem – może brutalnie – lepiej by nas było mniej na świecie w wyniku zmiany wskaźnika dzietności, niż wielkiej wojny nuklearnej !
To zdecydowanie lepsza droga do uniknięcia globalnej katastrofy jaka byłaby następstwem podwojenia ilości ludzi na naszej małej planecie. Świat zamieszkały przez 20 miliardów ludzi to horror, zwłaszcza gdy cały ten przyrost zapewnią biedne kraje trzeciego świata – bo to tam przyrost jest największy.
Zmniejszenie wskaźnika dzietności we wszystkich krajach to lepszy sposób na uniknięcie przeludnienia niż kolejna wojna światowa. W tej ostatniej, z lat 39-45 zginęło ponad 70 milionów, w skali obecnego świata o wiele za mało by wpłynąć na wielkość światowej populacji. W wojnie nuklearnej mogą zginąć miliardy albo nawet cała ludzkość – zostaną tylko tęgopokrywe, na przykład karaluchy.
Zostawmy poziom globalny, zostańmy na polskim podwórku. Polska nie 40, a 30 milionowa może być lepsza i lepiej zagospodarowana niż taka, w której liczy się ilość ludzi, a nie ich jakość. Czy chodzi o to, by różni polityczni szarlatani mamili innych graniem na resentymentach takiej Polski jaka kiedyś była. A była największym państwem ówczesnej Europy. Czy może o to, by zbudować świadome społeczeństwo obywatelskie, wolne od nienawiści i religijnych zabobonów, żyjące w zgodzie z naturą, a nie niszczącą ją dla chęci zysku tych, którzy już teraz mają wielkie pieniądze, a chcą mieć ich jeszcze więcej?
Polska w wizji prezesa Jarosława i jego ministra Czarnka, to miał być ludny kraj, nastawiony na wzrost liczby zamieszkujących go ludzi, ludzi. Polaków katolików, wierzących w prezesa i jego rojenia.
Czy naprawdę wizja całego świata, świata całkowicie zurbanizowanego, świata wielomilionowych aglomeracji zabudowanych tak jak w Dubaju – to taka wizja świata za którą się opowiadamy?
Argumenty nawiązujące do zmniejszającej się ilości rąk do pracy wydają się śmieszne – to nie o ilość rąk a ilość i jakość głów i umysłów będzie się liczyć świecie, w którym robotę będą wykonywały roboty, a praca, ta w której człowiek wyraża siebie, która zaspakaja jego potrzebę samorealizacji, będzie dla ludzi.
Argument klęski systemu emerytalnego opartego o zasadę solidarności polegającą na tym, że to pracujący świadczą na rzecz tych, którzy są na emeryturze i odbierają te pieniądze, które przekazywali na rzecz innych emerytów w przeszłości, jest nie do utrzymania. Przyszłość świata nie może być oparta na tak zawodnych systemach – trzeba zupełnie nowych rozwiązań i widzimy już takie próby w różnych krajach.
Czego nie dotkniemy, to zobaczymy, że potencjał nie w ilości a w jakości.
Jakości wszystkiego.
Dlatego też nie bardzo przejmuję się prognozowanym spadkiem liczby ludzi zamieszkujących w przyszłości mój kraj – bardziej martwią mnie procesy rosnącego populizmu, dające szanse różnym szaleńcom politycznym śniącym o posiadaniu władzy dla przyjemności jej posiadania. Kłania się też postulat odejścia od sytemu wyłaniania władzy zawsze w drodze wyborów powszechnych – wybory dawno przestały być „świętem demokracji” a stały się zwykłym targowiskiem – targowiskiem próżności, w którym rządzą pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Już teraz widać obszary, w których algorytm byłby lepszym rozwiązaniem niż, dajmy na to, Rada Polityki Pieniężnej Narodowego Banku Polskiego Adama Glapińskiego.
I jeszcze na koniec – temat spadku dzietności i związany z nim spadek liczby ludzi jest kolejnym przykładem nierównowagi pomiędzy znaczeniem narodzin człowieka, a rolą i znaczeniem tego procesu, który jest odwrotnością narodzin – to znaczy procesu umierania.
Nie śmierci a umierania.
Śmierć jest momentem, gdy obumiera pień mózgu, śmierć to chwila. Umieranie to proces, to miesiące a nawet lata postępującej degradacji kolejnych funkcji skomplikowanego systemu, jakim jest organizm człowieka. Na łamach SO pojawiały już teksty ukazujące głęboką nierównowagę wysiłków państwa podejmowanych na rzecz opieki nad rodzącym się nowym obywatelem i prawie całkowitą jego obojętność wobec procesu umierania starych ludzi.
Ale to już zupełnie inny temat.

Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.

Warto pamiętać, że procesy rozwoju sztucznej inteligencji (AI) zmienią świat pracy, biznesu a w związku z tym bardzo głęboko stosunki społeczne. Juz dzisiaj zaczyna się dekoniunktura wsród programistów komputerowych – AI szybko przejmuje znaczne części ich pracy. Z drugiej strony AI sama z siebie przyczyni sie do depopulacji, w tym być może najbardziej radykalnego, bo ostatecznego rozwiazania. Przynajmniej tak przewidują najzagorzalsi jej krytycy, którzy w dużej cześci odpowiadali czy nadal odpowiadają za jej rozwój. Obawiam się, że wiedzą o czym mówią !
Stosunek do AI jest wskaźnikiem optymizmu lub pesymizmu człowieka. Ja wolę myśleć, że ta AI, która będzie, może już niedługo, ta generalna, samoucząca się a nawet samomyśląca będzie mniej groźna niż ci ludzie którzy już są – tacy jak Trump czy Putin.
Ale każdy może mieć swoje widzenie przyszłości świata, jeszcze może…