Marek Jastrząb: Siły i zamiary6 min czytania

()


07.02.2024

Zerwała się wichura i powiało nowym. Chciało mi się tarzać z entuzjazmu i oczekiwałem zmian. Ale choć nastąpiły, to nie były to te, których się spodziewałem.

Na dzień dobry HISTORIA potknęła się na konkretach i ze zdziwieniem dowiedziałem się, że zdarzenia, którymi futrowano mnie na okrągło, albo nie miały miejsca, albo miały odwrotny przebieg. Na każdym kroku dawano mi do zrozumienia, że to, co wiedziałem do tej pory, już nie ma poprzedniej wartości: bohaterzy są osobnikami podejrzanymi o niecne czyny, figurkami z plasteliny, galaretowatymi postaciami niewartymi wzmianki, a ludzie, którzy mnie odpytywali z dat, miejsc i przegranych bitew, zapierali się się, by mnie ich kiedykolwiek uczyli. Twierdzili, iż przeciwnie: starali się zaszczepić to, co wyznawali dziś.

A po dzień dobry, zaczęło się. Do boju, zwartą tyralierą, siejąc postrach i zamęt, wyruszyły rzesze jazgotliwych harcowników uzbrojone po sam kołtun. Za nimi, z kółkami w nosie, lazły grupy bywalców jakiejkolwiek idei, odplamiacze faktów i zawodowi mąciciele głosząc REWELACYJNE objawienia. Nastąpił złoty okres politykowania, łopotania sztandarem i wywijania szabelką. Niezakłamaną prawdę, jeżeli nie pasowała do ich założeń, kierowano do ideowej wulkanizacji i dostosowywano ją do obowiązujących mniemań. Życiorysy o niestosownym zabarwieniu zostawały unieważnione i zweryfikowane pod kątem zapotrzebowania. Upowszechniła się tendencja do wyrażania głupich pojęć. Zaczęła obowiązywać maniera pouczania i dawania uzdrowicielskich recept. Powstawały bractwa myślących PATRIOTYCZNIE, by nocą, w przerwie na hulanki i swawole, płodzić ustawy prosto z bubla. Wszystko, co ludzkie, teraz nie miało sensu: rodziło się bez głębszego zastanowienia, a luksus wypowiadania trafnych i dokończonych myśli, był zjawiskiem tępionym i niedopuszczalnym.

Nastąpił dla mnie pospieszny etap wycofywania się z życia. Z tych jego sfer, które stanowiły nierozwiązywalną zagadkę i coraz częściej poddawane były demagogicznej obróbce. Nadeszły chwile daremnych walk z cieniem. Chwile dłużących się zmagań z jaskiniowymi problemami. Pojawiło się szarpiące nerwy użeranie z tym, co dotąd nie podlegało dyskusji, co ciągle jednak było podważane przez ludzi, których do wczoraj nie znał nikt.

A teraz, po święcie demokracji? Właśnie nastały ponure czasy intelektualnej zapaści: garstka myślących odgania się barbarzyńskim hordom. Byli rządzący trzymają się krzepko i nic nie wskazuje na to, że zamierzają ustąpić. Przeciwnie, z każdą odsłoną teatrzyku absurdów, rośnie w nich zuchwałe przekonanie, że postępują słusznie; metoda odpowiedzi na barbarzyńskie zagrywki za pośrednictwem szlachetnego postępowania, gusła o tym, że „mądry ustępuje głupszemu”, te frazesy, w przypadku PiS-u, nie są skuteczne; z powodu postradania władzy budzi się w nich wściekłość. A we mnie rozczarowanie, że pozwalając na ich brak pokory wobec wyników wyborów, nadal nie potrafimy uporać się z narodową ciemnotą i pomimo lotów na księżyc, ciągle tkwimy w mrokach średniowiecza.

Tęsknota

Wolność nas oszołomiła, przytłoczyła rozmiarami. Nie wiemy, co zrobić z jej nadmiarem. Wyzwoleni od łańcucha wczorajszych norm, reguł, narzuconego stylu i dozwolonej poprawności, zagubieni wśród bezpańskich przyzwyczajeń i pozrywanych więzi, które mówiły nam, jak mamy widzieć, czym się bulwersować, w jaki sposób należy odczuwać, pozbawieni presji bycia przyzwoitymi, a drapujący się w łapserdackie stroje nadzwyczajnych, niezastąpionych i ukrzywdzonych przez los, oderwani od matuli-cenzury, tej wewnętrznej i niewidocznej, a także tej oficjalnej, urzędowej, wpadliśmy z deszczu pod rynnę, wdepnęliśmy w nową zależność: nostalgiczne tworzenie wspomnieniowych pęt.

*

Wszem i wobec, i każdemu z oddzielna wiadomo, że nie potrafimy wydolić bez narzekania. Uwielbiamy obnosić się ze swoimi boleściami, gramolić na świecznik dla znerwicowanych palantów, by zaprezentować kreację z byłego męczeństwa.

Trudno nam znieść widok człowieka szczęśliwego. Osobnik zadowolony, budzi szydliwą niechęć i musi potrwać z parę milionów lat, co najmniej tyle, ile trwało schodzenie z drzew, by zaszły w nas mentalne zmiany; dzisiejszy sąsiad jest co prawda bogaty, ale od razu pocieszamy się, że ma parchy i łajdactwo wypisane na buziuchnie.

*

Automatyzmem, nieomal obyczajową powinnością, stało się pokazowe cierpiętnictwo; jest dobrze, bo jest źle, a frasunek – uskrzydla. Im bardziej narzekamy, tym czeka nas zdrowszy sen. Zgryzoty, porażki, smuteczek do kawy, a na przekąskę pobratymiec, który stracił pracę, popija, robi awantury, szlaja się po starych, czerwonych czasach, kiedy żyło mu się jak w krowim placku: ciepło, sucho i nad podziw bezpiecznie.

*

Niepostrzeżenie zmierzamy do umysłowych jaskiń. Z lubością tworzymy kolejne zsyłki, wygnania, nowe upodlenia i nieszczęścia. Pchamy się we własne sidła. Z ochotą i upodobaniem nurzamy w minionym kombatanctwie. Wystawiamy na pokaz nasz nędzny, nieudany i zapętlony los; jak na licytacji niewolników, razem z przebrzmiałą urodą, popsutym uzębieniem i krótszą nogą.

Nachalnie wdzięczymy się do potencjalnych nabywców naszej niedoli. Zadajemy im zalotne pytanie: kto da więcej za nasze wrzody, kupi nas na dobre czy złe. Czy rozdzieramy szaty w sposób wystarczająco żałosny, a nasz ból jest bardziej twarzowy z profilu lub mniej en face? W jaki sposób mamy się ustawić, aby uzyskać większą cenę?

*

Przez lata kazano nam jeść dzieła Marksa na obiad, śniadanie i w biegu do pracy. Nie było od niego zwolnienia. Istniał i po swojemu interpretował. Nawet Historię Starożytną. Wyjaśniał prostym ludziom wredną dolę uciśnionej mrówki. Na deser dawano nam popić z leninowskiej barci. Zamiast modlitwy był Stalin i jego złośliwe radości z cudzych tragedii.

Wszelki nadmiar, przesyt, znieczula, powoduje, że intencje mają odwrotny skutek do swoich pierwotnych zamierzeń. Im więcej namawiano nas do niechcianej miłości, ciągnięto za mózg do obowiązkowej przyjaźni, tym większy narastał w nas sprzeciw i tym bardziej pragnęliśmy wydobyć się z bajora.

Obawiam się, że gdy już nie ma zagrożenia i nareszcie wolno nam myśleć bez bata, z powrotem i tym razem na dłużej, popadamy w kolejne jarzmo. Po raz następny zaczynamy produkować nowe, tym razem własne kagańce, po to, mieć za czym tęsknić.

Marek Jastrząb

Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

źródła obrazu

  • jastrzab: BM