15.02.2024
Pod koniec wakacji zaczynałem tęsknić do szkoły, do naszej budy, jak czule ją określaliśmy. Przede wszystkim do kolegów, ale też do niektórych nauczycieli. Myślę teraz o ogólniaku, gliwickiej dwójce na Wróblewskiego. O czasie pierwszych przyjaźni, miłosnych zauroczeń, dysput światopoglądowych, własnych pożal się Boże prób literackich. Zmitologizowałem te lata na tyle mocno, że wiele lat później, wykładając na uniwersytecie, szukałem sposobów, by znów znaleźć się w szkole średniej. Przez jakiś czas prowadziłem lekcje z filozofii i etyki w gdańskim (wędrującym wtedy z miejsca na miejsce) Liceum Autonomicznym, a także w Środowiskowym LO na sopockim Brodwinie. Od razu przekonałem się, że było tam inaczej niż w moim Wróblu. Wiem że musiało być inaczej, jednak charakter tej inności odrobinę mnie przygnębił. Odczułem brak radości, przekory, zabawy, bezinteresowności. Znajoma matematyczka żaliła się, że jej uczniowie nigdy nie poszli na wagary, nie zrobili jej żadnego kawału, mimo że w jakimś sensie zachęcała ich do tego opowiadając o swoich szkolnych szaleństwach. Mówiła, że nastolatki są dziś bardzo dorosłe, bywa że przedwcześnie postarzałe, dobrze znają społeczną rzeczywistość i liczą się z jej regułami, przede wszystkim rynkowymi. Jedną z odmienności, jaka rzuciła mi się w oczy, był stosunek do ocen – dla nas wtedy, nawet dla kujonów, dość niefrasobliwy, teraz śmiertelnie poważny. Dzisiejszy kujon (tzw. geek) nie odchodzi od komputera, nie marnuje czasu na książkę, która nie jest lekturą obowiązkową, ćwiczy wykluczające myślenie testy. Zdarzało się, że po lekcjach podchodził do mnie ktoś wyraźnie przygnębiony prosząc o możliwość poprawienia czwórki na wyższy stopień, dający lepszą pozycję w jakichś tam, rzeczywistych bądź urojonych, rankingach. Próbowałem studzić ich ambicje, mówiłem o względnej wartości piątek czy szóstek. Przytaczałem przykłady wybitnych „dwójarzy”, takich jak Albert Einstein, Thomas Edison (już w pierwszej klasie wyrzucony ze szkoły), Henryk Ibsen, Honoriusz Balzak czy Henryk Mann. Mówiłem o Antonim Słonimskim, który po piątej klasie uczył się już tylko w domu, nie przystąpił do matury, a niedługo potem uzyskał dyplom Szkoły Sztuk Pięknych. O tym, że oblał maturę Paweł Hertz, pisarz, tłumacz z kilkunastu języków. Że Jan Kasprowicz powtarzał wielokrotnie klasę i był wydalany z kolejnych gimnazjów. Słuchali, potakiwali, po czym wracali do swoich próśb mówiąc, że teraz są inne czasy.
Rzeczywiście, inne. Około dwudziestu procent polskich uczniów (milion!) ma za sobą epizody depresyjne i powracające stany lękowe. W ciągu jednego roku kilkuset z nich podejmuje próby samobójcze. Gwałtownie rośnie liczba dokonywanych w szkołach przestępstw i aktów przemocy. Są to najwyższe odsetki na świecie i mówią o odrzuceniu przez rodzinę, rówieśników, przede wszystkim przez szkołę. Philip Zimbardo, autor znanego, wątpliwego metodologicznie i moralnie, eksperymentu więziennego w Stanford University, po kilku wizytach w naszym kraju mówił o potrzebie gruntownej reformy polskiego systemu edukacyjnego, nieprzyjaźnie nastawionego do uczniów. Wrogiem są przede wszystkim ci nauczyciele, którzy powoduję, że uczniowie czują się gorsi i zamykają się w sobie. Uczeń czuje się upokorzony, gdy nauczyciel się z niego śmieje, wytyka mu słabe punkty. Ludzie są różni: jedni znakomici piszą eseje, inni mają talent muzyczny albo są doskonałymi sportowcami. Każdy ma coś do zaoferowania społeczeństwu. Pożądane cechy mają tzw. szkoły demokratyczne, oparte na zainteresowaniach i kompetencjach uczniów – to oni decydują o problematyce, jaką chcą zgłębiać przy pomocy nauczyciela – mentora, doradcy. Jest ich w Polsce kilka (w świecie kilkaset), stanowiąc raczej ciekawostkę niż komponent struktury edukacyjnej. Zapis o prawach Rady Rodziców na ogół pozostaje fikcją (negatywne oceny dyrekcji i nauczycieli mogłyby narażać dzieci).
Inni są też nauczyciele, choć spotkałem i takich, którzy nie różnili się od tamtych, z mojego Wróbla. Podczas warsztatów i zajęć na studiach podyplomowych rozmawiałem z polonistami, którzy nie przeczytali w ostatnich latach żadnej książki, ani razu nie byli w teatrze, nie słyszeli o hermeneutycznych formach pracy z tekstem. Za to narzekali na nadmiar obowiązków, mimo że tylko w Polsce nie wymaga się od nich obecności w szkole poza godzinami lekcyjnymi, a ilość tych godzin jest bodaj najmniejsza w Europie. Z początku bałem się nawet wspominać o socjalistycznej urawniłowce, jaką wprowadza Karta Nauczyciela z 1982 roku (data znacząca) – jedyny w Europie dokument sztywno gwarantujący wynagrodzenie dla wszystkich zatrudnionych. Okazało się jednak, że o Karcie bardzo chcą rozmawiać adepci belferskiego zawodu, wściekli na centralnie ustalony system awansu. Mówią o teczkach puchnących od zaświadczeń, dyplomów, certyfikatów, a także o firmach oferujących opracowanie autorskich (!) programów pracy z uczniem. Nie mają wątpliwości co do tego, że bardzo często przewyższają kwalifikacjami i pomysłami szkolnych rutyniarzy – jednak to ich właśnie, stażystów i kontraktowców, w pierwszym rzędzie obejmują redukcje. Im przydziela się najgorsze klasy, najgorsze grafiki zajęć, a w pokoju nauczycielskim traktuje jako rywali i mącicieli szukających dziury w całym.
Andrzej C. Leszczyński

Autor opublikował w SO ponad 150 tekstów. Ostatni 7 lat temu. Cieszymy się z powrotu na nasze łamy i liczymy na kolejne artykuły

A to miło zobaczyć znów po latach Andrzeja C Leszczyńskiego na łamach SO. Czekamy na dalsze subtelności filozoficzno-literackie
Problem z edukacją polega m.in. na tym, że w państwie finansującym ją od początku do końca ona nie istnieje sama dla siebie (ew. ucznia) Musi spełniać także oczekiwania „inwestora” czyli dawać absolwentów o umiejętnościach przydatnych państwu. Obojętne czy jest to szkoła w Gdańsku czy w Ustrzykach Dolnych. Brutalne, ale prawdziwe.
Wszystkie systemy teoretycznie lepsze od obowiązującego mają tę jedną wadę, że nie dają gwarancji, iż absolwenci liceum z obu wspomnianych miast potrafią tyle samo. Nie da się również oceniać absolwentów wg tych samych kryteriów, co stanowi kolejny kłopot dla ocenienia wartości tych szkół.
Nie twierdzę, że jest to najlepszy z możliwych modeli. Mówię tylko dlaczego on jest taki, a nie inny i raczej trudno będzie go zmienić w skali całego kraju.
P.S. „przepracowani nauczyciele”. – poprosiłem kiedyś dwie znajome nauczycielki (wiem, to za mało, by wysnuwać ostateczne wnioski), by rejestrowały ile czasu zajmuje im „grzebanie” w komputerze w czasie lekcji. Średnia wyszła 8-10 min. Czyli lekcja z 25 uczniami trwa de facto 35 min. Kasując zadania domowe można wątpić czy w takim czasie nauczymy dzieci np. pisania wypracowań (chyba, że uznamy je za kompletnie niepotrzebne) i innych umiejętności.
Bardzo proszę nie powtarzać wielokrotnie prób wpisania tego samego komentarza. To jedynie utrudnia jego przywrócenie. Jeżeli nie przeszedł od razu, kolejne próby nie pomogą.
Pozdrawiam
WK
Problem w tym, że cały czas tkwimy w modelu edukacji z jej masowych początków w XIX wieku. Tymczasem świat a wraz z nim młodzież zyje w III dekadzie XXI wieku. Jeżeli nie dokonamy gruntownej reformy edukacji w oparciu o poważną dyskusje społeczną, kolejne roczniki uczniów i studentów będą spóźnione w stosunku do potrzeb współczesności o ok. 200 lat. Trochę dużo…
Nie ma pewności, czy „dokonamy gruntownej reformy edukacji w oparciu o poważną dyskusje społeczną”… Społeczeństwo średnio o edukacji może wiedzieć tyle co 100 lat temu albo i więcej. Żeby edukacji starczyło nie tylko na współczesność ale i „na jutro”, może lepiej odwołać się do opinii światowych ekspertów i do bieżącej bibliografii, bo to bardziej wyznacza horyzonty. Jak w każdej dziedzinie – trzeba dużo czytać, czytać, czytać… zanim się zacznie mówić…
W dziejach oświaty istniało wiele eksperymentalnych szkół. W miarę demokratyczna była tzw. summerhill. Jednak absolwenci tej szkoły i zwykłej szkoły publicznej nie róznili się od siebie! Mieli podobne wyniki w nauce. Jedno co ich różniło to stosunek do świata. Z Sumerhil byli batdziej pewni siebie i otwarci. Ciekawe.