03.03.2024
Na początek małe wyjaśnienie. Nie jestem filologiem, a jeśli ośmielam się podjąć ten temat, to tylko dlatego, że prywatnie bulwersuje mnie kilka uwięzionych w nim zjawisk i postanowiłem się tymi emocjami podzielić.
Nie ukrywam, że z pewnym zdumieniem zapoznałem się z wynikami badań społecznych, których celem było określenie stosunku Polaków do własnego języka. Okazało się bowiem, iż 65% (procent wzrastający, bo 5 lat temu było to 57%) rodaków uważa, że znajomość i poprawne korzystanie z własnego języka jest cechą stanowiącą o patriotyzmie z jednej strony i kulturze z drugiej. Zaskoczyło mnie to z kilku względów, ponieważ codzienność przyzwyczaiła mnie raczej do obserwacji dołowania poziomu języka codziennego, ale nie tylko jego.
Zwykle łączy się ten trend ze słabnącym czytelnictwem i pustką po nim pozostałą, której nie daje się wypełnić czymkolwiek. Coś w tym jest, choć są jeszcze inne symptomy obniżania się poziomu języka codziennego.
Jeśli wiodące portale internetowe, dostarczające społeczeństwu lwiej części informacji dotyczącej otaczającego nas świata, potrafią skrzyć się błędami ortograficznymi, to co to ma znaczyć?
Wydawnictwa prasowe w boju o obniżenie kosztów rezygnują w pierwszej kolejności z etatów korektorów i to naprawdę widać coraz częściej. Portale internetowe chyba nigdy z nich nie korzystały, przynajmniej takie sprawiają wrażenie. Dla tzw. szerokiej publiczności obcowanie z mediami oznacza stopniowe przyzwyczajanie się do tego, że w zasadzie pisać można byle jak, aby tylko dotrzeć z informacją do odbiorcy. A jeśli do tego ludzie niby wykształceni, zajmujący liczące się posady lekceważą sprawy języka, to …
Niestrudzona hejterka, panna Krystyna Pawłowicz, warknęła niegdyś na kogoś, kto usiłował ją poprawić (mówiła „wziąść” zamiast „wziąć”) : – Kiedyś tak się mówiło, a teraz się mówi inaczej! No i co jej powiedzieć?
Politycy zresztą mają swój pakiet „zasług” w dziale błędów językowych. Coraz bardziej powszechna zamiana „ą” na „om” zapoczątkowana została bodaj przez doradcę Kwaśniewskiego, swoją drogą całkiem sensownego, Ryszarda Kalisza. Dziś nie jest już niczym niezwykłym, kiedy usłyszymy, że ktoś „zaprezentował rzecz przyszłom ludzią”. Gdyby sejmowy mikrofon miał wbudowany czujnik antybłędowy, w czasie sesji przez większość czasu słyszelibyśmy alarmujące buczenie. Nie wspominam już nawet o poprawnym akcencie, bo podejrzewam, że duża liczba osób w ogóle nie wie co to jest.
Osobny rozdział to wszechobecne anglicyzmy. Wzajemne przenikanie się języków, to rzecz absolutnie normalna i obecna we wszystkich epokach historycznych. Pewne szczególne właściwości języków innych, niż własny, powodują wtręty powodowane chęcią większej precyzji.
W starożytności różnica między greką, a łaciną polegała m.in. na tym, że o ile greka pozwalała na więcej niuansów tak stylistycznych, jak i pojęciowych, to łacina była zdecydowanie precyzyjniejsza w odniesieniu do aspektów prawnych tekstu. Steven Runciman zaryzykował nawet twierdzenie, że właśnie te różnice we właściwościach języków były bezpośrednią przyczyną wielkiej schizmy wschodniej w 1053 roku. Dla łacinników „filioque” było rzeczą oczywistą, dla greckojęzycznych było herezją.
W wiekach późniejszych też mieliśmy do czynienia z przewagą tego czy innego języka, Było to czasami efektem nie tyle jego szczególnych właściwości, co pozycji kraju, w którym się nim posługiwano. Mało kto dziś pamięta, że w wieku XVI i częściowo w XVII sułtan turecki i car rosyjski prowadzili ze sobą korespondencję … po polsku.
Wyszukując w naszym języku słowa obcego pochodzenia nie zawsze pamiętamy, że polskie słowa znajdziemy także w językach naszych sąsiadów. Kto dziś pamięta, że nazwa słynnego związku handlowego – Hanzy, jest pochodzenia słowiańskiego. Chąsa, czyli „grupa – gromada”, przeszła żywcem do języka niemieckiego, jak wiele innych słów.
W drugą stronę – północna dzielnica Gdyni – Oksywie. Nazwa pochodzi z języka Wikingów, którzy wyłaniający się przed nimi brzeg nazwali „Oxhoeven” – głowa byka (wołu). Takich przykładów są tysiące i u nas, i gdzie indziej.
Po późny wiek XIX językiem „panującym” w świecie elit był francuski, który jednak już pod koniec tego wieku ustąpić musiał angielskiemu. Dlaczego? Wyjaśnienia są rozmaite. Mówi się, że język angielski lepiej nadaje się do konwersacji handlowej. Nie potrafię tego zweryfikować, więc tylko zaznaczam obecność takiej interpretacji.
Dziś mamy wszechobecność angielszczyzny, co nie powinno dziwić, szczególnie jeśli chodzi o używanie jej w świecie nowoczesnych technologii, bo z tamtego obszaru językowego pochodziła do niedawna lwia część wynalazków zmieniających z dnia na dzień nasze życie. Bywa jednak, że jej używanie trąca o śmieszność. Pamiętam jak Czesława Gospodarek z d. Cieślak po kilkumiesięcznym pobycie w USA nieomal zapomniała polskiego języka i dopytywała dziennikarza w czasie wywiadu „ja to sze mowi po polski?”
W bliższych nam czasach robi to niemal codziennie niejaka Krupa Joanna. Używanie obcego języka tylko po to by podkreślić swoją „światowość” i podleczyć kompleksy bywa zawsze li tylko śmieszne, ale mimo to jest tak powszechne, że trudno pomijać milczeniem to zjawisko.
Ostatnio czytałem taki żart – scenkę dziejącą się w szkole.
Nauczycielka pyta: – Kto dokończy zdanie „I niechaj narodowie wżdy postronni znają …” no, kto dokończy?
Zgłasza się uczeń i odpowiada: – „ … iż Polacy nie gęsi i swój linguicz mają”.
Podobne pochodzenie mają pseudonimy przybierane przez niektórych niedowartościowanych artystów jak Kayah czy Sanah. To „h” na końcu w oczach (uszach?) fanów ma dodawać im … no właśnie – czego? Czekam na piosenkarkę, która przybierze pseudonim „Zosiah” – będę usatysfakcjonowany.
Językoznawcy, m.in. prof. Bralczyk, powiadają, że to zjawisko normalne, a przede wszystkim czasowe i nie ma obawy, by pozostało na zawsze. Pozostaną pewne elementy, a ile ich będzie tego nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Mimo, że czasem nas to drażni, jest to (i zawsze było) zjawisko naturalne.
Jest jeszcze jedna fala w plamieniu języka, na którą chciałbym zwrócić uwagę choćby dlatego, że nie słyszałem jakiejkolwiek krytyki w tym obszarze. Chodzi o pokaleczoną wymowę rozpowszechniającą się nawet wśród dziennikarzy radiowych. Słucham najczęściej radia TOK FM i cierpię słysząc (głównie panie) jak ktoś zamiast „śmierć” mówi „smierc”, zamiast „szczęśliwość” – „szczęsliwosc”, co brzmi tak sztucznie, że nie mogę się nadziwić szefom, że nie zwracają dziennikarzom uwagi na ten ewidentny błąd. To nie jest drobiazg i w odróżnieniu od poprzednich nie ma żadnego sensownego uzasadnienia. Nieliczne próby wyjaśnienia pochodzenia tej idiotycznej maniery na razie nic nie dały. Wydaje mi się, że po prostu szukano nie tam gdzie trzeba, czyli próbowano znaleźć jakieś racjonalne jej pochodzenie, które po prostu nie istnieje. Powtórzę – to nie jest drobiazg, jeśli tak ewidentny błąd powtarzany jest z wyraźnym upodobaniem przez dziennikarzy słuchanych przez tysiące odbiorców. On się rozlewa jak nawóz po roli skłaniając coraz szersze kręgi, szczególnie ludzi młodych, do jego naśladowania. Szefowie radiowi w ogóle nie zwracają na to uwagi, co martwi mnie niezmiernie, bo świadczy o lekceważącym stosunku do odbiorcy.
To tylko kilka przykładów stanu naszego języka, które nijak się mają do wyników wspomnianych na wstępie badań.
Jest wprawdzie jeszcze jedno wyjaśnienie. Możliwe, że ludzie deklarujący swój stosunek do języka ojczystego taki, jak podałem, wcale sami nie są takimi purystami w codziennym jego używaniu.
Nie byłby to pierwszy przypadek, kiedy deklaracje mijają się z dniem codziennym.
Gdybym tu pisał tak, jak mówię, powinienem zakończyć tekst tak : „ – Napisałem to no i fertig!”
Jerzy Łukaszewski

[…] mówiła „wziąść” zamiast „wziąć”.
Mnemo(tech)nika jest prosta: „wziąć”, ponieważ „brać”.
Kto mówi „wziąść”, zapewne ma skojarzenie z „kraść”.
NB. Znamienne, iż tak właśnie czyni mały z Nowogrodzkiej. Dodajmy — ponoć dziecię polonistki.
Podobno ktoś uroczą pannę Pawłowicz zapytał, czy ona 15 sierpnia świętuje wniebowzięŹcie innej słynnej panny….
WniebowzięŚcie – rzecz jasna.
Przy tej postępującej degradacji, to człowiek nawet nie wie, jak z błędem poprawnie napisać…
Przywodzi to na myśl opowiadanie „Skończył mi się zeszyt” ze zbiorku „Duża przerwa” (autor: Mircea Sântimbreanu).
Niestety, nie mogąc szybko odnaleźć w czeluściach biblioteczki rzeczonej książki, trafiłem dopiero w sieci na stosowny fragment — tyle że w języku rumuńskim:
„Trebuia să scrie cuvîntul există. Pe prima foaie a scris ezistă, pe a doua eczistă, apoi ecgzistă, apoi esicstă.
Deabia pe urmă s-a gîndit… să se gîndească mai bine.”
W polskim przekładzie rzecz (na moje usprawiedliwienie — czytana przed dekadami) mogła wyglądać tak:
„Miał napisać słowo sześćdziesiąt. Na pierwszej kartce napisał szeździesiond, za drugiej szeździesiont, na kolejnej szeździesiąt, na następnej sześdziesiąt. Dopiero wówczas pomyślał, że … lepiej najpierw pomyśleć.”
😉
Obserwacje Autora i mnie uderzają po oczach i po nerwach. W tekstach onetu, wp, interii, natemat, gazeta.pl czasami brak korekty kompromituje autora i portal. Myślę, że sztuczna inteligencja (AI) czyli chat GPT4 mogłaby spokojnie te funkcje przejąć. W czasach silnego wpływu terminów anglosaskich na polski i tak z naszym „linguidżem” nie jest najgorzej. A że naszczalnik mówi wziąść i proszę panią, a zwyczajowo sucha zamiast słuchania to tylko taki ciemnogrodzki, zanikający folklor.
*
W zalewie uproszczeń językowych mało kto pamięta, że w języku ojczystym wyrazy drzwi, skrzypce, lody (spożywcze), taczki czy sanie mają wyłącznie liczbę mnogą. I to wcale nie z powodu pluralis maiestatis…
Ostatnio prof. Bralczyk powiadomił prowadzącą wywiad dziennikarkę, ze sowo „ministra” oznaczało ongiś służącą. Nie wiem jak to odbiorą nasze „służące”, ale ostatecznie można by to przyjąć jako oznakę statusu.
Z naleciałościami angielskimi zdarzyła mi się kiedyś przygoda. Zostałem poproszony o przybycie i wygłoszenie wykładu. Podobno organizatorom na tym bardzo zależało. Zgodziłem się, więc kazano mi kliknąć w podany link i czekać na … akceptację! Zdębiałem, bo najpierw mnie proszą, a potem robią łaskę, że zgodzą się na przybycie.
Dokonałem szybkiej analizy anatomicznej wskazując gdzie mogą złożyć namiętny pocałunek.
Nastąpiły godziny tłumaczeń, wyjaśnień itp. Po wszystkim okazało się, że oni inaczej rozumieją słowo „akceptacja”, a mianowicie czysto po angielsku czyli – potwierdzenie. Tymczasem w naszym języku to słowo ma jednak nieco inne znaczenie.
Cóż, zdarza się 🙂
Zastanawiam się, czy tytuł nie powinien jednak brzmieć:
„Iż Polacy nie goose”,
albowiem uzasadnione wydaje się stwierdzenie, iż w Rejowej frazie
gęsi
to przymiotnik (r.m., l.p.) — a zatem mowa o gęsim języku (goose language),
nie zaś rzeczownik (r.ż, l.m.).
Ciekawą dyskusję na tenże temat można znaleźć tu:
https://blog.dobryslownik.pl/polacy-nie-gesi-o-co-naprawde-chodzi-w-tym-slynnym-zdaniu/
Zgadza się, mea culpa.
Z bólem serca wybaczyłabym jeszcze „wziąść” i to na tyle mojej wyrozumiałości. Z błędami ortograficznymi spotykam się wszędzie, nie tylko na portalach społecznościowych, ale i w nowo wydanych książkach, nawet tych tłumaczonych.
A już ta maniera nie wymawiania ś, ć, ż tylko s, c, z, bije po uszach .To jakaś odmiana seplenienia czy co?
Nie spotkałem się z manierą seplenienia. Muszę zwrócić uwagę. Ale z drugiej strony, ja mało słucham radia. A jeśli już chcę włączyć jakąś audycję, to będzie to OffCzarek z prowadzącym Cezarym Łasiczką- zazwyczaj nienagannie przygotowanym i posługującym się poprawną polszczyzną.
Dużo bardziej denerwują mnie anglicyzmy. Ja się boję zakupy w odzieżowych sklepach robić. Co to są tiszirty jeszcze wiem. Ale jak mi sprzedawca zaproponował snikersy, pasujące do dżampera – grzecznie podziękowałem i uciekłem.
Mimo wszystko nie jest tak źle jak w Niemczech, gdzie wymyślano nowe słowa angielsko brzmiące. Das Handy…
Dla starszych Niemców, którzy wszystko czytali po swojemu, np. ich ulubionym rodzajem muzyki był „Jac” (a nie jakiś dżeez) i myli zęby pastą „kolgate” (a nie jakiś Kolgejt) musiał to być szok.
.
Jeszcze apropos „światowości” – kilkukrotnie rozbawili mnie tacy obyci z zagranicą poprawiacze. Jeden mi kiedyś tłumaczył, że należy markę samochodu wymawiać „porsz”. Zapytałem, czy pytał Ferdynanda Porsche o zdanie. Chyba nie zrozumiał. Inny (w tym przypadku inna) oburzał(a) się, że Polacy wymawiają nazwę sklepu meblowego tak jak się pisze, a nie „ajkija”. Tak się złożyło, że siedział z nami przy stole rodowity Szwed i upierał się, że twórca marki to jednak ma na imię Ingvar, a nie „Ajngvar” i nie widzi żadnego powodu, żeby czytać Ajkija zamiast Ikea .
Pewnie jeszcze mnóstwo przykładów by się znalazło.
Korzystając z okazji warto odróżnić dzieła od postawy ich autora :
*
Artykuł Stanisławy Paulowej – Mikołaj Rej w świetle akt sądowych
Wśród materiałów źródłowych okresu staropolskiego, przechowywanych w Wojewódzkim Archiwum Państwowym w Lublinie, jest znaczna ilość spraw sądowych, w których jest wymieniany lub występuje osobiście Mikołaj Rej. Materiały te ukazują nam pisarza takim, jakim bywał na co dzień, kiedy przyjeżdżał ze swego Rejowca na sądy i jarmarki do Chełma, Krasnegostawu, Lublina czy Urzędowa. Zanim jednak przystąpimy do ukazania na ich tle sylwetki pisarza, należy wyjaśnić sprawę jego pobytu na naszym terenie; powszechnie bowiem wiadomo, że rodzina Reja w linii prostej wywodziła się z województwa krakowskiego i tam miał Rej swoje rodzinne dobra — Nagłowice. Informacji w tym względzie udzielają jego współczesne biografie, napisane przez przyjaciela Andrzeja Trzecieskiego i sąsiada ks. Józefa Wereszczyńskiego, a także materiały źródłowe, zebrane przez Zbigniewa Kniaziołuckiego z Metryki Koronnej i ksiąg sądowych innych województw.
Źródła te podają, że boczna linia Rejów, zwanych Okszycami, zamieszkiwała od wieku XIV w województwie krakowskim. Była to szlachta średnio zamożna, nie piastująca godności publicznych. Wśród przodków Reja na uwagę zasługuje dopiero jego dziad, również Mikołaj, który dzięki nieprzeciętnym zdolnościom administracyjnym, energii i ogromnemu sprytowi, cechom tak bardzo widocznym również i u jego wnuka, zdobył pokaźny majątek w postaci kilku wsi w województwach krakowskim i sandomierskim. Syn jego, Stanisław, żeniąc się z Barbarą Herburtówną wszedł w koligacje ze znaczną szlachtą.
Mikołaj Rej był ich jedynym spadkobiercą i po śmierci rodziców, a także przyrodnich braci, w dwudziestym piątym roku życia został dziedzicem wspaniałej fortuny. Składały się na nią dobra: Topola, Bobki, Zlanowice w województwach krakowskim i sandomierskim. W kilka lat później odziedziczył również rodowe Nagłowice i wtedy zaczął się pisać jako Mikołaj Rej z Nagłowic.
Zbyt dobre warunki materialne, od wczesnej młodości, zaważyły w znacznym stopniu na kształtowaniu się charakteru i późniejszej twórczości pisarza. Rozpieszczony jedynak rozpoczął edukację późno, gruntowniej dopiero na dworze Tęczyńskich w Krakowie i zawsze był właściwie tylko samoukiem o wielkiej chłonności intelektualnej, bez głębszej wiedzy i znajomości literatury humanistycznej, których nie nabył w młodości. W życiu był sybarytą, przywiązującym dużą wagę do dóbr materialnych i protekcji możnych.
W roku 1531 ożenił się Rej z Zofią Kościeniówną, córką Jana Kościenia z Wywły w województwie sandomierskim, który posiadał również dobra w ziemi chełmskiej. Było to prawdopodobnie małżeństwo koniunkturalne. Zofia Kościeniówna wniosła Rejowi w posagu dobra w ziemi chełmskiej: Kobyle, Wolę KobyLską, na której założył miasto Rejowiec, a także wsie: Rubie, Wereszce, połowę Siennicy Różanej oraz części we wsiach Hańsko, Kulczyn, Kołacze i kilka wsi w województwie sandomierskim.
W ziemi chełmskiej i województwie lubelskim rządzili wówczas niepodzielnie protektorowie Reja — Tęczyńscy. Jan, wojewoda krakowski, był równocześnie starostą bełskim, chełmskim, ratneńskim i krasnostawskim. Inni Tęczyńscy byli dziedzicami Kraśnika, starostami lubelskimi i urzędowskimi. Przed Rejem, podobnie jak przed jego protektorami, otwierały się na tych słabo zaludnionych terenach szerokie perspektywy zdobycia fortuny. Skorzystali z nich skwapliwie. Otrzymane w posagu i nabyte później dobra w ziemi chełmskiej i województwie lubelskim związały na zawsze Reja z nimi obydwoma. Temu faktowi zawdzięczamy zachowanie materiałów do jego działalności w księgach ich sądów.
Od roku 1552 do 1569 (data śmierci) zachowało się w księgach sądowych chełmskich, krasnostawskich, lubelskich i urzędowskich łącznie ponad 100 zapisów jego spraw. .W sądach innych województw jest ich około 400. Przedstawiają one plastycznie i barwnie osobę pana Mikołaja, człowieka zapobiegliwego i bardzo energicznego. Czcigodny patron naszego piśmiennictwa tak pięknie malujący uroki życia sielskiego, w wiejskim ustroniu, „w domku z ogródkiem warzywnym i sadkiem, z ziółkami i rybkami w staweczku”, sam chyba miał niewiele czasu na realizację tych życiowych ideałów. Chęć zdobycia majątku dla licznej gromadki (3 synów i 3 córki) zmuszała Reja-ojca do ciągłej gonitwy od jednego sądu do drugiego, a 28 lat swego życia małżeńskiego spędził pan Mikołaj nie w zaciszu domowym, na łonie rodziny, ale raczej w podróżach, klnąc pewnie złe trakty i sąsiadów, z którymi toczył sprawy.
Nie wyręczając się z zasady nikim, stawał na swoich sprawach prawie zawsze osobiście w odległych o setki mil sądach: Haliczu, Lwowie, Lublinie, Książu, Krakowie, Chełmie, Urzędowie, Krasnymstawie i bronił się jak biegły jurysta.
Zadziwiająca jest ta niespotykana energia życiowa, różnorodność jego uzdolnień i zainteresowań. Bo przecież ten namiętny pieniacz to równocześnie doskonały zarządca dóbr, rozrzuconych na tak wielkim obszarze, poeta dworski, kompan do wypitki i wybitki wśród braci szlachty, propagator nowych idei społecznych i reform, nowej wiary.
Materiały sądowe archiwum lubelskiego pozwalają nam obserwować Reja na wielu ścieżkach jego codziennego życia, na których jakże często odbiega od głoszonych przez siebie ideałów i interpretuje je na swój sposób, inaczej dla wszystkich, trochę inaczej dla siebie. Tak np. w roku wydania (1543) Krótkiej rozprawy między panem, wójtem i plebanem, w której ostro krytykuje dbałość duchowieństwa o dobra materialne i system dziesięcin, sam występuje w sprawie sądowej jako dzierżaw ca dziesięciny w kluczu biskupickim województwa lubelskiego, stanowiącym własność biskupa krakowskiego Gamrata, być może kompana Reja z uczt dworskich, choć przeciwnika w oficjalnych poglądach społecznych.
Dalsze źródła lubelskie mówią jeszcze o innych sprawach. Otóż ledwie nasz „poczciwy człowiek” osiadł w ziemi chełmskiej, już w 1541 r. zaczął zabiegać „czapką i papką” o dzierżawę królewszczyzn, tj. dwóch wsi Pliskowa i Stajnego, dla swego wówczas kilkuletniego syna, Krzysztofa.
W roku 1547 troskliwy ojciec rozpoczął kampanię o zdobycie dóbr Popkowice i Skorczyce już dla liczniejszej gromadki. Sprawa Popkowic i Skorczyc ma kilkanaście zapisów w księgach sądowych. Trudno jest ostatecznie ustalić, w jaki sposób Rej stał się ich właścicielem. W każdym razie należy podziwiać jego talent dyplomatyczny, z pomocą którego zdołał uzyskać od bezdzietnego Pawła Bystrama i jego żony Zofii z Mirowa Myszkowskiej zapis tych wsi, z pominięciem bliskich krewnych.
W roku 1556, po śmierci Bystrama, Myszkowscy (kasztelan wojnicki i kasztelan oświęcimski), za zgodą Bystramowej, najechali na dwór Reja w Popkowicach i zrabowali doszczętnie, zabierając wszystkie zapisane uprzednio Rejowi ruchomości i inwentarz. Poszkodowany Rej, choć zdobył dobra i ruchomości prawem kaduka, z miną naprawdę pokrzywdzonego, stając przed sądem wylicza swoje straty. Przy tej okazji możemy poznać jego zdolności administracyjne i stan zamożności. W czasie najazdu dziedzic Rej stracił 37 naczyń srebrnych, 150 sztuk bydła i nie-rogacizny, 200 fasek masła, 60 połci słoniny, 60 kóp sera, które w pocie czoła znosili poddani. Jak widać z powyższego, po 9 latach rządów Rejowych w „domeczku było chędogo, ano wszytko miło. Były krupeczki bieluchne i kureczki tłuściuchne”.
Z racji posiadanych i wciąż nabywanych dóbr mnożyły się sprawy sądowe. Rej do końca życia nie ustaje w zabiegach o powiększanie swego majątku przez nowe zakupy wsi i dzierżawy, o przywileje dla nowo założonego przez siebie miasta Rejowca, które w 1564 r. uległo pożarowi. Równocześnie z nadanym miastu przywilejem, zwalniającym je od podatków państwowych na przeciąg 18 lat, król Zygmunt August nakazał, aby starosta chełmski wziął Reja w opiekę i bronił przed złymi sąsiadami. W świetle listu królewskiego przedstawia się więc on jako człowiek potulny, nie wadzący nikomu, gdy tymczasem wiele zachowanych materiałów mówi wręcz co innego.
Procesy Reja z sąsiadami ciągnęły się nieraz przez szereg lat. Jest około 70 zapisów jego spraw sądowych z sąsiadami chełmskimi i spod Urzędowa. Żyje prawie ze wszystkimi w niezgodzie: z sąsiadem z Rakołup, ze Żdżannego, z Czerniowa, Łopiennika, Hańska, Siennicy, Pawłowa, Kłodnicy i innymi. Klasycznym przykładem stosunków sąsiedzkich Reja i próbką jego temperamentu jest długotrwały zatarg z sędzią ziemskim chełmskim, Andrzejem Hańskim. Przyczyną ciągnącego się około 10 lat sporu było bezprawne zabranie przez Reja zboża sędziemu ze wspólnego młyna we wsi Hańsko, zaoranie miedzy i wyłowienie ryb we wspólnym stawie. Poszkodowany Hański odwzajemnił się sąsiadowi w podobny sposób. Potem, mimo różnych wyroków urzędowych sądów, wymierzali sobie nadal sprawiedliwość we własnym zakresie.
Spraw podobnych jest znaczna ilość. We wszystkich nich występuje Rej jako typowy pieniacz, ufny w protekcję możnych, nie liczący się ze swoją godnością, nie cofający się nawet przed najazdami na sąsiadów, wycinaniem lasów, rozrzucaniem kopców granicznych, zabieraniem mienia ich chłopom. W roku 1563 Rej, obrońca uciśnionych warstw społecznych i człowiek bogaty zabrał 4 roje pszczół z pola należącego do chłopa Hapona Borsuka ze wsi Hańsko, dlatego że procesował się z jego panem.
Rej nie ma więc głębokiego poczucia sprawiedliwości, kieruje się impulsami. Wybuchowość, zawziętość i chciwość są chyba jego największymi wadami, których nie może się pozbyć do końca życia i które niejednokrotnie przesłaniają jego dobre intencje.
W związku z przeglądem materiałów nasuwa się uwaga pod adresem niektórych autorów opracowań o Reju, którzy zasugerowani jego zasługami na polu piśmiennictwa narodowego starają się przedstawić osobę pisarza w lepszym świetle, niż na to zasługuje. Jest to postawa niesłuszna. Analizując źródła lubelskie, które mówią tak wiele o Reju jako człowieku, a przede wszystkim o jego wadach, mamy tym większy dla niego podziw, że obarczony nimi, spostrzegał również rzeczy wielkie. Że ten hulaka, gwałtownik, zły sąsiad, bogacz zabierający w chwili gniewu mienie chłopu sąsiada, dążył do reform społecznych i religijnych, cenił wiedzę, był poetą i nauczycielem narodu i że to przecież on jednym swoim powiedzeniem: „że Polacy nie gęsi, iż swój język mają” wprowadził ojczystą mowę na arenę literatury europejskiej, a sobie zbudował pomnik trwały na wieki.
Stanisława Paulowa por. https://teatrnn.pl/leksykon/artykuly/mikolaj-rej-w-swietle-akt-sadowych/
No i te podane jako przykład przez „666” liczebniki. Słynne „pienset”, które atakuje coraz częściej z ekranu i głośnika.
Ciekawe czy w szkole w ogóle zwraca się na te rzeczy uwagę. Nie chce mi się wierzyć, że te wszystkie błędy pojawiają się dopiero po studiach lub doktoracie (jak „bendom” u pewnego dr Prezesa)
O ile dobrze pamiętam, to norma w odniesieniu do liczebnika „sześćset” (zwłaszcza w porównaniu z „pięćset”) jest mało rygorystyczna i dopuszcza warianty wymowy sześset, a nawet szejset.
[ Właśnie dostrzegłem, że poruszona przez autora kwestia była analizowana już przez Poradnię językową PWN:
https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/piecset-i-szescset;8593.html ]
Zaś wracając do zwracania 🙂 uwagi na prawidłową wymowę, to odpowiedź brzmi: raczej nie zwraca się. Bolał nad tym już w latach siedemdziesiątych Andrzej Łapicki w swych felietonach (opublikowanych też w zbiorku zatytułowanym „Przed lustrem”). Chociaż przytacza on soczystą anegdotę dotyczącą egzaminu na kartę mikrofonową (egzaminowanym był nie byle kto, bo sam Jerzy Rosołowski): „Będzie z pana doskonały lektor, gratuluję. Ale jeśli pan jeszcze raz powie dźwi, to kopnę pana w d_pę tak, że wyląduje pan w Kieleckiem.”
Błędy takowe nie wymagają uprzedniego udziału w studiach magisterskich czy doktoranckich. Najczęściej wynosi się je z domu. Co w odniesieniu do rzeczonej persony i jej (ogólnie niskiej) kultury językowej może zdumiewać, zważywszy że — jak wspomniałem w pierwszym wpisie — rodzicielka była polonistką i nauczycielką języka polskiego. Ponoć repetitio est mater studiorum. Dla niektórych — repetitio errorum.
Moce recht dresze, jak to mówią u nas na Kaszubach 🙂
Zbiór komentarzy równie pasjonujący jak sam artykuł. Gratulacje wszystkim.