Jerzy Łukaszewski: Egzaminy z edukacji politycznej6 min czytania


10.05.2024

Gdyby takowe wprowadzono jako warunek prawa do głosowania, mogłoby się okazać, że do urn pójdzie … no, ile? … 70%? 60% czy jeszcze mniej uprawnionych obecnie?
Każde kolejne dziesięciolecie dowodzi, że albo kiedyś zasada egzaminów zostanie wprowadzona, albo po raz kolejny w historii nasz byt polityczny źle się skończy.
Wybory społeczeństwa widoczne pod postacią składu parlamentu i rządu, a także rankingi zaufania jakim darzymy poszczególnych polityków nie napawają dobrymi myślami.
Kiedy słyszy się bzdury wygłaszane przez polityków, a potem widzi procent otrzymanych przez nich głosów można się załamać. Nie ma chyba takiego idiotyzmu, którego nie łyknie zwolennik tej czy innej opcji. Na dodatek dają sobie ludzie wciskać ciemnotę, którą przyjmie jedynie ktoś kompletnie nie orientujący się w sprawach szerszych, niż przepis na chleb z masłem.
Siostra moja uczyła kiedyś uczniów wiedzy o Polsce i z jej wspomnień wiem, że nie była to ani wiedza tajemna, ani jakaś super trudna dla dzieci w podstawówce.
Co więc się dzieje kiedy tzw. politycy opowiadają ewidentne głupoty, a wyborcy ochoczo klaszczą i głosują na oszustów, którzy, jak znam życie, nie darzą swoich wyborców jakimś szczególnym szacunkiem. Inaczej nie wciskaliby im takich rzeczy.

Wybory do EU są kolejnym tego przykładem.

Zdecydowanie brutalniejsi w traktowaniu swych wyborców od PiS konfederaści krzyczą np. „Chcieliśmy być w Unii, ale nie takiej!” z jednej strony odrzucając zarzut, iż są z definicji antyunijni, a z drugiej robiąc durniów ze swych zwolenników, bo każą im wierzyć, że była jeszcze jakaś inna Unia do wyboru i tylko wybraliśmy nie tę co trzeba.

Narracja PiS, nieco bardziej „subtelna” od Konfederacji musi zawierać w sobie obowiązkowo akcent antyniemiecki, a więc mamy tu „Unię pozornie kierowaną z Brukseli, a tak naprawdę z Berlina”.
Oba te stanowiska przypominają kogoś, kto po dużych trudach i staraniach, wypełniając odpowiednie warunki wstąpił do klubu piłkarskiego, a po przyjęciu oświadczył, że on teraz chce grać w koszykówkę, a klub ma mu to umożliwić i za to płacić. Z klubu dobrowolnie nie odejdzie, bo straci dotacje (które mu się należą za ’39), ale w piłkę nożną grać nie będzie.
Oczywiście nadal uważa się za człowieka poważnego i domaga się szacunku. Niektórzy z nich (ostatnio niejaka Fotyga) twierdzą nawet, że już go mają.

Jeśli chodzi o stosunki polsko-niemieckie to dziwnym trafem nie przebijają się do świadomości zwolenników wymienionych partii fakty, które mogłyby odmienić wizerunek tych relacji. Pamiętam, że pod koniec urzędowania Angeli Merkel (najbardziej przyjaznego Polsce kanclerza w historii, zwalczanej wściekle przez kaczystów) zwracali się do niej niemieccy przemysłowcy z prośbą o pomoc, ponieważ polskie firmy coraz częściej rugują ich z … niemieckiego rynku. Wystarczy spojrzeć na bilans handlowy naszych krajów, bo opowieści o niemieckiej dominacji włożyć między bajki.

Niemcy nas póki co nie wykupili, za to ilość nieruchomości kupowanych przez Polaków za granicą rośnie w zdumiewającym tempie. Pojawiły się nawet biura handlu nieruchomościami specjalizujące się w obsługiwaniu Polaków nabywających domy za granicą.

Może się słabo orientuję w temacie, ale nie znam polskiego miasta, którego burmistrzem byłby Niemiec, natomiast w kilku nadgranicznych miejscowościach niemieccy wyborcy wybrali sobie burmistrzem Polaków i jakoś nie płaczą o „wyzbywaniu się suwerenności”.

A propos tego nadużywanego ostatnio słowa.

Suwerenność. Co to naprawdę jest?
Prymitywne pojmowanie tego pojęcia, jakie serwują niektóre partie swoim zwolennikom, zawęża się do „bendziem robić co nam się chce i juszsz! Nikt nam nie bendzie muwił co nam je wolno!” Błędy ortograficzne niezbędne dla podkreślenia, że mówiący/piszący jest „patriotom”.

Jeśli wsiadam co autobusu, ale nim nie kieruję, to czy komunikacja miejska ogranicza moją suwerenność? Przecież sam wybrałem numer autobusu i kierunek, w jakim on jedzie. No, ale kierownicę w ręku ma ktoś inny, hmmm …

Czy wstępując do wspomnianego wcześniej klubu piłkarskiego tracę swoją suwerenność, bo przecież nie pozwolą mi tam grać w koszykówkę? Przecież to był mój (suwerenny właśnie) wybór, prawda? Nikt mnie nie zmuszał, bym tam wstąpił, wręcz przeciwnie, stawiano mi niełatwe warunki.

Czy we współczesnym świecie suwerenność nie oznacza właśnie wolności wyboru? Wypada jednak być konsekwentnym i skoro się już wybrało, to nie należy udawać, że nas ktoś „zniewolił” i że znajdujemy się w nowej komunie, jak to lubią podkreślać niektórzy politycy, którzy mimo to zabijają się wręcz o miejsca na listach do parlamentu UE.

Zakłamani politycy ukazują Polakom „niebezpieczeństwo euro” na przykładzie Grecji, ale nie wspominają, że ogromne swego czasu kłopoty Grecji nie miały źródła w walucie euro, ale w rozpasanym rozdawnictwie, nieco podobnym do polskiego, o czym warto czasem sobie przypomnieć.…

Można wmówić ludziom, jak się okazuje, że najlepiej jest skłócić się ze wszystkimi dookoła, granice otoczyć kargulowym płotkiem i wszystko będzie wspaniale. Dziwne, ale można to ludziom wmówić. Przynajmniej tej części, która decyduje o wyborze polityka. PiS udało się skłócić nas ze wszystkimi sąsiadami. Jaki z tego był zysk? Zapytajcie ich wyborców.
Znajoma wygłosiła zdanie „nikt mi tyle nie dał co PiS”. No tak, bo przecież państwo jest od dawania. Nie od tego? A od czego? Ot, trudne pytanie egzaminacyjne.

I tak dalej i tak dalej…

Kiedy wybuchła sprawa sędziego – szpiega natychmiast odezwały się nożyce (Ziobro) krzycząc głośno, że „to wina Tuska, bo już 4 miesiące rządzi i o tym nie wiedział”. Ziobro był przy władzy w odpowiednim resorcie 8 lat i też nie wiedział (chyba), a jednak nie ma sobie nic do zarzucenia.
Wszystko to są sprawy tak proste, tak oczywiste, tak jasne, że trzeba chyba naprawdę dużo złej woli, by ich pojmowanie wykoślawić, zamienić na ich odwrotność, przekłamać.
A jednak to się udaje. Jakim cudem? A może bez cudu?

Jak dotrzeć do ludzi z prostym wyjaśnieniem naprawdę prostych spraw? To wyjątkowo trudne, bo potrafiono nas już tak skłócić, tak podzielić, że nawet kiedy mówi nam ktoś „dzień dobry” to najpierw zastanawiamy się z jakiej on jest opcji i co chciał przez to powiedzieć.
Proste, logiczne wyjaśnienie nie zostanie więc odebrane jako podana na tacy prawda, ale jako stanowisko opcji jaką reprezentujemy, a więc coś dla innych koszmarnie niewiarygodnego. Powoli człowieka zaczyna ogarniać bezradność i strach, ponieważ coraz wyraźniej widać do czego to prowadzi.
Można dać sobą rządzić błaznom kiedy jest wesoło i spokojnie, ale dziś z wojną za ścianą zaczyna to robić się niebezpieczne. Najłagodniej mówiąc.

Co więc pozostaje?

Chyba nikomu się nie spodoba odpowiedź, ale … nic. Nie ma lekarstwa na to, co sobie wypracowaliśmy przez trzy i pół dekady.
Oczywiście, można spróbować wrócić do podstaw edukacji, ale znowu: kto ma ją prowadzić i kogo ona przekona? Niemniej jest to już ostatnia droga, którą możemy pójść.

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email
 

One Response

  1. Zbigniew 12.05.2024 Odpowiedz

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo