03.12.2024
Wywołany do tablicy przedstawiam pocztówkę z Argentyny, a raczej z Buenos Aires.
Gdy kandydat na prezydenta kraju, którego 80% ludności to katolicy (do czasu reformy konstytucji w 1994 roku prezydentem Argentyny mógł być wyłącznie katolik), nazywa argentyńskiego papieża Franciszka lewicowym sukinsynem i imbecylem, papież w telewizji przestrzega przed „mesjańskimi klaunami”, a mimo to Milei wygrywa wybory – to najlepszy dowód na to, jak zdesperowani byli Argentyńczycy wybierając go rok temu. Człowiek, którego spora część rodaków uważa za groźnego wariata, dostał posadę cudotwórcy. „Przyszedłem nie po to, aby poprowadzić owce, ale po to, aby obudzić lwy.” Tak zdefiniował swą misję Javier Milei.
Wypowiedział wojnę państwu opiekuńczemu, opowiadając się za rynkiem tak wolnym od ograniczeń, że – jak kiedyś zasugerował – ludzie ostatecznie mogliby kupować i sprzedawać dzieci.
Przez ostatnie trzy lata co roku w listopadzie spędzałem kilka dni w Buenos Aires, zatrzymując się w tej samej części miasta. Było oczywiste, i potwierdzali to wszyscy miejscowi, z którymi miałem okazję rozmawiać, że ścieżka peronizmu wiodła donikąd. Trzymałem więc kciuki za Milei, choć jego religijna wiara w niczym nieskrępowany rynek wydaje się dość naiwna. Podoba mi się jego twarda postawa proukraińska – rzadkość w Ameryce Łacińskiej – i fakt, że odrzucił rosyjsko-chińskie zaproszenie do członkostwa w BRICS plus, które jest głównie propagandowym narzędziem Xi i Putina. Zdumiewa odwaga i determinacja, a reszta? “The proof is in the pudding” – mówi przysłowie, czyli czas pokaże.
Zaskoczyło mnie kilka publikacji w naszej prasie obwieszczających początki argentyńskiego cudu gospodarczego. Albo się ten cud świetnie kamufluje, albo wymagam opieki okulisty, bo go nie dostrzegłem. PKB Argentyny w tym roku spada. Deficyt budżetowy zmalał, bo Milei zwolnił tysiące ludzi z sektora publicznego i obciął subsydia np. na komunikację publiczną i energię. Po raz pierwszy widziałem na ulicach i w parkach bezdomnych i żebraków. W Puerto Madero, najmłodszej i pokazowej dzielnicy miasta, wcześniej tętniącej życiem, dziś sporo pustostanów.
Rok temu oficjalny kurs dolara wynosił 460 peso, a w kantorze oferowano niemal 900. Milei podniósł kurs oficjalny, niemal go zrównując z kursem na „blue market” – to ich „czarny” rynek. Ale oba nie przestały się piąć, tyle że różnica między nimi mocno zmalała. Inflacja nie popuszcza. Skromny obiad dla 2 osób – rok temu $30 dol., dziś ponad $45. W drogerii, gdzie rok temu pasta do zębów i pianka do golenia kosztowały mniej niż w Warszawie, dziś kosztują więcej, a u nas, jak wiadomo, cen nie zamrożono. Gdy powiedziałem sprzedawcy, nieco prowokacyjnie, że podrożało u niego o 100% – rozejrzał się dookoła i przytaknął.
W przypadku jedynego, poza restauracją, zakupu w cenie powyżej 50 tysięcy peso (z grubsza 50 dol.) zaoferowano mi 20% rabatu, jeśli zapłacę gotówką, a gdy zaproponowałem zapłatę w dolarach, to po 20% obniżce przeliczono moje dolary po kursie 1180 peso za zielonego, czyli znów wyższym od oficjalnego (tego dnia wynosił 1002). Na handlowej Calle Florida, cinkciarzy więcej niż przechodniów.
Spadły i konsumpcja, i inwestycje. Spadł także deficyt budżetowy z powodu wspomnianych wcześniej redukcji zatrudnienia w sektorze publicznym i cięć dotacji. Wzrosła stopa bezrobocia – z 5.6% w końcu ubiegłego roku do 7.6% dziś. Wzrosła liczba bezdomnych – szacuje się ją w skali kraju na 3.6 miliona. Wedle władz Buenos Aires co miesiąc w stolicy przybywa 300 bezdomnych. Podskoczył odsetek społeczeństwa żyjącego w ubóstwie – szacowany dziś na blisko 55%. Gdy zagadnąłem kilku młodych mężczyzn o to, czy są zadowoleni z Milei, ku memu zaskoczeniu bronili go energicznie, przypominając – słusznie – że początki bywają trudne. Gdy spytałem skąd są, odpowiedzieli, że kilka lat temu uciekli z Wenezueli. To może tłumaczyć ich wyrozumiałość i zadowolenie. A zatem mój sondaż był podwójnie skażony: mikroskopijna próbka i mocno nietypowi ankietowani.
Wieloletnia autarkia z definicji nie sprzyjała budowie zdolności do konkurowania na międzynarodowych rynkach. Byli potęgą, gdy świat pożądał ich mięsa, wełny i zbóż. W sklepach obuwniczych wszystkie buty, które byłbym skłonny kupić, okazywały się importem z Brazylii. Tam po prostu lepiej garbują skórę. Może miałem pecha, ale w Warszawie jadłem lepszą argentyńską wołowinę niż w Buenos Aires. (czy najlepsze idzie na eksport? – skąd my to znamy?). Dziś 40% eksportu to soja, kukurydza i pszenica. Ale kraj jest dziś na 12 miejscu wśród eksporterów ciężarówek dostawczych – głównie grupy Volkswagena, produkowanych w Cordobie i sprzedawanych Brazylii i innym krajom Ameryki Południowej. Na brazylijskim rynku SUV Argentyńczykom coraz trudniej konkurować z Chińczykami. Milei wielką nadzieję pokłada w licie, którego ogromne ilości spoczywają na pustyni Atacama. Argentyna ma trzecie, po Chile i Australii, największe złoża litu na świecie. Póki co, jednak, naskórkowy ogląd każe mi mówić nie o cudzie, a raczej o ponurych dla wielu zmaganiach z materią codzienności, okraszonych nadzieją na sukcesy reprezentacji piłkarskiej.

Andrzej Lubowski
Polski i amerykański dziennikarz i publicysta polityczno-ekonomiczny.

Dotychczas wybierali normalnych – i mieli syf.
No to wybrali wariata….
Przysłużą się Argentyńczykom reformy w stylu Balcerowicza. Aktywność obywateli daje dobrobyt w dłuższej perspektywie a nie rozdawnictwo rządu. Wenezuelczycy wiedzą coś o tym. Polacy zresztą też.
A Pan Redaktor widział po roku od wdrożenia planu Balcerowicza cud godpodarczy w Polsce? 30 lat Polacy na niego pracowali…
Zakładam, że o pytanie do autora (który akurat redaktorem nie jest), więc odpowiadam: nie, nie widziałem. Nie było mnie wtedy w Polsce, ale oczywiście wiem, co się stało. Dość szybko poprawiła się sytuacja na rynku, ale jednocześnie wzrosło bezrobocie i mocno podskoczyły ceny… Kibicowałem Balcerowiczowi, z którym przyjaźnie się od przeszło pół wieku, i, jak napisałem, kibicuje Milei. Rozumiem, że przed nim droga długa i wyboista. Napisałem to :”Gdy zagadnąłem kilku młodych mężczyzn o to, czy są zadowoleni z Milei, ku memu zaskoczeniu bronili go energicznie, przypominając – słusznie – że początki bywają trudne.”.