07.11.2025
Stawał się kandydatem na artystę. Tak mu mówiono, gdy popadał w przygnębienie i nie widział przed sobą żadnych perspektyw. Wątpił w swój talent. Podobno drzemały w nim ukryte możliwości i starczało wyrwać je z uśpienia, by okazało się, ile są warte. Ale nie wierzył, że coś w nim drzemie. Uważał, że zamiast przyzwoitej literatury, wychodzą mu spod pióra jakieś pitolenia. Nad czym ubolewał, ale ubolewał nieskutecznie, gdyż tworzył je nadal.
Konstruktor fabuł o niejasnym charakterze, podstarzały heros pozujący na klasyka, przeciwnik rzeczywistości, wirtuoz bredni, magazynier banałów, fabrykant śmieciowych lektur, oto, jak nazywano go w ostatnich recenzjach. Bo w pierwszych był zjawiskiem, ewenementem i samorodkiem. Jego twórczość wymykała się wszelkim ocenom; wcześniejsza, nie zapowiadała późniejszego rozczarowania.
Dostrzegano w nim stylistę znajdującego się w stanie ciągłej ewolucji. Proza stanowiła warunek jego istnienia, wyboistą drogę do perfekcji wyrazu i specyficznego przekazania wielowarstwowej treści w tak skonstruowanej formie, która, widziana w jednym zapisie, mogłaby odzwierciedlić wiele ukrytych intencji. Mogłaby, lecz nie odzwierciedlała; nie była czytelna.
Większość krytyków orzekła, że jego prozatorski dorobek wymaga powtórnego prześwietlenia: zaprezentowane teksty są skonstruowane z niedomówień i wieloznaczności; brakuje faktów, a zamiast nich pojawiają się spekulacje. Lecz mimo tak nietrafnych opinii, utrzymywał, że nie wady to są, ale zalety: w proponowanych utworach nie ograniczał się do podawania niedokończonych fragmentów poetyckiej prozy. Otwierał przed czytelnikiem swój pogmatwany świat, skłaniał go do przemyśleń i zwracał mu uwagę na zarysowany problem.
Fragmentaryczność jego utworów nie wynikała z niedoskonałości pamięci; jej okruchy przybierały formę wędrówek przez czas. Ułożone w cykl, stanowiły całość; system ciągłych powtórzeń. Powtórzenia, usiłowania, próby nawrotów do źródeł przeżyć, były dla niego tworzywem, obsesją, drogą do samopoznania.
Stąd w jego pisarstwie tyle powracających motywów. Słowa, miejsca, wątki, refrenowe sformułowania odnoszące się do różnych partii opowiadań, ulegają zmianom: są uzależnione od kontekstu; co innego prezentują w czasie fizycznym, a co innego w czasie psychicznym.
Czas psychiczny można pojąć tylko poprzez nieustanne mnożenie tych samych wersji zdarzeń; poznawanie świata polega na ponownym sklejaniu jego fragmentów, na uporczywej rekonstrukcji zdarzeń, łączeniu ich w jedno i budowaniu z nich mozaiki.
Narracje wymagają wysiłku, skupienia, wzmożonego namysłu. Pamięć, przypomnienia i czas, grają w nich niepoślednią rolę. Fragmentaryczne i nadwątlone amnezją szczegółów, znajdują się w ciągłym ruchu; pojawiają niczym snop światła, a znikając w mroku – odsłaniają przed czytelnikiem nieznane wymiary rzeczywistości.

Marek Jastrząb
Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.
źródła obrazu
- jastrzab: BM

O, jakże pięknie smutny ten tekst — i jak boleśnie prawdziwy. Marek Jastrząb znów udowadnia, że potrafi pisać o rozczarowaniu tak, jak Chopin grał o tęsknocie — z klasą, melancholią i nutą autoironii. Czytając, człowiek ma wrażenie, że oto spotkał artystę, który przegrał w konkursie z samym sobą — i jeszcze sam napisał recenzję tej porażki.
Ale jest w tym coś krzepiącego. Bo czyż nie każdy z nas ma w sobie takiego małego „wirtuoza bredni”? Kogoś, kto po nocach skleja z okruchów wspomnień własną mozaikę sensu, choć rano i tak wszystko wygląda jak szkic bez tła?
Jastrząb pisze o twórcy, który gubi znaczenia, a znajduje człowieczeństwo. O pamięci, która się sypie jak tynk ze starych kamienic — ale w tym właśnie sypaniu jest cała poezja życia. To tekst o tym, że warto pisać nawet wtedy, gdy wychodzą pitolenia — bo lepsze pitolenie z duszą niż doskonałość bez serca.
Podsumowując: smutno, ale mądrze; boleśnie, ale z humorem. I, jak to u Jastrzębia, człowiek po lekturze nie wie, czy otworzyć wino, czy zeszyt z notatkami. Najlepiej jedno i drugie.
No a ja po przeczytaniu Jastrzębia powziąłem niejasną potrzebę popełnienia seppuku, a po Bielejewskim, konieczność tegoż. Czyż to nie piękne?
Tak działa ciśnienie wytworzone przez Tuzów.