09.11.2024
Zdarzyło się, że na polskich obszarach wybuchła niepodległość i euforiom nie było końca. Zerwała się wichura i powiało nowym, oczekiwanym. Poszczególnym ludziom chciało się wycinać hołubce, tarzać z entuzjazmu i spodziewano się zmian. Ale choć nastąpiły, to nie były to te, których się spodziewano: dwudziestoletnią swobodę zakończyła pięcioletnia wojna prowadzona z dwoma okupantami naraz. W jej rezultacie utraciliśmy odzyskaną niezawisłość i przez pół wieku kazano nam cieszyć się okupacją przyjaciół.
Po spontanicznym ataku opętanej euforii, nadeszło otrzeźwienie i do mitygującego głosu dorwał się odwieczny malkontent o pseudonimie Zimny Prysznic. Wytłumaczył on wniebowziętym, że nie mamy powodu do pękania z dumy, bo kraj podzielił się na dwie nierówne połowy i nie było dzielnicy z ujednoliconymi marzeniami o przyszłości. Byle prowincja, zaścianek, mikrosioło, dysponują własnymi kryteriami, priorytetami, hierarchią kolejności zadań do wykonania. Jak grzyby po deszczu rodziły się odrębne koncepcje jego budowy, i powstawały mrowia osobnych interpretacji. A każda słuszna i jedyna.
Istotnie, po tak udanym spiczu dyżurnego malkontenta, pesymizm zadziałał, euforia przygasła i ludziom zmartwiło się nieludzko; ci, co dotąd szli ze sobą pod pachę, poodsuwali się ze wstrętem, odstrychnęli od siebie: Przeważnie każdy z nich uważał swego sąsiada za kreaturę i umysłowe pomiotło.
*
Na dzień dobry HISTORIA potknęła się na faktach, i, jak ze starego materaca, powyłaziły z niej świeżutkie pluskwy o kształcie białych plam.
Naraz okazało się, że zdarzenia, którymi futrowano nas na okrągło, albo nie miały miejsca, albo miały odwrotny przebieg. Ze zdziwieniem wielkim jak stodoła dowiadywaliśmy się, że to, co należało do świata pewników, straciło poprzednią ważność, a ludzie, którzy odpytywali nas z dat, miejsc, rocznic i bitew, w żywe oczy wypierali się, że kiedykolwiek wbijali nam coś podobnego do głowy. Twierdzili, że przeciwnie: starali się nauczyć tego, co jest aktualne dzisiaj.
Zaś po dzień dobry, zaczęło się. Do boju, zwartą tyralierą, uzbrojone po sam kołtun, wyruszyły napastliwe rzesze harcowników siejąc postrach o nieprzyjaznym zapachu dintojry. Nastąpił kłótliwy czas toczenia piany i pobrzękiwania szabelką z dykty. Prawdę, jeżeli była o minutę starsza od nowych założeń posądzano o fałsz i kierowano do ideowej wulkanizacji, gdzie były dostosowywane do obowiązujących przekonań. Zaczęła obowiązywać maniera udzielania zbawiennych rad o niepotrzebnym znaczeniu i zostawały zweryfikowane pod kątem przydatności.
Upowszechniła się tendencja do naginania faktów i wyrażania mętnych ocen, a w trosce o złagodzenie sejmowych wystąpień, stosowano koncyliacyjne rzucanie błotem owiniętym w bibułkę.
Nastąpił więc rozczarowany etap wycofywania się z życia. Z tych jego sfer, które coraz częściej potwierdzały, że walczyć o prawdę, to daremny trud. Nadeszły chwile zwycięstw cieni, dłużące się chwile zmagań z bezproblemowymi problemami. Pojawiło się szarpiące nerwy użeranie z tym, co dotąd nie podlegało dyskusji, co ciągle jednak było podważane przez ludzi, których do wczoraj nie znał nikt.

Marek Jastrząb
Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.
źródła obrazu
- jastrzab: BM
