09.11.2025
Choć Tusk rządzi – i chwała mu za to, bo przynajmniej znowu mamy premiera, który potrafi złożyć zdanie podrzędnie złożone – to państwo nadal ocieka brunatnym sosem z pisowskiej stołówki. Teoretycznie zmieniła się władza, ale praktycznie kraj nadal funkcjonuje jakby od lat 2015–2023 nie upłynęła nawet sekunda. PiS, choć przegrany w wyborach, pozostawił po sobie gęstą sieć lojalnych funkcjonariuszy, upartyjnionych instytucji i kadrowe „złogi”, które jak azbest w starym PRL-owskim bloku nadal trują rzeczywistość.
Sądy? Obsadzone przez nominatów, którzy zamiast niezależności i rozumu preferują linię partii i modlitwę przed wokandą. W wielu sądach wyższej instancji orzekają ludzie, których jedynym doświadczeniem w życiu była wierność Zbigniewowi Ziobrze i praca w gabinecie politycznym. KRS? Kadencyjny Potwór z Loch Ness – raz wypływa, raz znika, ale ciągle jest i trzyma swoje macki na nominacjach.
Trybunał Konstytucyjny? Jedzie na ropie z Orlenu i orzeka wyłącznie wtedy, gdy trzeba przykryć jakąś aferę lub poprzeć wyobrażenia Jarosława Kaczyńskiego na temat rzeczywistości. Tam nawet konstytucja ma status broszury reklamowej do celów propagandowych.
Prokuratura? Zbigniew Ziobro wiecznie żywy, choć schowany, jego ludzie dalej mają dostęp do akt, ludzi i dźwiękowych przesłuchań. Nowi ministrowie mogą co najwyżej czyścić klamki, ale aparat pozostał w całości, gotowy na kontratak. Prokuratorzy regionalni z czasów PiS dalej blokują postępowania, opóźniają sprawy, chowają teczki i liczą na powrót starego porządku.
NBP? Obajtek w wersji „mam dyplom i kredyt we frankach”. Glapiński, dziś nie tylko relikt, ale i polityczny świadek koronny, gra na czas, sabotuje politykę rządu, używa banku centralnego jako miejsca konspiracji i odpoczynku dla partyjnych kolegów.
Służba cywilna? Upartyjniona. Media publiczne? W rękach ludzi od Kurskiego, tylko z nowymi nazwiskami na tabliczce. IPN? Zawalony ideologicznym betonem, który traktuje historię jak pas transmisyjny dla narodowej indoktrynacji.
Państwo, mimo wygranych wyborów, nadal funkcjonuje jak maskarada. Liberalna demokracja odzyskała głowę, ale ciało dalej siedzi w starym pancerzu. Tusk, jak nowoczesny chirurg, musi operować pacjenta, który jeszcze oddycha, ale ma wszczepione czujniki PiS-u, aktywne przy każdej próbie reformy.
To nie jest rewolucja. To żmudna dekontaminacja państwa z ideologicznego azbestu. I właśnie dlatego warto jeszcze docenić, że mamy premiera, który nie rzuca granatem w prawo obywatelskie, tylko powoli, systematycznie wycina zarośla, które miały nas odgrodzić od Europy i Zachodu.
We wtorek, 11 listopada, dwa wydarzenia zbiegają się z ironiczną precyzją historii. Z jednej strony Marsz Niepodległości, organizowany przez skrajną prawicę, gdzie symbolem patriotyzmu stała się racica dzika i cytat z Romana Dmowskiego wyryty na dresie. Z drugiej – rocznica Rewolucji Październikowej, czyli momentu, gdy Lenin rozpoczął swoją drogę ku totalitarnej kontroli państwa. I choć może się to wydawać zaskakujące, dziś to nie radykalna lewica, ale właśnie prawica najpełniej realizuje idee leninowskie. Przynajmniej te dotyczące władzy.
Lenin wierzył, że państwo musi być całkowicie podporządkowane partii, a instytucje niezależne są przeszkodą w budowie rewolucyjnego porządku. Jarosław Kaczyński najwyraźniej przeczytał to samo. Przejęcie sądów, mediów, prokuratury, służb i banku centralnego nie było przypadkiem – to była kalkulacja. „Partia nowego typu” w wersji PiS działa jak bolszewicka centrala: ma być jedno centrum decyzji, jeden język przekazu i zero pluralizmu.
W tym duchu pojawia się też postać Karola Nawrockiego, prezydenta RP, który z entuzjazmem szykuje się do udziału w Marszu Niepodległości. To nie jest zwykły polityk. To człowiek, który wspiera Konfederację, przytula Grzegorza Brauna, i w wolnych chwilach stawia historię na głowie, żeby pasowała do narodowo-katolickiej ortodoksji. Mamy więc prezydenta o mentalności cenzora, który z uśmiechem konserwuje to, co najciemniejsze.
Prawica, która jeszcze wczoraj wyzywała wszystkich od komunistów, dziś po cichu adaptuje leninowską logikę: nie chodzi o wartości, chodzi o władzę. Marsz Niepodległości przestał być wyrazem dumy narodowej, a stał się manewrem rewolucyjnym. Nie bez kozery przypomina dziś bardziej defiladę partyjnych bojówkarzy niż święto wspólnoty. I choć z ust organizatorów nie padają cytaty z Lenina, to duch jego rewolucji krąży nad tym zgromadzeniem. Duch podporządkowania, czystki, wykreślania przeciwników z debaty publicznej.
Lewica? Lewica wciąż gra na ukulele. A Konfederacja, PiS i cały ten narodowo-socjalny mariaż idą naprzód z flagą i pałką. To nie Zandberg jest dziś rewolucjonistą. Rewolucjonistą jest ten, kto wyciera sobie buty konstytucją, kto zakłada, że demokracja jest tylko wtedy, gdy wygrywa nasz obóz. Lenin mógłby się uśmiechnąć, patrząc na te marsze.
I tylko Donald Tusk, jak chirurg i strażak w jednym, próbuje jeszcze wyprowadzić państwo z tej brunatnej mgły. Niech mu się uda. Bo jeśli nie, to następna rewolucja nie będzie romantyczna. Będzie zorganizowana.
Krzysztof Bielejewski

Polska prawica okazała się jedynym autentycznym spadkobiercą bolszewickich metod władzy – choć wciąż się od tego odżegnuje. Autor ironicznie zauważa, że choć premier wreszcie używa poprawnej polszczyzny, to państwo nadal ocieka „brunatnym sosem” z pisowskiej szczujni, pełne lojalnych funkcjonariuszy i upartyjnionych instytucji.
Felieton wskazuje struktury władzy: sądy obsadzone nominatami Ziobry, Trybunał Konstytucyjny jako agit-prop Kaczyńskiego, prokuraturę pozostałą w rękach sprzed 2023 roku, NBP jako rezerwę ideologiczną, i media publiczne z nowymi nazwiskami na starych stanowiskach. Wszystko to funkcjonuje jak „maskarada liberalnej demokracji”.
Kluczowa teza artykułu: to nie lewica, ale prawica najpełniej realizuje leninowskie ideały – podporządkowanie instytucji partii, likwidacja pluralizmu, całkowita kontrola państwa. Karol Nawrocki, nowy prezydent, wcielać ma mentalność cenzora, a Marsz Niepodległości przybrać ma postać bolszewickiej defilady, nie patriotycznego święta.
Donaldowi Tuskowi przypada rola strażaka i chirurga, który musi powoli dekontaminować państwo z ideologicznego azbestu. Lewica wciąż „gra na ukulele”, podczas gdy nacjonaliści przygotowują kolejną rewolucję – ale już „zorganizowaną”, nie romantyczną. Polska opozycja radykalna przejęła nie tylko słownik, ale całą metodologię totalitarnej władzy. Ironia historii czy powtórka z faszyzmu ?
To „tylko” 2 in 1: powtórka z faszyzmu ironią historii. Przykre.
Tak, to prawda, polska prawica realizuje leninowską idee państwa całkowicie podporządkowanego partii, jedynej partii z wodzem na czele. Leninowski komunizm padł po latach, reżym Kaczyńskiego po 8 latach, o 8 lat za długo.
Kaczyzm stracił władze po 8 latach niszczenia instytucji własnego państwa. Odziedziczyliśmy o nim trudny do naprawy bałagan oraz partie (PiS, KOnfederacja, Braun) i polityków (Nawrocki) które to podmioty robią wszystko aby nie udało się naprawić szkód. To prawdziwy dramat.