20.12.2025
Gdyby Karol Nawrocki był postacią z literatury, najpewniej trafiłby na karty jakiejś upiornej dystopii, gdzie prezydentem zostaje człowiek o ambicjach dyktatora i temperamencie obrażonego doktora historii drugiego sortu. Ale niestety, to nie jest ani Orwellowskie „1984”, ani Lemowski eksperyment – to Polska w 2025 roku, gdzie facet z zapałem rekonstruktora historycznego wziął się za rekonstrukcję ustroju państwa.
W styczniu Karol Nawrocki – bohaterski obrońca pomników, pamięci, tronu i ołtarza – powoła Radę ds. Naprawy Ustroju Państwa. Brzmi jak tytuł broszury z epoki Gierka albo pomysł na reality show: „Zmieńmy konstytucję – na głupszą!”. Rada ta ma być częścią Narodowej Rady Rozwoju – organizmu tak potrzebnego, jak trzecia nerka – i według prezydenta będzie miejscem „dialogu”, „debaty” i „naprawy”. Naprawy? A czy ktoś, do cholery, prosił o tę naprawę?
Bo przecież nie chodzi o debatę. Chodzi o zmianę ustroju. Chodzi o to, żeby władzę wykonawczą, sądowniczą i ustawodawczą przebić jednym bagnetem i podać prezydentowi na srebrnej tacy. I żeby wreszcie to on – Karol Wielki z Wrzeszcza – mógł decydować o wszystkim. Jak Donald Trump na polskiej diecie: dużo retoryki, zero faktów, zero pokory, za to pełna piwnica resentymentów.
Oczywiście ta rada nie będzie się składać z noblistów ani ludzi pokroju Ewy Łętowskiej. To będzie parada absurdów. Już teraz Nawrocki ma w kancelarii drużynę marzeń: Boguckiego – specjalistę od populizmu w wersji beta; Przydacza – nadwornego rzecznika Trumpolandu; Cenckiewicza – antykomunistycznego furiata z obsesją na punkcie teczek i szafy Lesiaka; oraz Szefernakera – który wygląda jak asystent operatora dymów na wiecach PiS.
Ale to dopiero początek. W tej nowej, narodowo-patriotycznej radzie zapewne znajdzie się miejsce dla całej elity narodowo-kanapowej. Nie zabraknie Mentzena z Bosakiem – mistrzów libertariańskiej propagandy i podatkowego voodoo. Pewnie pojawi się też Braun – z gaśnicą w jednej ręce i cytatem z Chestertona w drugiej. A może i Bąkiewicz – z kosą, krzyżem i księgą cytatów z samego siebie.
Cała ta banda pod egidą prezydenta, który wyrzucił Okrągły Stół z Pałacu Prezydenckiego, jak ząb mądrości – bo przecież nie ma nic gorszego niż symbol dialogu. Karol Nawrocki woli symbole inne: światło, pomniki, patos i wieczne cierpienie w narodowym antrurażu. Dla niego „Solidarność” to nie związek zawodowy, lecz sekta męczeństwa narodowego, najlepiej odarta z Wałęsy i rozumu.
I ten sam Karol z Trumpem na plakacie w szufladzie i wzrokiem wbitym w kalendarz z G20 próbuje dziś zmieniać ustrój Polski. Już nie tylko wetuje ustawy, już nie tylko sabotuje spotkania rządu z USA, nie tylko sadza swoich ludzi na stanowiskach jak w grze „Kto zostanie wasalem Jarosława?”. Teraz ma chrapkę na coś większego: na realną władzę. W stylu amerykańskim – ale tym z alternatywnej rzeczywistości, gdzie Trump wygrywa, a konstytucję piszą prawnicy po kursie korespondencyjnym.
Bo przecież Nawrocki to nie żadna konserwatywna alternatywa. To krzyżówka Dudy, Trumpa i konserwy z PRL-u. Z fobią wobec „postkomunistów” (czytaj: każdego, kto nie był z PiS), z obsesją na punkcie „zdrady narodowej” (czytaj: wybory 2023) i z misją, której nie powierzył mu nikt, poza wyobrażeniem o własnej wielkości.
Przy okazji: o jakiej „naprawie ustroju” my tu mówimy? O tej, którą zamierzają przeprowadzić ludzie odpowiedzialni za największy upadek praworządności od czasu wprowadzenia stanu wojennego? Romanowski, Ziobro, Warchoł, cała ta szkoła demolki konstytucyjnej – to są wzorce? Ludzie, którzy twierdzili, że sąd europejski to wróg, a wyrok TSUE to atak na polskość?
Nawrocki dziś śni o nowej Polsce. Ale ten sen to koszmar. To Polska, w której prezydent ma Radę ds. Wszystkiego, premier jest figurantem, a media – już nawet nie publiczne, ale pałacowe – relacjonują narodowy serial pt. „Karol i jego Rada Zbawienia Narodu”.
Pytanie brzmi: jak to zatrzymać? Jak sprawić, by ten kabaret wreszcie zszedł ze sceny? By przestał udawać operę narodową, gdy w rzeczywistości jest farsą dla naiwnych?
Bo można się śmiać, można szydzić, można walić metaforami. Ale jeśli naprawdę dojdzie do ustrojowego zamachu pod płaszczykiem „dialogu”, to wszyscy – nawet ci, którzy dziś ziewają – obudzą się w kraju, który już nie jest republiką.
Co zrobić, by ten człowiek zniknął z politycznej sceny, zanim zniknie konstytucja?
Krzysztof Bielejewski

„Co zrobić, by ten człowiek zniknął z politycznej sceny, zanim zniknie konstytucja?”
*
Odpowiedź jest prosta, choć pewnie niełatwa o ile w ogóle możliwa do przeprowadzenia:
– trzeba przeliczyć głosy w wyborach prezydenckich na początek w ok. 480 komisjach a potem, zależnie od wyniku w kilku lub kilkunastu tysiącach komisji,
– zależenie od wyniku przeliczenia doprowadzić do sytuacji w której prawidłowo obsadzony Sad Najwyższy orzeknie o ważności wyborów, bo Izba, które orzekała w lipcu 2925 r. nie jest ani sądem ani częścią Sądu Najwyższego a zatem takie orzeczenie nie istnieje w porządk prawnym.
Nie wykluczone, że N. w najbliższym czasie wywinie taki numer, po którym staniemy wobec konieczności złożenia go z urzędu.