29.01.2026
Kiedy historia spotyka teraźniejszość, zwykle nie jest to kolacja przy świecach. Raczej stłuczona butelka na tyłach knajpy, dwie wersje zdarzeń i trzech świadków, z których każdy świadczy co innego. Oto Polska i Ukraina, dwa bratnie narody, które przez wieki dzieliły się chlebem, kośćmi i wzajemnymi pretensjami. A między nimi duch Bandery, który do dziś potrafi rozhisteryzować środowisko polityczne bardziej niż podwyżka cebuli na bazarze.
Stepan Bandera. Dla jednych bohater walki o niepodległość, dla innych duchowy ojciec etnicznego pogromu. Jego nazwisko w Polsce brzmi jak przekleństwo w kościele, a na Ukrainie często jak modlitwa do narodowego bóstwa. Człowiek, którego mit został wykuty nie przez życie, ale przez śmierć. Gdyby nie pistolet i kula z cyjankiem w Monachium, może stałby się po prostu zgryźliwym emerytem w skarpetach do sandałów, a nie męczennikiem z marmuru.
Kim więc był ten człowiek, którego twarz wciąż wisi na billboardach zachodniej Ukrainy, a w polskiej świadomości wywołuje odruch zaciśniętej pięści? Organizator, ideolog, terrorysta — Bandera był tym wszystkim. Jako przywódca frakcji OUN-B odpowiadał za wyroki śmierci na przedstawicielach II Rzeczpospolitej, ale też na własnych rodakach, którzy mieli czelność mieć inne zdanie. W jego głowie nie było miejsca na kompromisy. Był jak beton ideologiczny — twardy, zimny, niereformowalny.
W 1943 roku, gdy jego organizacja stworzyła Ukraińską Powstańczą Armię, rozpoczęła się zbrodnia, która na zawsze zatruła relacje między naszymi narodami — rzeź wołyńska. Ludobójstwo, w którym zginęło około 100 tysięcy polskich cywilów. Dzieci duszone w beczkach, kobiety rozrywane końmi, starcy zarąbywani siekierami — obrazy, które nie mieszczą się w żadnym podręczniku do polityki historycznej. A wszystko pod hasłem „czystki etnicznej”, by usunąć Polaków z ziem, które nacjonaliści uważali za swoją ojczyznę. Bandera sam nie uczestniczył fizycznie w tej masakrze — przebywał wtedy w niemieckim obozie — ale to jego ideologia była krwią napisana.
A dziś, ponad 80 lat później, kiedy można by wreszcie zbudować most, nasz prezydent Nawrocki — człowiek o charyzmie gwoździa i wrażliwości betoniarki — postanawia przypomnieć Ukraińcom, że nie wolno im o niczym zapomnieć. Żąda rozliczeń, domaga się ekshumacji, jakby Ziemia miała natychmiast wyrzucić z siebie wszystkie kości i powiedzieć: „sorry, to nie ten adres”. Nie pojechał do Kijowa, gdy trzeba było okazać solidarność. Za to, gdy Zełenski pojawił się w Warszawie, wręczył mu dwa opasłe tomiszcza o polskiej krzywdzie — prezent mniej taktowny niż przesyłka z Castoramy na pogrzeb. Symboliczna fanga w nos dla człowieka, który reprezentuje naród krwawiący, głodny, pozbawiony prądu, ale wciąż stojący na froncie jak mur z ludzkiego cierpienia.
Nawrocki, zanim został prezydentem z łaski partyjnej matematyki, kierował IPN-em z manierą średniowiecznego inkwizytora. Ukrainie nie ufał, z Zełenskiego szydził, wspierał Trumpa jakby ten miał mu załatwić wieczność na ciepłej posadce w konserwatywnym Disneylandzie. A Trump — jak wiadomo — dalej marzy o podziale ukraińskiego tortu, najlepiej z Putinem jako kucharzem i Xi jako kelnerem.
W polsko-ukraińskim ćwiczeniu z historii od lat brakuje kartki z napisem „zdrowy rozsądek”. Nasze relacje to seria dramatów, głównie pisanych nożem na zroszonym krwią Wołyniu. Historia, w której obie strony przeszły od nieszczerych uścisków rąk do szczerych ciosów w plecy, i z powrotem.
W XVI wieku Polska traktowała Ukrainę jak ogródek folwarczny. Chłopi? Płacić! Kozacy? Bić! A grekokatolicy? Przekonwertować albo przemilczeć. Polacy nie zdobyli serc Ukraińców żadnym Wilnem Miłości, bardziej Przemyślem Upokorzenia. Zamiast braterstwa było panowanie, a zamiast zgody — stłumione bunty i wzajemna nieufność. Co zresztą doskonale rozumieli nasi narodowi klasycy: Śmieszność tej relacji leży w tym, że przez stulecia Polacy wchodzili na Ukrainę z butami, a teraz narzekają, że coś jest nie tak z dywanem.
Kiedy Ukraina się podnosi, my czujemy niepokój. Gdy leży — litujemy się. Ale relacje z równym sąsiadem? To już za dużo. Kiedy Rosja weszła na Ukrainę jak nietrzeźwy wujek na wesele, niszcząc wszystko, co miało wartość i człowiecze ciepło, Polacy stanęli po stronie zaatakowanych. I chwała za to. Przyjęliśmy miliony uchodźców, zrobiliśmy miejsce w szkołach, na rynku pracy, w kolejce do lekarza. I tak, zrobiliśmy to lepiej niż cała Europa razem wzięta.
Ale choć serca były szeroko otwarte, historia wciąż stała z tyłu z kamieniem w ręku. Polacy nie potrafią zapomnieć Wołynia, a Ukraińcy nie przestaną uważać Bandery za symbol walki o wolność. Taki mamy krajobraz emocjonalny: pogorzelisko z pomnikami.
Tu nie chodzi tylko o przeszłość. Chodzi o polityczną przyszłość. Ukrainie potrzeba tożsamości narodowej jak powietrza. Ale kiedy opiera się ją na Banderze, to jakby budować pomnik z granatu: niby solidny, ale co chwila komuś wybucha w twarz. Dla Polski to problem, bo rany Wołynia nie zagoiły się nawet po dekadach, tylko pokryły się cienkim opatrunkiem politycznej poprawności. A co jest pod spodem? Ropa gniewu i niezrozumienia.
Ale my, Polacy, mamy też talent do moralnej hipokryzji. Bo czyż nie śpiewamy o „krwi przelanej za naszą i waszą wolność”, zapominając, że czasem to „waszą” przelaliśmy my? I czyż nie pielęgnujemy bohaterów, którzy także mieli na koncie „błędy młodości” i „ciężkie czasy”? Bandera nie był św. Franciszkiem, ale ilu mamy takich świętych w naszej narodowej historii?
Dzisiaj, w 2026 roku, gdy Ukraina walczy już prawie czwarty rok z rosyjską zarazą, wybór jest prosty jak cep: albo wspieramy ją z całą jej złożonością, albo zostajemy jak zawsze w bocznej alejce historii, komentując dramaty zza krzaków. Relacje polsko-ukraińskie to nie romans, tylko małżeństwo po przejściach. Trzeba rozmawiać. O Banderze, o Wołyniu, o rzeziach, ale i o tym, kto pierwszy podał chleb.
Bo dopiero kiedy historia przestaje być pałką, a staje się lustrem, można zacząć się w niej przeglądać bez obrzydzenia.
Zatem Bandera? Tak, historia jest bezwzględna. Ale bardziej bezwzględna jest ignorancja. Trzymajmy Ukrainę za rękę, nawet jeśli w tej ręce trzyma portret kogoś, kogo my nie chcielibyśmy znać. Bo ważniejsze niż to, kto kiedyś krzyczał „Sława Ukrainie!”, jest to, kto dzisiaj krzyczy pod rosyjskimi bombami.
I to jest, drogi czytelniku, felieton. Mądry. Złośliwy. I, o dziwo, bez ani jednego dowcipu o PSL. Na razie.
Krzysztof Bielejewski

Warto przypomnieć mądrą bo oparta na faktach książkę francuskiego historyka Daniela Beauvoir Trójkąt Ukraiński. Nawrocki jej nie czytał.
Zgoda co do puenty – mądry i złośliwy. Mądry o Banderze a złośliwy o nas – pełna zgoda
Gwoli przypomnienia… Wbijanie na pal to była polska tortura stosowana wobec zbuntowanego, ukraińskiego chłopstwa. Jarema Wiśniowiecki (w imieniu najjaśniejszej Rzeczpospolitej) stosował także inne wyrafinowane… Pisze o tym niejaki Henryk Sienkiewicz.
Dzień dobry
Sądzę, że każdy naród walczący o niepodległość tworzy sobie mityczne postacie na których chce budować swą tożsamość.
Ukraińcy mieli Stepana Banderę, my mieliśmy Romana Dmowskiego. Obaj bardzo podobni w swojej ideologii…
W zasadzie awers i rewers tej samej monety – nacjonalizmu!
Większość złego, które państwo polskie wyrządziło Ukraińcom w XX leciu międzywojennym pochodziło od wyznawców Romana D., większość złego, które Ukraińcy wyrządzili Polakom pochodziło od wyznawców Stepana B.
Problem polega na tym, że późni wyznawcy Romana i Stepana istnieją też obecnie! Trzymają oba społeczeństwa jako zakładników swoich wizji z przed 100 lat a MY nie mamy sił i środków żeby krzyknąć BASTA…
Dopóki MY nie wyrzucimy na śmietnik historii dzieł zebranych Romana Dmowskiego to nie możemy oczekiwać tego samego czynu od wyznawców Stepana Bandery…
p.s. Historycy (może z wyjątkiem nawrockiego et consortes) zgodnie podają że tysiące Ukraińców – zwykłych ludzi – pomagało Polakom na Wołyniu, ostrzegając ich przed rezunami lub ratując przed zagładą… Karą dla Ukraińca za pomoc Polakom była śmierć! Szacuje się, że podczas czystek etnicznych na Wołyniu ok. 10.000 (DZIESIĘĆ TYSIĘCY) Ukraińców zginęło z rąk swoich pobratymców za pomoc polskim sąsiadom…
Dlaczego NIKT nie mówi w polskich mediach o tych ludziach? Sprawiedliwych w czasie zagłady?
Wszyscy Ukraińcy, którzy pomagali Polakom doczekali się jednej małej tablicy pamiątkowej w jakiejś wiosce na wschodzie Polski (nie pamiętam gdzie, ale widziałem zdjęcie w Wikipedii)…
JAK TO ŚWIADCZY O NASZEJ WDZIĘCZNOŚCI?
Możecie mi odpowiedzieć DUMNI RODACY?