Krzysztof Bielejewski: Kto sieje Banderę, ten zbiera burzę6 min czytania

()


29.01.2026

Kiedy historia spotyka teraźniejszość, zwykle nie jest to kolacja przy świecach. Raczej stłuczona butelka na tyłach knajpy, dwie wersje zdarzeń i trzech świadków, z których każdy świadczy co innego. Oto Polska i Ukraina, dwa bratnie narody, które przez wieki dzieliły się chlebem, kośćmi i wzajemnymi pretensjami. A między nimi duch Bandery, który do dziś potrafi rozhisteryzować środowisko polityczne bardziej niż podwyżka cebuli na bazarze.

Stepan Bandera. Dla jednych bohater walki o niepodległość, dla innych duchowy ojciec etnicznego pogromu. Jego nazwisko w Polsce brzmi jak przekleństwo w kościele, a na Ukrainie często jak modlitwa do narodowego bóstwa. Człowiek, którego mit został wykuty nie przez życie, ale przez śmierć. Gdyby nie pistolet i kula z cyjankiem w Monachium, może stałby się po prostu zgryźliwym emerytem w skarpetach do sandałów, a nie męczennikiem z marmuru.

Kim więc był ten człowiek, którego twarz wciąż wisi na billboardach zachodniej Ukrainy, a w polskiej świadomości wywołuje odruch zaciśniętej pięści? Organizator, ideolog, terrorysta — Bandera był tym wszystkim. Jako przywódca frakcji OUN-B odpowiadał za wyroki śmierci na przedstawicielach II Rzeczpospolitej, ale też na własnych rodakach, którzy mieli czelność mieć inne zdanie. W jego głowie nie było miejsca na kompromisy. Był jak beton ideologiczny — twardy, zimny, niereformowalny.

W 1943 roku, gdy jego organizacja stworzyła Ukraińską Powstańczą Armię, rozpoczęła się zbrodnia, która na zawsze zatruła relacje między naszymi narodami — rzeź wołyńska. Ludobójstwo, w którym zginęło około 100 tysięcy polskich cywilów. Dzieci duszone w beczkach, kobiety rozrywane końmi, starcy zarąbywani siekierami — obrazy, które nie mieszczą się w żadnym podręczniku do polityki historycznej. A wszystko pod hasłem „czystki etnicznej”, by usunąć Polaków z ziem, które nacjonaliści uważali za swoją ojczyznę. Bandera sam nie uczestniczył fizycznie w tej masakrze — przebywał wtedy w niemieckim obozie — ale to jego ideologia była krwią napisana.

A dziś, ponad 80 lat później, kiedy można by wreszcie zbudować most, nasz prezydent Nawrocki — człowiek o charyzmie gwoździa i wrażliwości betoniarki — postanawia przypomnieć Ukraińcom, że nie wolno im o niczym zapomnieć. Żąda rozliczeń, domaga się ekshumacji, jakby Ziemia miała natychmiast wyrzucić z siebie wszystkie kości i powiedzieć: „sorry, to nie ten adres”. Nie pojechał do Kijowa, gdy trzeba było okazać solidarność. Za to, gdy Zełenski pojawił się w Warszawie, wręczył mu dwa opasłe tomiszcza o polskiej krzywdzie — prezent mniej taktowny niż przesyłka z Castoramy na pogrzeb. Symboliczna fanga w nos dla człowieka, który reprezentuje naród krwawiący, głodny, pozbawiony prądu, ale wciąż stojący na froncie jak mur z ludzkiego cierpienia.

Nawrocki, zanim został prezydentem z łaski partyjnej matematyki, kierował IPN-em z manierą średniowiecznego inkwizytora. Ukrainie nie ufał, z Zełenskiego szydził, wspierał Trumpa jakby ten miał mu załatwić wieczność na ciepłej posadce w konserwatywnym Disneylandzie. A Trump — jak wiadomo — dalej marzy o podziale ukraińskiego tortu, najlepiej z Putinem jako kucharzem i Xi jako kelnerem.

W polsko-ukraińskim ćwiczeniu z historii od lat brakuje kartki z napisem „zdrowy rozsądek”. Nasze relacje to seria dramatów, głównie pisanych nożem na zroszonym krwią Wołyniu. Historia, w której obie strony przeszły od nieszczerych uścisków rąk do szczerych ciosów w plecy, i z powrotem.

W XVI wieku Polska traktowała Ukrainę jak ogródek folwarczny. Chłopi? Płacić! Kozacy? Bić! A grekokatolicy? Przekonwertować albo przemilczeć. Polacy nie zdobyli serc Ukraińców żadnym Wilnem Miłości, bardziej Przemyślem Upokorzenia. Zamiast braterstwa było panowanie, a zamiast zgody — stłumione bunty i wzajemna nieufność. Co zresztą doskonale rozumieli nasi narodowi klasycy: Śmieszność tej relacji leży w tym, że przez stulecia Polacy wchodzili na Ukrainę z butami, a teraz narzekają, że coś jest nie tak z dywanem.

Kiedy Ukraina się podnosi, my czujemy niepokój. Gdy leży — litujemy się. Ale relacje z równym sąsiadem? To już za dużo. Kiedy Rosja weszła na Ukrainę jak nietrzeźwy wujek na wesele, niszcząc wszystko, co miało wartość i człowiecze ciepło, Polacy stanęli po stronie zaatakowanych. I chwała za to. Przyjęliśmy miliony uchodźców, zrobiliśmy miejsce w szkołach, na rynku pracy, w kolejce do lekarza. I tak, zrobiliśmy to lepiej niż cała Europa razem wzięta.

Ale choć serca były szeroko otwarte, historia wciąż stała z tyłu z kamieniem w ręku. Polacy nie potrafią zapomnieć Wołynia, a Ukraińcy nie przestaną uważać Bandery za symbol walki o wolność. Taki mamy krajobraz emocjonalny: pogorzelisko z pomnikami.

Tu nie chodzi tylko o przeszłość. Chodzi o polityczną przyszłość. Ukrainie potrzeba tożsamości narodowej jak powietrza. Ale kiedy opiera się ją na Banderze, to jakby budować pomnik z granatu: niby solidny, ale co chwila komuś wybucha w twarz. Dla Polski to problem, bo rany Wołynia nie zagoiły się nawet po dekadach, tylko pokryły się cienkim opatrunkiem politycznej poprawności. A co jest pod spodem? Ropa gniewu i niezrozumienia.

Ale my, Polacy, mamy też talent do moralnej hipokryzji. Bo czyż nie śpiewamy o „krwi przelanej za naszą i waszą wolność”, zapominając, że czasem to „waszą” przelaliśmy my? I czyż nie pielęgnujemy bohaterów, którzy także mieli na koncie „błędy młodości” i „ciężkie czasy”? Bandera nie był św. Franciszkiem, ale ilu mamy takich świętych w naszej narodowej historii?

Dzisiaj, w 2026 roku, gdy Ukraina walczy już prawie czwarty rok z rosyjską zarazą, wybór jest prosty jak cep: albo wspieramy ją z całą jej złożonością, albo zostajemy jak zawsze w bocznej alejce historii, komentując dramaty zza krzaków. Relacje polsko-ukraińskie to nie romans, tylko małżeństwo po przejściach. Trzeba rozmawiać. O Banderze, o Wołyniu, o rzeziach, ale i o tym, kto pierwszy podał chleb.

Bo dopiero kiedy historia przestaje być pałką, a staje się lustrem, można zacząć się w niej przeglądać bez obrzydzenia.

Zatem Bandera? Tak, historia jest bezwzględna. Ale bardziej bezwzględna jest ignorancja. Trzymajmy Ukrainę za rękę, nawet jeśli w tej ręce trzyma portret kogoś, kogo my nie chcielibyśmy znać. Bo ważniejsze niż to, kto kiedyś krzyczał „Sława Ukrainie!”, jest to, kto dzisiaj krzyczy pod rosyjskimi bombami.

I to jest, drogi czytelniku, felieton. Mądry. Złośliwy. I, o dziwo, bez ani jednego dowcipu o PSL. Na razie.

Krzysztof Bielejewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

4 komentarze

  1. Stanislaw Obirek 30.01.2026
  2. Zbigniew 30.01.2026
  3. Bungo 30.01.2026
  4. Krzysztof z Gdańska 30.01.2026