14.01.2026
To nie jest felieton. To akt oskarżenia. Wśród dymów, krwi i ścian pokrytych portretami męczenników, dwóch panów w garniturach spotyka się na tajnym lunchu. Jeden to Steve Witkoff, wysłannik Donalda Trumpa. Drugi to Reza Pahlawi, syn szacha, samozwańczy Mesjasz w koronie z rubli i nostalgii. Tematem jest Iran. A raczej to, jak jeszcze raz wdepnąć w ten sam krwawy ogródek historii, licząc, że tym razem zakwitną tam demokracja i dolar.
Zaczęło się niewinnie: „spotkanie robocze”. Takie tam pogaduszki o przyszłości Iranu. Ale jak zwykle, kiedy do pokoju wchodzi Trumpowski wysłannik, do pokoju wchodzi też chaos, armatni kaliber ego i rozgrzany do biało populizm. Witkoff z uśmiechem brokera i człowieka, który wie wszystko o luksusie, ale nic o cierpieniu, kiwa głową: „może Reza to nasz człowiek w Teheranie”. Mamy więc nową edycję starego przedstawienia: Ameryka wybiera Irańczykom przyszłość.
Pahlawi? Człowiek z przeszłością tak ciężką, że można by nią przygniótł człowieka. Syn tyrana, który urządzał Iran jak pokaz mody: z zachodnimi garniturami i orientalną przemocą. Szach, który podawał rękę Carterowi, a pałkę podawał SAWAK-owi. To jego potomka Trump chce widzieć jako alternatywę? To jakby zaproponować Pinocheta jako reformatora Chile. „Zamienimy ci bat na różowy bat z kokardką, o ile będziesz grzeczny, Teheranie.”
Iran płonie. Ludzie giną. Ciała leżą na ulicach jak niechciane dowody. Krzyk „śmierć dyktatorowi” nie niesie się tylko z gardeł, ale i z wnętrzności narodu. Chamenei nie odchodzi, bo dyktatorzy nie mają drzwi wyjściowych, tylko bunkry. A USA? USA jak zawsze bawi się w Boga. Tym razem jednak ich bóg to Trump. I jego hasło: MIGA. „Make Iran Great Again”. Tylko nie wiadomo, dla kogo: dla Persów, czy dla inwestorów z Wall Strepet?
Trump gra na Iranie jak pijany dżokej na osiołku: wrzeszczy, wali batem, rzuca groźbami i liczy, że dotrze do mety. „Pomoc jest w drodze” – pisze na swojej zabawkowej platformie Truth Social, jakby rzucał paczki z hamburgerami do strefy wojny. Jego definicja pomocy to pewnie kilka rakiet, trochę sankcji, selfie z Rezahem i monolog o „wolności” wygłaszany z wnętrza opancerzonego Cadillaca.
Reżim ajatollahów to horror, to fakt. Ale Ameryka jako chirurg demokracji to pomyłka o skali kontynentu. Historia ich ingerencji w Iran to nie scenariusz, to akt oskarżenia: zamach na Mossadegha, wsparcie dla szacha, cicha zgoda na represje. Dziś, kiedy Irańczycy walczą, by odzyskać kraj, Trump wpycha im do ust banana z napisem „Made in MAGA”.
Tymczasem u bram tego piekła stoją dwa stare smoki imperialnej dyplomacji: Rosja i Chiny. Pierwsza warczy, druga milczy z uśmiechem.
Rosja jak zwykle wie, jak zarobić na cudzym trupie. Reżim Chameneiego to dla Kremla nie tylko sojusznik, to partner w globalnym teatrze paranoi i przemocy. Gdy Trump grozi wojną, Moskwa jęczy o „niedopuszczalnej ingerencji”. Ministerstwo Spraw Zagranicznych Federacji Rosyjskiej rozdziera szaty jak aktor prowincjonalnego dramatu, mówiąc o „katastrofalnych skutkach”. Nie dla ofiar, broń Boże. Dla stabilności. Dla wpływów. Dla ropy.
Chiny? Cicho jak po zgaszeniu światła. Ale każde ich milczenie to kontrakt, każdy brak komentarza to liczenie zysków. Państwo Środka nie lubi protestów. Zwłaszcza skutecznych. Zwłaszcza takich, które mogą zainspirować kogoś w Szanghaju. Dlatego Pekin nie poprze żadnej irańskiej wiosny – ale chętnie kupi jej popioły, zwłaszcza jeśli będą sprzedawane z rabatem.
Nie dajmy się zwieść. Irańska rewolucja musi przyjść od wewnątrz. Tylko ludzie, którzy żyją pod butem Chameneiego, mogą ten but zdjąć i cisnąć nim w ścianę historii. Każda obca interwencja to prezent dla reżimu, nowe paliwo do propagandy, nowa pieśń o „zachodnim spisku”.
A podczas gdy ciała leżą na parkingach kostnic, a rodziny są zmuszane do podpisywania lojalek w zamian za zwrot zmarłych, Zachód się zbiera. Europa zapowiada sankcje, Metsola tupie nogą, von der Leyen mówi o „działaniu”. Bruksela – jak zawsze opóźniona, ale przynajmniej nieobojętna.
Pahlawi to śpiew przeszłości. Trump to bełkot teraźniejszości. A Iran zasługuje na przyszłość. I niech nie będzie to przyszłość pisana na kolanie przez emerytowanego reality showmana i spadkobiercę monarchii z brokatem.
Wszystko inne to tylko nowa wersja tej samej tragedii. Z nowym oświetleniem, ale tym samym cierpieniem w roli głównej.
Wystarczy.
Krzysztof Bielejewski

Wygląda na to, że Trump znowu rzucił groźbę jak nieświeżym hamburgerem i teraz nie pamięta, gdzie ją położył. Dwa dni temu gotów był „zetrzeć Iran z mapy” niczym ketchup z koszuli, a dziś siedzi cicho jakby właśnie zorientował się, że Teheran to nie dzielnica w Nowym Jorku, tylko całkiem poważne państwo z rakietami i nieco mniejszym poczuciem humoru.
Sytuacja dynamiczna? Bardziej jak dramat amatorski w teatrze licealnym: Trump wyszedł na scenę, krzyknął coś o wolności, egzekucjach i „wielkiej odpowiedzi Ameryki”, po czym zgubił kartkę z tekstem i zniknął za kulisami, żeby pograć w golfa i zapomnieć, że miał jakąś politykę zagraniczną.
Wersja oficjalna: „będziemy przyglądać się sytuacji”. Wersja nieoficjalna: „czy Iran już odwołał te egzekucje, bo jeśli nie, to ja serio… zaraz coś powiem, naprawdę!”
Można by pomyśleć, że Trump prowadzi dyplomację metodą „ghostingu”: najpierw intensywne wiadomości, groźby, flirty z bombowcami, a potem cisza jak w kasynie po przegranym zakładzie. Świetnie to wygląda w newsach, ale jako strategia międzynarodowa — meh.