Krzysztof Bielejewski: Świat bez poręczy. Niedziela w epoce posteuropejskiej4 min czytania

()


14.12.2025

Niedziela przedświąteczna to ten szczególny moment w roku, kiedy człowiek – nawet jeśli na co dzień żyje w trybie nerwowego skrolowania – na chwilę zwalnia. Patrzy przez okno, słucha ciszy między jednym newsem a drugim i zaczyna się zastanawiać, czy świat naprawdę przyspieszył, czy to tylko my straciliśmy zdolność myślenia długim zdaniem.

Bo dzieją się rzeczy niebywałe. I nie jest to publicystyczna przesada, tylko suchy opis stanu rzeczywistości.

Przez dekady żyliśmy w wygodnym złudzeniu, że historia się skończyła, że Zachód wygrał raz na zawsze, a Europa – trochę znudzona, trochę zarozumiała – będzie moralnym kompasem globu. Tymczasem budzimy się w świecie, w którym nie ma już starego ładu, a nowy jeszcze się nie urodził. Jest za to coś w rodzaju geopolitycznej próżni, w której zderzają się ambicje, cywilizacje i ego większe niż kontynenty.

Wielcy wrócili. Europa… drzemie

Wróciła wielkomocarstwowa gra. Nie w wersji romantycznej, z mapami i sztabami pełnymi dymu papierosowego, tylko w wersji brutalnej: technologii, demografii, surowców, kontroli narracji i bezwzględnego realizmu.

Stany Zjednoczone przestały udawać, że są altruistycznym strażnikiem świata. Ameryka zaczęła zajmować się sobą – z pasją, gniewem i rewolucyjną gorliwością. Odrzuca to, co sama kiedyś narzuciła innym: liberalny konsensus gospodarczy, instytucjonalne „checks and balances”, przekonanie, że reguły są ważniejsze niż siła. To nie jest wypadek przy pracy. To zmiana strukturalna.

W tym samym czasie Chiny – cywilizacja przebrana w garnitur państwa – przestały się kłaniać. One nie proszą już o miejsce przy stole. One stawiają własny stół. Patrzą na świat z cierpliwością kogoś, kto myśli w dekadach, a nie w cyklu wyborczym. Obok nich rosną Indie – głośno, chaotycznie, ale nieuchronnie. Globalne Południe przestaje być peryferium. Staje się centrum.

A Europa? Europa przysnęła technologicznie, intelektualnie i politycznie, zajęta debatą o sobie samej, podczas gdy świat zmieniał zasady gry. I teraz z zaskoczeniem odkrywa, że może nie zostać zaproszona do nowego rozdania.

Świat posteuropejski to nie metafora. To fakt

Nowy ład – jeśli się wyłoni – nie będzie europocentryczny. I to nie dlatego, że ktoś Europę nienawidzi. Po prostu przestała być niezbędna. To bolesna prawda, zwłaszcza dla kontynentu, który uwierzył, że historia zawsze będzie mówić jego językiem.

W tym świecie rozmowy o przyszłości Ukrainy toczą się ponad głowami tych, którzy geograficznie są najbliżej wojny. W tym świecie Polska – rozdarta wewnętrznie, skłócona instytucjonalnie, z dwoma pałacami grającymi do różnych bramek – nie istnieje przy stole negocjacyjnym. I nie dlatego, że ktoś nas nie lubi, tylko dlatego, że chaos wewnętrzny zawsze zaprasza zewnętrznych graczy do ingerencji.

To stara lekcja historii: państwo, które się kłóci samo ze sobą, staje się przedmiotem, nie podmiotem.

Autorytaryzm ma dziś twarz troski

Spójrzmy na Węgry. Tysiące ludzi na ulicach Budapesztu, pluszowe misie składane pod pałacem prezydenckim, cisza zamiast krzyku. Protest w obronie dzieci, które państwo miało chronić, a których nie chroniło, choć wiedziało. Władza, która przez lata budowała narrację o moralnym konserwatyzmie, okazuje się ślepa i głucha, gdy ofiarami są najsłabsi.

To ważny sygnał: autorytaryzm zawsze zaczyna się od opowieści o porządku, a kończy na systemowej bezkarności.

Polska w środku burzy – i to nie jest najgorsze miejsce

Na tym tle Polska nie jest wyjątkiem, ale też nie jest bezradna. Paradoksalnie, w świecie rozpadających się reguł największą wartością staje się coś bardzo niemodnego: stabilność, przewidywalność, kompetencja.

Rządzenie w takich czasach nie polega na wielkich hasłach. Polega na cierpliwym składaniu państwa z kawałków: prawa, instytucji, relacji międzynarodowych. To praca mało widowiskowa, niewdzięczna, często niewdzięcznie oceniana. Ale bez niej każde państwo staje się łatwym łupem – czy to dla obcych mocarstw, czy dla własnych radykałów.

Patrząc na chaos po prawej stronie sceny politycznej – wojny frakcyjne, kolejki do radykałów, desperackie szukanie nowego patrona – widać jedno: tam nie ma projektu państwa. Jest tylko projekt przetrwania.

Na koniec – trochę ciszy zamiast krzyku

Niedziela przed świętami sprzyja myśleniu o rzeczach prostych, choć wcale nie łatwych. O tym, że świat nie będzie już taki jak dawniej. Że Europa musi się obudzić albo pogodzić z rolą widza. Że państwo to nie emocja, tylko instytucja. Że demokracja bez rozsądku jest krucha, a rozsądek bez demokracji – niebezpieczny.

I jeszcze jedno: nie każda epoka jest czasem wielkich zwycięstw. Niektóre są czasem przetrwania, odbudowy i cierpliwości. Jeśli dziś potrafimy to zrozumieć, to znaczy, że jeszcze nie wszystko stracone.

A reszta? Reszta rozstrzygnie się nie w tweetach, nie w krzyku, ale w długim marszu przez rzeczywistość, która nie pyta nas o zdanie.

Taki to jest świat. Posteuropejski. Nieprzyjemny. Ale wciąż – jeśli zachować rozum – do ogarnięcia.

Krzysztof Bielejewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.