15.01.2026
Nie ma na świecie zjawiska bardziej groteskowego niż polska prawica klęcząca przed Donaldem Trumpem, jednocześnie bełkocząca coś o suwerenności, niepodległości i chrześcijańskich wartościach. Przypomina to scenę, w której komornika całuje się po butach, twierdząc, że to w imię wolności. Słodka ironia, z dodatkiem faszerowanej hipokryzji w panierce z ignorancji.
Wyobraźcie sobie, że Donald Tusk dostaje w prezencie samolot od Merkel, po czym przekazuje go do fundacji, którą sam prowadzi. Mielibyśmy wtedy narodowe zapalenie gardła z krzyku, pianę toczącą się z ust całej Konfederacji i Kaczyńskiego wijącego się na sejmowym korytarzu, jak węgorz w mikrofali. Tymczasem Trump – ten sam, co od lat uprawia polityczny soft-core z Putinem i szejkami – przyjmuje prezenty, kasę, pomoc w biznesie, a jego wyznawcy? Rozdziawiają usta szerzej niż otwory w oknach radiowozów ICE.
Ci sami, którzy kwiczą, że Polska to nie Białoruś, gdy ktoś ich poprosi o maseczkę. Tymczasem USA cofają ludzi z granicy za memy. Memy! Norweski turysta dostał bana za to, że nie spodobały mu się złote zęby senatora Vance’a. Francuz? Ośmielił się skrytykować politykę migracyjną i wrócił do domu szybciej niż poseł Bosak z klubu fitness. Gdyby Żurek zrobił coś takiego u nas, prawica rozniosłaby Sejm jak stado dzików pole tulipanów.
Ale to Trump, więc można. Bo Trump to ich tatuś. Idol. Prorok. Wersja Janusza z Florydy – łysiejący, pomarańczowy, z ego jak Pałac Kultury i moralnością poklejoną taśmą izolacyjną.
Nawrocki, Cenckiewicz, Przydacz – cały ten kabaret pożal się Boże – patrzą na Trumpa jak ministranci na opłatek. Nawrocki? Ten to już chyba drukuje sobie Trumpa na piżamach i przykleja zdjęcia do lodówki. Człowiek, który płacze, że edukacja seksualna demoralizuje dzieci, a potem wystawia laurki typowi, który w wolnym czasie klepał aktorki porno po pośladkach i płacił im za milczenie.
Hipokryzja? To za mało. To nihilizm turbo. Bo dziś prawica nie ma żadnego kręgosłupa. Kiedyś jeszcze udawali, że mają kompas moralny – dziś noszą go na pasku, ale igła wskazuje wyłącznie „co powiedział Trump”. Gdyby Trump zastrzelił człowieka na Piątej Alei, Mentzen wrzuciłby mema: „Trzeba było się zatrzymać.”
A zatrzymać się to ostatnia rzecz, jakiej można się po tej ekipie spodziewać. Jadą z górki, bez hamulców, na rowerze z urwanym łańcuchem, z klapkami na oczach, które Trump im sam zasuwa. I dziękują mu za to. Bo to przecież biały rycerz cywilizacji, herold wolności – na złotym bidecie.
Gdyby Barbara Nowacka odebrała dotacje uczelni Rydzyka za antysemityzm, byłby ryk, że lewactwo knebluje wolność. Ale kiedy amerykański gubernator ucina fundusze Harvardowi – bo nie podobały mu się transparenty – to „ochrona wartości”.
Nie zapominajmy o wetach Nawrockiego, który własną piersią osłania wolność słowa, ale tylko wtedy, gdy chodzi o dezinformację, homofobię i propagandę. Ostatnio odmówił zatwierdzenia ustawy ograniczającej szerzenie mowy nienawiści i fake newsów, bo – jak twierdzi – zagrożona jest wolność. Wolność do szerzenia bredni. I tu pojawia się ambasador USA, który z zachwytem kiwa głową, a Elon Musk dorzuca pochwały dla „obrońcy prawdy”. Bo czemu nie? Świat stoi na głowie, a Polska pod Trumpem trzyma nogę na gazie.
Prawica, która kiedyś krzyczała „precz z ACTA”, dziś entuzjastycznie przytakuje planom obowiązkowego skanowania social mediów przed wpuszczeniem do USA. Ta sama prawica, która wyje o opresyjnej Unii Europejskiej, teraz marzy, żeby amerykański agent miał dostęp do ich Messengera.
Są zachwyceni Trumpem, który w jednym zdaniu mówi o wartościach chrześcijańskich, a w kolejnym opowiada fantazje godne portali dla rozwodników. Złoty penthouse, Epstein, przekręty podatkowe, łapówki, policyjna przemoc, rasizm – wszystko to spina się u nich w jedno słowo: „patriotyzm”.
Nie ma się co dziwić. Gdy przez lata uprawia się politykę jak kabaret, kończy się z publicznością, która nie rozumie różnicy między aktorem a klaunem. A polska prawica klaskała tak długo, że dziś już nie potrafi przestać.
Ale przyjdzie dzień refleksji. Gdy dostaną kulkę w plecy zamiast mandatu. Gdy paszport zabierze im urzędnik za nieśmieszny wpis o partii rządzącej. Gdy algorytm przestanie ich odróżniać od „lewaków”. Gdy sami doświadczą tego, co teraz ochoczo popierają: cenzury, inwigilacji, brutalności. Gdy ich święta wolność okaże się iluzją dostępną wyłącznie na własnym podwórku.
I wtedy zapanuje cisza. A w tej ciszy – jak sygnał z przesterowanego megafonu – rozlegnie się znajome echo. Echo z Białego Domu, z ust ich idola, który właśnie rozważa zakaz dla ich ulubionej aplikacji. Echo, które powie zimno i bez emocji: „Trzeba było się zatrzymać.”
Krzysztof Bielejewski

Piękny tekst.
Chociaż warto zauważyć, że politycy polskiej prawicy są w tym suwerennym czołobitnym pokłonie nie bardziej groteskowi niż wszelcy inni „wilnościowcy”.
.
Jest to przypadłość równie śmieszno-straszna u pad-(na)-ryj-otów pod różnymi długościami i szerokościami geograficznymi