18.03.2026
Zdarza się w polskiej polityce taki poranek, kiedy wszystko jeszcze udaje normalność, kawa stygnie powoli, wiadomości płyną jak zwykle, a człowiek przez chwilę wierzy, że państwo jest konstrukcją stabilną, przewidywalną i choć trochę poważną.
Po czym włącza telewizję.
A tam Władysław Kosiniak‑Kamysz w studiu TV Republika, z miną człowieka, który próbuje jednocześnie zjeść śniadanie, nie ubrudzić koszuli i przekonać gospodarza, że od zawsze lubił ich kuchnię, mówi zdanie będące esencją całej tej filozofii uników: „Ja nie nazywam Karola Nawrockiego zdrajcą, nie używam takiego słowa. Za słowa innych kolegów z rządu nie odpowiadam, choć rozumiem ich emocje”.
To zdanie jest jak politologiczna koronka – delikatne, misternie utkane i kompletnie bezużyteczne w sytuacji, która wymaga jasności.
Mechanika jest bezwstydnie prosta: nie nazywa zdrajcą, więc nie drażni Nawrockiego; rozumie emocje, więc nie obraża kolegów z rządu; nie odpowiada za słowa innych, więc nie odpowiada za nic.
Polityczna perfekcja w stanie ciekłym.
A potem robi się jeszcze ciekawiej, bo ten sam Kosiniak‑Kamysz w tej samej rozmowie przekonuje do programu SAFE, powołując się na Jarosława Kaczyńskiego i jego sentencję, że „lepiej być zadłużonym niż okupowanym”.
Mamy więc scenę niemal metafizyczną: minister rządu Tuska w telewizji sprzyjającej PiS cytuje Kaczyńskiego, żeby przekonać widzów PiS do programu rządu, jednocześnie nie chcąc urazić prezydenta, który ten program blokuje.
To już nie jest polityka. To jest kabaret.
Kabaret, w którym aktor gra trzy role naraz, zapomina, w której scenie występuje, i na wszelki wypadek mówi wszystko tak, żeby nic nie powiedzieć.
Kosiniak‑Kamysz siedzi na swoim płocie jak bocian z doktoratem z oportunizmu i rozgląda się, gdzie bezpieczniej będzie wylądować.
Z jednej strony Donald Tusk, który prowadzi rząd i oczekuje lojalności, a przynajmniej elementarnej spójności.
Z drugiej Karol Nawrocki, który blokuje SAFE i prowadzi politykę przypominającą sabotaż zdrowego rozsądku.
Pomiędzy nimi PSL. Wiecznie „pomiędzy”. Wiecznie „zobaczymy”. Wiecznie „porozmawiajmy jeszcze”. Wiecznie „nie zamykajmy się na dialog”.
PSL nie jest partią. PSL jest techniką przetrwania. Formacją, która doprowadziła do perfekcji sztukę bycia wszędzie tam, gdzie rozdają stanowiska, i nigdzie tam, gdzie trzeba jasno powiedzieć: tak albo nie.
Partią, dla której ideologia jest dodatkiem, a stanowisko – sensem istnienia. Dlatego Kosiniak‑Kamysz potrafi w jednym oddechu powiedzieć, że „jest zwolennikiem prezydenckiej propozycji SAFE 0 proc.” i jednocześnie popiera rządowy SAFE. Z tą samą twarzą. Z tą samą powagą.
Jakby sprzeczność była tylko kwestią interpretacji.
Gdyby polityka była sportem olimpijskim, PSL zdobywałby złoto w konkurencji: slalom między odpowiedzialnością. Bo PSL nie gra na dwa fronty. PSL gra na wszystkie fronty jednocześnie i zawsze tak, żeby nie przegrać dostępu do żadnego zaplecza.
Tam, gdzie inni widzą konflikt wartości, PSL widzi tabelę stanowisk. Tam, gdzie inni widzą spór o państwo, PSL widzi arkusz kalkulacyjny, w którym wszystko musi się zgadzać: prezesury, rady nadzorcze, spółki, agencje, instytuty.
To jest ich program. Reszta to narracja.
I teraz scena, którą należałoby puszczać na zajęciach z realizmu politycznego: długi stół, na nim kartka „koalicja” i druga kartka „koalicja alternatywna”, Kosiniak‑Kamysz krąży jak sommelier, wącha, próbuje, kiwa głową, ktoś pyta: „to z kim idziemy?”, a on odpowiada z powagą lekarza rodzinnego: „najpierw sprawdźmy, gdzie lepiej płacą za zdrowie publiczne”.
Wszyscy kiwają głowami.
Bo w tej partii decyzje podejmuje się nie według kierunku świata, tylko według kierunku strumienia.
I tu zdanie, które zostaje: PSL nie ma kręgosłupa – PSL ma amortyzator.
I dlatego najważniejsze pytanie wisi nad tym wszystkim jak ciężka chmura: co zrobi PSL, kiedy przyjdzie moment wyboru. Bo on przyjdzie. Polityka zawsze wystawia rachunek.
Czy Kosiniak‑Kamysz zostanie w koalicji, czy uzna, że bliżej mu do tych, których dziś tak delikatnie nie obraża.
Czy płot okaże się przystankiem, czy stałym adresem.
Odpowiedź jest banalna.
PSL pójdzie tam, gdzie będzie więcej do wzięcia. Bo PSL nie zmienia poglądów. PSL zmienia konfiguracje. A Kosiniak‑Kamysz jest mistrzem tej zmiany. Człowiekiem, który potrafi powiedzieć wszystko tak, żeby nie powiedzieć nic.
I tylko jedno w tym wszystkim naprawdę niepokoi.
Z płotu można długo obserwować świat, ale w końcu trzeba z niego zejść, a wtedy okazuje się, że polityka może wybaczyć wiele, lecz wyborcy pamiętają jedno – kto całe życie siedział okrakiem, ten na koniec spada między krzesła.
Krzysztof Bielejewski
