16.01.2026
Jeszcze nie tak dawno człowiek myślał, analizował, czytał. Dziś? Myśli skrótem, analizuje emotką, a czyta… nagłówki. Jesteśmy jak naród złożony z odtwarzaczy memów i generatorów komentarzy typu „XDD”. To nie żart – to oficjalna diagnoza współczesności. Internet miał być kopalnią wiedzy, a okazał się kopalnią… głupoty. I to tej odkrywkowej.
Ale po kolei, bo nasz attention span już i tak skrócił się do długości błysku flesza w aferze o nic.
Według psychiatrów (czytaj: ostatnich ludzi, którzy jeszcze próbują ratować nasz zbiorowy rozum), scrollowanie nas ogłupia. Nasze mózgi – niegdyś zdolne do czytania Tołstoja i Kantowskich rozważań – dziś potrafią ledwie ogarnąć 40-sekundowy filmik, najlepiej z tańczącym psem i podpisem: „Kiedy próbujesz zrozumieć inflację”.
Ale to nie jest problem tylko z TikTokiem czy Facebook. To problem z rzeczywistością. Polityka, Kościół, zdrowie, wojny – wszystko wrzucone do tego samego worka, między przepis na pierogi a zdjęcie Żurka z palcem (tym domniemanym, nie tym od ciasta). Człowiek już nie rozróżnia, co jest ważne, a co tylko viralem na dwa lajki i komentarz „co za czasy”.
I właśnie w tych „czasach” nasz kraj prowadzi Karol Nawrocki – prezydent wycięty z wykroju dla manekinów i wytłoczony w formacie „wszystko wiem, ale nic nie rozumiem”. Czy Nawrocki może zjednoczyć prawicę? Odpowiadam: może, ale tylko jeśli prawo grawitacji przestanie działać, a Bosak zostanie mistykiem.
Nawrocki to ten sam, który wetuje ustawę o usługach cyfrowych, bo – jak sam mówi – broni wolności słowa. Czytał ustawę? Nie. Ale wie, że jak się kliknie „weto”, to wygląda się na niezależnego. A jak się potem dostanie lajka od Muska, to już w ogóle można się poczuć jak krzyżówka Churchilla z Batmanem. Tyle że bez peleryny i bez planu.
Tymczasem Kościół? No cóż, tu żadna ironia nie pomoże. Reportaż o Monice, kobiecie gwałconej przez księdza, której krzywda trwała 40 lat, to nie tylko dramat jednostki, ale rozdzierająca fotografia instytucji, która zamiast nieba, fundowała piekło. I nie, to nie „stare dzieje”, to wciąż nasza teraźniejszość. A my, społeczeństwo w trybie offline/online, przyjmujemy takie historie jak kolejną rolkę: przerażająco, przez chwilę – i scroll w dół. Bo już czeka filmik z kotem.
W tle tego wszystkiego Trump. Ten Trump. Już nie tylko kandydat na cesarza, ale prawie-mesjasz niektórych polskich konserwatystów. Czy Trump jest faktycznie taki zły dla Polski? Odpowiadam: jeśli ktoś dostaje „Nobla” od opozycjonistki z Wenezueli (bo normalny Nobel by go pogonił), grozi Europie zaborem Grenlandii i mówi, że Zełenski jest przeszkodą w pokoju, to… tak, jest zły. Nawet bardzo. Ale kto by się przejmował? Przecież na Facebooku mówi śmieszne rzeczy. I ma fryzurę, którą dałoby się sprzedać jako NFT.
Francja? Też się zastanawia, czy jeszcze istnieje. Chce przewodzić Unii, ale nie ogarnia już własnych dzielnic. Czy Europa może jeszcze liczyć na Francję? Może. Jak zawsze. Tak jak uczniowie mogą liczyć na zastępstwo – czyli niby ktoś przyjdzie, ale lekcji i tak nie będzie.
Wreszcie zdrowie. Prof. Wożny mówi o medycynie narracyjnej. O tym, że trzeba z pacjentem porozmawiać. Posłuchać. Zrozumieć. A nie jak w przychodni: „Dzień dobry, co boli? Proszę ketonal. Następny!”. Tylko że dziś pacjent też nie chce rozmawiać. On chce aplikację. Diagnozę z ChatGPT. Lek na stres i link do podcastu z medytacją. Wszystko, tylko nie siebie.
Bo my już nie chcemy siebie. Chcemy awatara. Chcemy być sobą, ale bez siebie. Zalgorytmizowani, przeżuci przez cyfrowe tryby, żyjemy w erze rozproszenia, gdzie uwaga to luksus, a skupienie to talent. I jeszcze dziwimy się, że dzieci nie rozumieją lektur, a dorośli – podatków.
Czy jest nadzieja? Może. Jeśli na chwilę wyłączysz telefon, wyłączysz newsy, przestaniesz się wkurzać na Nawrockiego i nie klikniesz w kolejnego fake’a o Żurku z palcem. Może wtedy zobaczysz, że jeszcze można być obecnym. Naprawdę. W swoim życiu. Nie tylko na Facebooku.
Ale nie łudźmy się. I tak za pięć minut wrócimy do scrollowania. Bo przecież może właśnie teraz ktoś wrzucił nowy deepfake z Karolem w bikini.
A w tym całym chaosie cyfrowego roztargnienia i politycznych fars, na scenę wraca Szymon Hołownia – człowiek, który jeszcze niedawno uchodził za świeży powiew, a dziś jest jak nadmuchany balon po sylwestrze: trochę sflaczały, ale wciąż wisi. Polska 2050 ma sądny wieczór. I to nie metaforycznie. Partia się rozsypuje jak riksza po jeździe po kostce brukowej – a kierownicę trzymają dwie panie, które najchętniej wysłałyby się nawzajem na polityczną emigrację.
Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz i Paulina Hennig-Kloska – duet jak z greckiej tragedii. Która nie wygra, ta i tak przegra. A Hołownia? Ten musi się zastanowić, czy chce wracać jako lider, który znów wszystko spina. Tylko że już nie gumką recepturką, a taśmą klejącą z bazarku. Partia, którą lepił przez sześć lat, zaczyna się kruszyć, a każdy jego powrót to akt desperacji – politycznej i osobistej.
Zresztą nie tylko on ma zmartwienie. Cała koalicja trzyma kciuki, żeby Polska 2050 nie wyparowała szybciej niż hasztag z Twittera. Bo choć Hołownia był kiedyś człowiekiem od nadziei, dziś jest człowiekiem od kryzysów. I znowu – winny? Nie tylko on. Bo w Polsce jak coś się wali, to zawsze cała konstrukcja.
A skoro już o państwie mowa – dowiadujemy się, że Wojsko Polskie ma mieć pół miliona żołnierzy. Świetnie. Tylko oby każdy z nich nie musiał scrollować regulaminu w PDF-ie na telefonie. A propos chaosu – okazuje się, że prokuratura orzekła: migrant nie pobił polskiego żołnierza. Uff, czyli mamy fake newsa tygodnia. Może ktoś go wrzuci na TikToka – odniesie przynajmniej jakąś korzyść z tej dezinformacji.
Na koniec dobra wiadomość – inflacja bazowa najniższa od lat. Czyli nasze portfele dalej puste, ale za to z godnością. Stabilność! Wreszcie jakieś słowo, które nie brzmi jak przekleństwo.
A teraz, jak mawia klasyk Internetu: „wracam do scrolla”.
Krzysztof Bielejewski
