Zbigniew Szczypiński: No to jak to jest z tą potrzebą samorealizacji?8 min czytania

()


27.01.2026

We wszystkich znanych mi piramidach, gradacjach czy strukturach potrzeb człowieka zawsze, na samym szczycie piramidy, znajdujemy potrzebę samorealizacji. Zwykle to ona jest na szczycie, trochę niżej, ale też wysoko, mamy takie potrzeby jak potrzebę wiedzy i piękna. Niżej są takie bardziej już zrozumiałe potrzeby, jak potrzeba przynależności czy uznania. Jeszcze niżej są już tylko potrzeby związane z naszą biologią, takie których niezaspokojenie prowadzi do śmierci naszego organizmu.

Jest oczywiste, że życie „zwykłego człowieka” koncentruje się przede wszystkim na zaspakajaniu tych właśnie potrzeb, potrzeb zapewniających nam odżywianie, oddychanie, utrzymanie stałej temperatury i innych podobnych, od których zależy nasze życie. Pamiętam z zajęć ze studentami, że zawsze interesowało ich, jak to jest z potrzebą seksualną, taką specyficzną potrzebą fizjologiczną, której niezaspakajanie prowadzi nie do śmierci jednostki, a śmierci gatunku, ale to tylko taka ciekawostka.

Zostańmy przy wierzchołku piramidy potrzeb, tych trudnych do interpretacji potrzeb wiedzy, piękna a zwłaszcza potrzeby samorealizacji. To są bardzo wysublimowane potrzeby, ich uświadomienie i świadoma realizacja wymagają refleksji nad sobą i swoim życiem, a to nie jest powszechne. Ogromna większość ludzi żyje raczej bezrefleksyjnie, interesują ich sprawy bieżące – co kupić, gdzie pojechać na urlop, jak zaplanować przyszłość dzieciom jeśli takie są. Potrzeby wiedzy, piękna a zwłaszcza potrzeba samorealizacji wymagają namysłu, wymagają wiedzy o sobie i o tym co dzieje się w społecznościach, i tych małych i tych wielkich, takich jak społeczeństwo czy naród. Wiem, że można znaleźć przykłady ludzi, którzy nawet w najprostszych pracach potrafili doszukać się większego sensu ich trudu. Pamiętam z lat swojej pracy w Stoczni, wtedy gdy pracowaliśmy nad programem humanizacji pracy – to było dawno, w latach 60 tamtego wieku, jak w rozmowach ze spawaczami czy monterami kadłubów wielkich statków spotykałem się czasem z takim rozumieniem swojej trudnej pracy. Ale to były tylko rzadkie przypadki.

Zrozumieniem potrzeby samorealizacji jest to, co jest w konstrukcji znanej mi anegdoty –grupa dziennikarzy zwiedza obóz pracy, w którym więźniowie skazani na ciężkie roboty rozbijają wielkie głazy na mniejsze, potrzebne jako materiał budowlany. Praca jest krańcowo wyczerpująca – taka ma być skoro została zasądzona jako kara za jakieś przestępstwa. Dziennikarze chodzą i pytają skazańców jak im się pracuje, wszyscy pytani zgodnie odpowiadają, że bardzo źle, że są na skraju wytrzymałości fizycznej i psychicznej, że ta praca nie ma żadnego sensu poza tym, by ich wykończyć. Nagle dziennikarze widzą skazańca, który pogwizduje sobie dziarsko i rozbija wielki głaz, podchodzą i pytają co on robi? Więzień, nie przerywając walenia wielkim młotem w kamień, odpowiada – ja? Ja buduje katedrę.

Te same zjawiska opisane są w znanym opowiadaniu Aleksandra Sołżeńcyna „Jeden dzień Iwana Denisowicza”, w którym autor opisuje podobne zjawisko w pracy jeńców sowieckiego łagru. To samo leżało u podłoża takich pomysłów jak praca polegająca na kopaniu rowów w tajdze tylko po to, by następnie je zasypywać – to wtedy kara była nie do zniesienia, to wtedy więźniowie popełniali samobójstwa. Tak więc mamy wiele empirycznych dowodów na to by udowodnić tezę – praca bez sensu jest karą bardziej dotkliwą niż nawet trudna i wyczerpująca praca, ale mająca jakiś sens.

To jest ta różnica, praca jako katorga, praca bez uświadomionego celu jest straszną karą, karą nie do zniesienia. Praca zdefiniowana przez cel, piękny cel jakim jest budowa katedry czy innego ważnego budynku, przestaje być postrzegana jako kara, staje się ważna, a nawet może zaspakajać potrzebę samorealizacji.

Ta opowieść o więźniach pracujących w kamieniołomach to tylko anegdota, taki żart, ale z sensem. Natomiast przywołane inne źródła są prawdziwe. Sołżenicyn wiedział, bo sam był więźniem, systemy kopania rowów po to, by je zasypywać były stosowane naprawdę w sowieckich łagrach.

No to może od anegdoty i tych strasznych czasów przejdźmy do sprawy – do tego czym jest potrzeba samorealizacji. Proponuję, by w ramach ćwiczeń spróbować samemu sobie określić jaka jest treść naszej potrzeby samorealizacji? Jak odpowiedzielibyśmy sami sobie na pytanie – jaki jest/był sens naszego życia.

To ćwiczenie, całkiem nieproste, pokaże złożoność tego czym jest potrzeba samorealizacji jako potrzeba człowieka.

Idąc dalej tym tropem proponuję zrobić to samo w stosunku do znanych polityków, na przykład spróbować odpowiedzieć jaki jest ich cel, czym jest dla nich zaspokojenie potrzeby samorealizacji, co jest tym głównym motywem do działania na politycznej scenie od tylu lat? To może być bardzo interesujące doświadczenie. Na początek proponuje zrobić to w odniesieniu do prezesa Jarosława, polityka obecnego na polskiej scenie politycznej od bardzo wielu lat

I żeby nie było tak, że czepiam się tylko prezesa Jarosława – to można, a może nawet trzeba zrobić też wobec Donalda Tuska, też obecnego od dawna na polskiej scenie, Donalda Trumpa nie proponuje bo to inny kraj, inna kultura, ale gdyby ktoś się uparł, to proszę bardzo.

W tym miejscu widoczna staje się sprawa języka polityków, znamy ich głównie z wypowiedzi publicznych, tego co i jak mówią do mediów. Gdy zdarzy się tak, że dotrze do nas to, co mówią „off the record” , na przykład gdy czytamy co napisała i jakich używała słów obecna minister kultury w rządzie Donalda Tuska, minister desygnowany przez Szymona Hołownię z Polski 2050, to dowiadujemy się od niej, że to ona mówiła prywatnie, czyli prawdziwie, nie tak, gdy mówi publicznie, jako polityk.

I tu dochodzimy do sedna – politycy są nieprawdziwi, gdy występują w rolach polityków, prawdziwi są wtedy, gdy są poza sceną. Ale to są przecież są ci sami ludzie.

Nie można uznać, że tak można, że tak jest dobrze!

Wróćmy do rzeczywistości. Potrzebę samorealizacji widać zwłaszcza u ludzi władzy, wielkiej władzy. Poczucie sprawczości jest tam obecne zawsze i wszędzie, ważny człowiek, prezydent, premier, prezes rośnie w przekonaniu, że jego wola wyrażona słowem, podpisem ma zmieniać się w czyn, ma determinować zachowania i życie wielu ludzi. To bardzo uzależniający mechanizm, wystarczy chwila i dla tych ludzi zaciera się granica pomiędzy tym co prywatne a tym co publiczne. A jeżeli jest to człowiek z zaburzoną osobowością, to mamy kompletny odjazd, jesteśmy na skraju przepaści, wielkiej wojny, wielkiego kataklizmu, którego skutki mogą być nieodwracalne.

Dlatego też, w doborze ludzi na ważne stanowiska trzeba patrzeć na osobę, człowiek jest całością, nie wystarczy punktowe ocenianie a to znajomości procedur, a to znajomości języków czy wybranych technik kierowania ludźmi, liczy się osobowość danego człowieka. Tylko taka ocena daje szanse na prawidłową ocenę kandydata i jego perspektywy. Każde fragmentaryczne testy, oceny dają wiedzę o fragmencie osobowości człowieka, ale nie o nim jako człowieku właśnie. Takie fragmentaryczne testy można stosować w ocenie kandydatów na stanowiska na przykład operatora dźwigu, czy kierowcę pojazdu mechanicznego. Tam są stosowane takie testy i to jest OK.

Te powyższe uwagi są również możliwe do zastosowania w doborze kadr na ważne stanowiska w wielkich firmach i organizacjach. Mamy do dyspozycji zestaw wielu subtelnych testów mierzących różne cechy człowieka, uzyskane wyniki w tych mogą być podstawą i są brane w doborze na te ważne stanowiska.

Nie można ich jednak zastosować w wyborach na stanowiska polityczne. Tu nie chodzi o skalę, państwo to coś więcej niż największa nawet firma (chociaż mamy już obecnie firmy większe od wielu państw, ale to zupełnie inna sprawa), państwo to organizacja o bardzo złożonej strukturze i celów i środków ich realizacji. Prezydent, poseł, premier, prezes partii politycznej winien być oceniany po całości, z wszystkimi zaletami ale i wadami, jakie ma jako człowiek.

Rodzi się proste pytanie – kto to ma oceniać?, czy są takie procedury i instytucje które mogą to robić ?

Odpowiedź jest oczywista – nie, nie ma takich procedur, nie ma takich instytucji, zostaje zbiorowa wola wyborców, a jak ona działa widać aż za dobrze na przykładach czy to z Ameryki, czy z Polski. To dlatego systemy władzy mające swoje źródło w decyzjach wyborców są takie jakie są i nic nie wskazuje na to, że będzie inaczej. Wiele wskazuje na to, że skala manipulacji i wpływu na decyzje wyborców rośnie, rośnie wraz upowszechnianiem się narzędzi informacji sieciowej, różnych algorytmów AI tworzonych przez wielkie firmy dla pieniędzy i zysku. Wystarczy porównać sobie świat sprzed 10 lat i obecny – to jest zupełnie inny świat.

A jaki będzie za następnych dziesięć lat ?

Wiemy jedno – potrzeba samorealizacji będzie nadal na szczycie piramidy potrzeb człowieka, chyba, że będzie to już zupełnie inny człowiek…

Zbigniew Szczypiński

Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

2 komentarze

  1. Krzysiek 27.01.2026
  2. kolo 04.02.2026