08.02.2026
Sobotę da się streścić jednym zdaniem: świat obudził się z kacem po cudzej imprezie, na którą nikt nas nie zapraszał, ale rachunek i tak leży na naszym stole. Ktoś wyjął instrukcję obsługi porządku międzynarodowego, podpalił ją zapalniczką ego i stwierdził, że „jakoś to będzie”. Otóż nie będzie. Improwizacja w geopolityce kończy się zawsze tak samo: krwią, granicami rysowanymi na nowo i zdziwieniem tych, którzy jeszcze wczoraj wierzyli w stałość świata.
Sojusz transatlantycki? Nie oszukujmy się — to już nie most, nawet nie kładka. To trup zaufania, przykryty jeszcze amerykańską flagą, żeby nie było czuć zapachu. W głowie kołacze mi myśl brutalnie prosta: jeśli bezpieczeństwo opiera się na przewidywalności, to Donald Trump jest jej naturalnym wrogiem. To polityczny hazardzista, który co rano tasuje talię historii i sprawdza, czy da się wygrać partię, podpalając stół. Wczoraj Putin był partnerem od „wielkich rozmów”, dziś jest konkurentem do Grenlandii, jutro może być znów kolegą od nowego, błyszczącego paktu o strefach wpływów. Trump–Putin brzmi jak sequel, którego nikt rozsądny nie chciał oglądać, bo pierwszy film skończył się masowym grobem i ruiną pół kontynentu.
Nie łudźmy się też, że to tylko „błąd w systemie”. To nie wypadek przy pracy. To system. Ameryka, która izoluje się sama, z entuzjazmem godnym lepszej sprawy. Nawet gdyby jutro w Waszyngtonie nagle objawiła się partia rozsądku, zegara już nikt nie cofnie. Żyjemy w świecie wielobiegunowym, w którym USA przestały być gwarantem stabilności, a stały się jednym z czynników ryzyka. Tak jak huragan: czasem omija, czasem niszczy wszystko po drodze.
Europa w tym czasie stoi przed lustrem historii i zastanawia się, czy federalizacja pasuje do jej butów. To rozważania godne klubu dyskusyjnego, nie kontynentu, który znów stał się planszą do gry imperiów. Albo Europa mówi jednym głosem, albo będzie mówiła cudzym. Grenlandia okazała się testem — i to oblanym. Bo nagle wyszło na jaw, że gwarant NATO potrafi być przeciwko NATO. Przeciwko Danii. Przeciwko Kanadzie. Moskwa patrzyła na to z radością dziecka, które widzi, jak przeciwnik sam sobie podstawia nogę.
Rosja pozostaje sobą: imperium bez modernizacji, z mentalnością lombardu i obsesją „zbierania ziem”. Gdy nie da się zbudować nowoczesnego państwa, zawsze można zbudować mit. Ukraina jest w tym micie ofiarą rytualną. Wojna trwa, bo jej zakończenie oznaczałoby dla Kremla katastrofę psychologiczną. Putin nie może się wycofać, bo musiałby spojrzeć w lustro i zobaczyć przegranego. A autokraci wolą liczyć trupy niż przyznać się do błędu. Historia Rosji pokazuje to jak na dłoni: Bałtyk, Petersburg, Finlandia, Wyspy Alandzkie — logika ekspansji jest stała, zmieniają się tylko dekoracje. Bałtyk od trzech stuleci jest dla Rosji jak okno, które ciągle się zatrzaskuje, więc trzeba je wyważać. Petersburg nie powstał z miłości do architektury, tylko z obsesji dostępu do świata. Carowie, sekretarze generalni i dzisiejsi prezydenci różnili się fryzurami i ideologią, ale mapa w ich głowach była ta sama. Gdy Bałtyk nie był kontrolowany, Rosja czuła się duszona. Gdy była słaba — modernizowała się. Gdy modernizacja zawodziła — sięgała po armię. Tak było przed wojną krymską, tak było w 1939 roku, gdy pakt Ribbentrop–Mołotow stał się instrukcją obsługi Europy Środkowo‑Wschodniej. To nie był historyczny wypadek, tylko schemat: wielkie mocarstwa dogadują się ponad głowami mniejszych, bo tak jest szybciej, taniej i bez wyrzutów sumienia. Dziś ten schemat wraca jak stara choroba, a Grenlandia, Ukraina i Bałtyk są jej kolejnymi objawami.
Jak naprawdę wygląda trójstronny proces negocjacyjny między Ukrainą, Rosją a Stanami Zjednoczonymi? Jakie karty są na stole, a jakie pod stołem? Jaki może być ukryty cel Białego Domu pod wodzą Donalda Trumpa? Moskwa próbuje namówić Waszyngton do współpracy gospodarczej.
DWANAŚCIE BILIONÓW SREBRNIKÓW, CZYLI JAK SPRZEDAJE SIĘ WOJNĘ W PAKIECIE PREMIUM
Wyobraźmy to sobie bez dyplomatycznej waty cukrowej: Rosja kładzie na stół dwanaście bilionów dolarów i mówi do Ameryki „dogadajmy się”. Nie „zatrzymajmy wojnę”, nie „ocalmy ludzi”, tylko: zróbmy interes. Wojna jako pakiet inwestycyjny. Krew jako koszt uzyskania przychodu. Terytorium jako aktywo, które można wrzucić do excela.
Tak wygląda dziś „pokój” według Kremla. Zdejmujemy zasłonę, za którą widać ten handel w całej, brudnej okazałości.
Rosyjski „pakiet Dmitrijewa” nie jest żadną propozycją pokojową. To geopolityczna łapówka w wersji XXL. Dwanaście bilionów dolarów ma oszołomić skalą, zamglić rozsądek i przykryć fakt, że w pakiecie znajdują się tereny okupowane – cudza ziemia, cudze miasta, cudze groby. Moskwa nie pyta, czy wolno. Moskwa sprawdza, za ile.
Waszyngton w tej historii patrzy na zegarek. Zbliżają się wybory uzupełniające, słupki poparcia nie rosną same, a wojna w Ukrainie zaczyna ciążyć jak niewygodny plecak. Nie dlatego, że boli sumienie, tylko dlatego, że psuje kampanię. „Zakończyć wojnę do lata” nie znaczy „zakończyć ją sprawiedliwie”. To znaczy zamknąć temat przed listopadem.
Negocjacje w Abu Zabi pokazały, gdzie dziś jesteśmy. Jest postęp techniczny: rozmowy wojskowych, procedury monitoringu, amerykański udział. Ale tam, gdzie zaczynają się sprawy kluczowe – Donbas, Krym, suwerenność – pojawia się cisza albo marketingowe substytuty. Wolna strefa ekonomiczna w Donbasie brzmi jak folder reklamowy. W praktyce to zamrożona okupacja z naklejką „kompromis”.
Na tym tle wyraźnie odcina się postawa Kijowa. „Nic o Ukrainie bez Ukrainy” nie jest hasłem, tylko zaporą prawną i polityczną. Ukraina mówi jasno: żadnych porozumień sprzecznych z konstytucją, żadnego handlu terytorium, żadnych układów zawieranych bokiem. Zaufanie do Kremla pozostaje zerowe, a zaufanie do USA jest warunkowe – obwarowane dokumentami, Kongresem i realnymi gwarancjami bezpieczeństwa.
Rosja robi to, co zawsze. Gdy nie może wygrać wojny szybko, próbuje wygrać ją przy stole. Zmienia język z imperialnych tyrad na „konkrety techniczne”. Mniej historii, więcej excela. Mniej czołgów, więcej prezentacji. Cel pozostaje ten sam: uznanie zdobyczy, legalizacja przemocy, przesunięcie granic bez kolejnych strzałów, bo te już padły wcześniej.
Ten felieton nie jest o negocjacjach. Jest o powrocie starego schematu, w którym wielcy liczą, mali drżą, a prawo międzynarodowe siedzi w kącie jak niepotrzebny mebel. Dwanaście bilionów dolarów nie jest dowodem siły Rosji. Jest dowodem jej moralnego bankructwa. Bo tylko państwo bez argumentów próbuje kupić sobie przyszłość cudzym kosztem.
A jeśli ktoś sądzi, że to wyłącznie problem Ukrainy, warto spojrzeć na mapę i historię. Gdy raz zgodzimy się, że można handlować cudzym terytorium, następna oferta zawsze obejmuje kolejny kawałek świata. I zwykle pojawia się szybciej, niż zdążymy powiedzieć: „to nas nie dotyczy”.
Polska w tym wszystkim nie jest widzem. Jest płatnikiem. Płacimy gospodarczo, płacimy militarnie, płacimy nerwami. Wschodnie regiony kraju duszą się jak miasta przy granicy pożaru, miliardy idą na bezpieczeństwo, a mimo to wciąż słyszymy, że mamy być grzeczni, cierpliwi i wdzięczni. Nie. Cierpliwość bez kalkulacji to naiwność, a naiwność w tej części Europy zawsze kończyła się cudzym wojskiem na własnym terytorium. Straty mamy prawo liczyć. I mamy prawo domagać się, by ktoś wreszcie wziął je pod uwagę.
W Warszawie dostaliśmy za to dyplomatyczny teatrzyk. Ambasador USA postanowił zagrać rolę obrażonej gwiazdy, bo marszałek Sejmu nie chciał klaskać na stojąco przy pomyśle Nobla dla Trumpa. Zerwane kontakty, dramatyczne gesty, ton moralnego oburzenia rodem z opery mydlanej. Czarzasty wszedł w to z przesadą, jak zawsze, robiąc z polityki pokaz fajerwerków. Ale sedno jest gdzie indziej. Radosław Sikorski nie domaga się wyjaśnień dla sportu. On żąda odpowiedzi na fundamentalne pytanie: czy słowa ambasadora USA były oficjalnym stanowiskiem Waszyngtonu, czy prywatnym popisem lojalności wobec swojego prezydenta. Innymi słowy: czy mamy do czynienia z polityką państwa, czy z emocjonalnym wpisem w zeszycie ambasadora. To różnica zasadnicza, bo od niej zależy, czy Polska rozmawia z sojusznikiem, czy z fanclubem jednego człowieka.
Trump w tym samym czasie nakłada cła, rozmawia z Iranem, ogłasza sukces i porażkę w jednym zdaniu.
Jest jeszcze jeden akt tego spektaklu — polska prawica. Ta sama, która na dźwięk nazwiska Trump prostuje się jak na apel i gotowa jest klaskać nawet wtedy, gdy dostaje w twarz. To środowisko, które w imię rzekomego realizmu politycznego uprawia geopolityczne klęczniki. Każde trumpowe mrugnięcie uznaje za znak opatrzności, każdą groźbę wobec Europy tłumaczy „twardą negocjacją”. Ci ludzie potrafią jednocześnie mówić o zdradzie Jałty i udawać, że nowy układ Trump–Putin byłby czymś normalnym, byle tylko Ameryka była „po naszej stronie”. Problem w tym, że w takich układach Polska nigdy nie była stroną, tylko przedmiotem. Klęczenie przed silniejszym nie jest strategią. Jest zaproszeniem do kopnięcia. To polityka kota Schrödingera: umowa jest i jej nie ma, pokój nadchodzi i nie nadchodzi. A nad Polskę startują myśliwce, bo rosyjskie bombowce znów sprawdzają, czy jeszcze patrzymy. Prewencja stała się naszym codziennym rytuałem — lepiej być napiętym, niż obudzonym brutalnie.
Na marginesie tego chaosu prezydent ogląda igrzyska, partie wybierają zarządy, demokracja zajmuje się papierologią, gdy historia wali pięścią w drzwi. Świat wygląda jak starzejący się bokser: coraz więcej blizn, coraz mniej refleksu, ale wciąż przekonanie, że jeszcze da się wygrać walkę na punkty.
Piję niedzielną kawę i myślę, że przyszłość znów pisze się na kolanie, bez gumki do wymazania. Różnica jest taka, że dziś już naprawdę wiemy, co to oznacza. A skoro wiemy — nie mamy prawa udawać, że to problem kogoś innego. Bo gdy kończy się prawo międzynarodowe, zaczyna się prawo silniejszego. A ono nigdy nie było łaskawe dla naiwnych.
Krzysztof Bielejewski

Szkoda, że ma Pan rację…