10.03.2026
W Rotman School of Management dzień o piętnastej po południu ma swój własny rytuał. Kto pracował kiedyś na dobrej uczelni, ten zna tę godzinę. Zajęcia już się kończą, studenci znikają w bibliotekach, a profesorowie – jak starzy oficerowie po manewrach – schodzą do lobby na kawę. Nie po to, żeby odpocząć. Raczej po to, żeby jeszcze chwilę pogadać o świecie.
Lobby Rotmana jest miejscem, w którym gospodarka światowa bywa omawiana przy stoliku wielkości talerza na pizzę. Szklane ściany, miękkie fotele, zapach kawy i ludzie, którzy z zawodowej deformacji myślą w liczbach, stopach procentowych i modelach ryzyka.
Usiadłem z filiżanką espresso, kiedy jeden z kolegów – profesor finansów, który potrafi obliczyć koszt długu publicznego szybciej niż kelner przynosi rachunek – rzucił pytanie, które pada tu zawsze, gdy tylko pojawia się ktoś z Polski.
— So, professor… what’s happening in Poland?
Pytanie brzmi niewinnie. Ale w ostatnich latach ma w sobie nutę ciekawości podobnej do tej, z jaką XIX‑wieczni podróżnicy pytali o dziwne zwyczaje odległych plemion.
Westchnąłem więc, upiłem łyk kawy i powiedziałem:
— Po południu w Warszawie wydarzyła się rzecz niezwykła. Spotkali się premier Tusk, prezydent Nawrocki i prezes banku centralnego Adam Glapiński.
Tu rozmowa przy stoliku natychmiast ucichła.
W Rotman nie trzeba długo tłumaczyć, czym jest europejski program SAFE. Ludzie tutaj czytają „Financial Times” zanim jeszcze zdążą sprawdzić pogodę.
SAFE to ogromny europejski program finansowania przemysłu obronnego. Setki miliardów euro taniego kapitału, wspólne zamówienia na broń, nowe fabryki, technologie, rakiety, drony, systemy antyrakietowe. Europa, która wreszcie zrozumiała, że świat nie jest już konferencją pokojową w Genewie, tylko raczej szachownicą, na której ktoś właśnie zaczął grać ostrymi figurami.
Polska – jako kraj graniczny NATO i największa armia w regionie – może z tego programu dostać prawie 44 miliardy euro.
Czterdzieści cztery miliardy.
W świecie ekonomii to się nazywa poważne pieniądze.
W świecie polityki bywa to czasem nazywane problemem.
Opowiedziałem więc kolegom, że w Pałacu Namiestnikowskim pojawiła się alternatywa.
Program o nazwie SAFE zero procent.
Przy stoliku zapadła cisza.
Taka cisza, jaka zapada w sali wykładowej, gdy ktoś właśnie powiedział coś, co przeczy podstawom rachunku ekonomicznego.
— Wait — odezwał się profesor prawa gospodarczego — you mean zero interest?
— Nie — odpowiedziałem. — Znacznie ciekawiej.
— Jak to?
— To znaczy, że pieniędzy jeszcze nie ma.
Profesor finansów odłożył filiżankę.
— How exactly does that work?
Tu musiałem się chwilę zastanowić nad eleganckim tłumaczeniem.
— Powiedzmy, że w Polsce powstała nowa szkoła ekonomii. Zakłada ona, że jeśli bank centralny bardzo chce, to może wygenerować pieniądze z… kreatywnej księgowości.
Profesor spojrzał na mnie z powagą człowieka, który właśnie usłyszał, że ktoś planuje zbudować most z mgły.
— Monetary alchemy?
— Dokładnie.
I wtedy zaczęła się rozmowa, która była jednocześnie zabawna i trochę smutna.
Bo kiedy opowiedziałem o konferencji prasowej w Warszawie, o nowym Funduszu Inwestycji Obronnych, o radzie, strukturze, komisjach i całej tej administracyjnej architekturze, przy stoliku wybuchł śmiech.
Nie złośliwy.
Raczej taki śmiech ludzi, którzy próbują zrozumieć, dlaczego ktoś najpierw buduje szafę, a dopiero potem zaczyna się zastanawiać, czy w ogóle ma skarpetki.
— So the EU offers real money — powiedział jeden z kolegów — and Poland answers with… a fund?
— Dokładnie — odparłem.
Fundusz.
Nowy fundusz. Nowa rada. Nowa struktura. Nowe stołki.
Czyli wszystko to, co w polskiej administracji powstaje z prędkością światła. Brakuje tylko pieniędzy.
Donald Tusk podsumował to z brutalną prostotą człowieka, który rozumie ekonomię lepiej niż konferencje prasowe.
— To jest SAFE zero złotych.
Przy stoliku w Rotman ktoś aż klasnął.
Bo w ekonomii zdarzają się różne dziwne pomysły. Ale pomysł polegający na tym, żeby odrzucić realne miliardy i zastąpić je konstrukcją finansową opartą na hipotetycznych zyskach banku centralnego, jest mniej więcej tak realistyczny jak plan kolonizacji Marsa przez klub brydżowy z Radomia.
I tu nastąpił ciekawy moment rozmowy.
Jeden z kolegów – Kanadyjczyk, który doradzał kiedyś rządowi w sprawach polityki przemysłowej – powiedział coś bardzo prostego.
— Canada is doing the opposite.
Kanada w ostatnich latach zwiększa wydatki obronne, wchodzi w projekty europejskie, buduje własny przemysł zbrojeniowy i współpracuje z europejskimi partnerami przy programach takich jak SAFE.
Premier Mark Carney – człowiek, który rozumie rynki finansowe lepiej niż większość polityków – traktuje bezpieczeństwo jak inwestycję.
Inwestycję w przemysł. Inwestycję w technologie. Inwestycję w przyszłość. Czyli dokładnie tak, jak robią poważne państwa.
I wtedy padło pytanie, które było już bardziej osobiste.
— Professor… would you ever move back to Warsaw?
To pytanie zawisło nad stolikiem jak lekka chmura nad jeziorem Ontario.
Bo Warszawa jest pięknym miastem. Miastem historii. Miastem ludzi, którzy potrafią być niezwykle odważni i niezwykle rozsądni.
Ale jest też miastem, w którym w pięknym pałacu nad Wisłą potrafią się spotkać poważni ludzie i z kamiennymi twarzami tłumaczyć narodowi, że dwieście miliardów złotych można wygenerować z księgowości, złota i dobrej woli prezesa banku centralnego.
Odpowiedziałem więc dyplomatycznie.
— Warszawa zawsze będzie moim miastem.
Ale czasem mam wrażenie, że jej polityka gospodarcza przypomina spektakl teatralny wystawiany przez ludzi, którzy pomylili budżet państwa z kabaretem.
Koledzy skinęli głowami.
Za oknem Toronto całkiem ładny dzień, słońce lekko przysłonięte chmurami. I wtedy – zupełnie niespodziewanie – przypomniał mi się zupełnie inny stolik.
Nie w Toronto.
W Warszawie.
W SPATiF‑ie.
Były takie wieczory w latach dziewięćdziesiątych, kiedy przy jednym stoliku siedział Jerzy Pilch, przy drugim Janusz Głowacki, gdzieś obok Krzysztof Mętrak albo ktoś z „Czytelnika”. W powietrzu wisiał dym papierosów, na stole stała wódka, a rozmowy krążyły wokół literatury, polityki i tego dziwnego kraju nad Wisłą, który zawsze potrafił wymyślić coś, czego nikt wcześniej nie wymyślił.
Pilch potrafił wtedy powiedzieć jedno zdanie, po którym pół stolika wybuchało śmiechem.
— W Polsce — mówił — realizm zawsze przegrywa z fantazją.
I nagle, siedząc dziś w Rotman School w Toronto, pomyślałem, że gdyby Pilch żył i siedział z nami przy tej kawie, pewnie uśmiechnąłby się tylko pod wąsem i powiedział coś w tym stylu:
— Panowie, to nie jest żadna ekonomia. To jest literacki realizm magiczny.
Bo gdzie indziej na świecie można zobaczyć scenę, w której realne europejskie miliardy stoją na stole jak talerz gorących pierogów, a ktoś obok zaczyna opowiadać o potrawie, której jeszcze nie ugotował, ale która – jeśli tylko dobrze opisać ją w przemówieniu – powinna wszystkich nasycić.
I pomyślałem wtedy, że historia bywa ironiczna.
Bo gdzieś na wschodzie Putin prowadzi prawdziwą wojnę. Fabryki zbrojeniowe pracują na trzy zmiany. Armie liczą pociski.
Europa inwestuje miliardy. Kanada dołącza do programów obronnych.
A w Warszawie ktoś z powagą odkrywa nową teorię ekonomii.
Teorię, według której zero można zamienić w dwieście miliardów.
I powiem szczerze.
Kiedy opowiada się tę historię przy kawie w lobby Rotman School of Management w Toronto, brzmi ona jak dowcip.
Problem polega na tym, że to nie jest dowcip.
To jest polska polityka.
Krzysztof Bielejewski

Za komuny w szkole mawialiśmy „różnica między Marksem a marksistami jest taka sama jak między Kantem a kanciarzami”. Może dlatego Radosław Sikorski w wywiadzie powiedział że w życiu nie widział marksisty…
Warto przypomnieć że Marks „Manifest…” tworzył „pod wpływem” romantycznego studenckiego buntu w czasie Wiosny Ludów. „Kapitał” napisał już pracując w banku w UK. Tam patrzył uważnie na to co się dzieje i adresował tekst do innego pokolenia. Ot historia ekonomii.
Teraz pozornie zmienimy temat…
Obawiam się że nasi entuzjastyczni i bogobojni „patrioci” ufają Boskiej Opiece jak Rejent Milczek: „Niech się dzieje wola Nieba z nią sie zawsze zgadzać trzeba!” Czy jak za czasów Alexandra, ponownie obdarzą Imperatora piosenką i kościołem w Warszawie, pod wezwaniem nowego patrona? Wtedy pozwolono im łaskawie usypać Kopiec Kościuszki. Zabroniono w szkołach mówić po polsku dopiero po trzecim powstaniu.
Obawiam się że tego rodzaju postrzeganie świata jest skutkiem niezrozumienia tekstu „Latarnika”. Sienkiewicz próbował pokazać paradoks… Czytelnicy uznali tekst za przykład do naśladowania.
Serdecznie pozdrawiam wszystkich, jeszcze można!