Krzysztof Bielejewski: Europa buduje tarczę. Polska szuka winnego4 min czytania

()


15.07.2026

Polska od lat zachowuje się jak człowiek, który pierwszy przybiega gasić pożar u sąsiada, pożycza wiadra, organizuje strażaków, oddaje własny hydrant, a kiedy wszyscy siadają do stołu, żeby ustalić zasady odbudowy domu, słyszy uprzejme: „Bardzo dziękujemy za pomoc. Dalej już poradzimy sobie sami”.

Tak właśnie wielu odebrało informację o powstaniu Antybalistycznej Koalicji Rakietowej. Dziewięć państw NATO – Dania, Francja, Niemcy, Włochy, Norwegia, Hiszpania, Szwecja, Wielka Brytania i Holandia – wspólnie z Ukrainą ogłosiło rozpoczęcie prac nad nowym systemem współpracy przeciwko zagrożeniu rakietowemu ze strony Rosji. Wśród sygnatariuszy zabrakło tylko jednego kraju, który przez ostatnie lata był logistycznym sercem pomocy dla Ukrainy, przekazał czołgi, armatohaubice, samoloty, przyjął miliony uchodźców i wydał na własną obronę więcej niż większość Europy razem wzięta.

Polski.

W pierwszej chwili można było pomyśleć, że to zwykłe przeoczenie. Ktoś zapomniał dopisać Warszawę między Oslo a Madrytem. Potem okazało się jednak, że nie. Polska wiedziała o projekcie. Rozmawiała. Negocjowała. Próbowała wejść. I… nie weszła.

Najbardziej urocze w całej historii jest to, że wszyscy mają rację. Przynajmniej według samych siebie.

Według rozmówców z polskiego rządu Ukraińcy od początku nie byli zainteresowani obecnością Polski w projekcie. Rozmowy miały być trudne, kontakt nagle się urwał, a Kijów prowadził negocjacje z zachodnimi partnerami tak dyskretnie, jakby organizował przyjęcie urodzinowe i za wszelką cenę nie chciał, żeby kuzyn z Polski dowiedział się o adresie.

Jednocześnie ci sami urzędnicy przyznają coś znacznie ciekawszego. Że Polsce… zabrakło determinacji.

To zdanie jest fascynujące. Wyobraźmy sobie strażaka, który po akcji gaśniczej wraca do remizy i mówi: „Płonęło, ale zabrakło nam determinacji, żeby dojechać pod sam budynek”.

Polska polityka zagraniczna coraz częściej przypomina właśnie taki raport.

Nie wiadomo właściwie, kto zawinił bardziej. Ukraińcy, którzy próbują przy każdej okazji coś ugrać własnym kosztem partnerów, czy my, którzy uznaliśmy najwyraźniej, że skoro i tak mamy Patrioty, amerykański system IBCS, bazę w Redzikowie oraz brytyjskie pociski CAMM, to nie ma się czym specjalnie przejmować.

To trochę tak, jakby ktoś odmówił wejścia do klubu dyskusyjnego, tłumacząc, że przecież ma własną bibliotekę. W geopolityce kluby są często ważniejsze od bibliotek.

Nowa koalicja nie jest wyłącznie projektem wojskowym. Jest przede wszystkim projektem politycznym i przemysłowym. To właśnie tam będą zapadały decyzje o wspólnych technologiach, produkcji rakiet, transferze kompetencji, zamówieniach i miliardach euro inwestycji.

Nie chodzi wyłącznie o to, kto będzie strzelał do rosyjskich rakiet. Chodzi o to, kto będzie produkował rakiety, a to już zupełnie inna liga.

Od miesięcy Europa powoli budzi się z geopolitycznego snu. Donald Trump coraz wyraźniej daje do zrozumienia, że Ameryka nie zamierza wiecznie finansować bezpieczeństwa całego kontynentu. Niemcy zwiększają wydatki wojskowe. Francja chce budować europejską autonomię strategiczną. Brytyjczycy wracają do roli militarnego lidera. Ukraina wnosi coś, czego nie ma nikt inny – lata doświadczeń z największej wojny XXI wieku.

Polska natomiast stoi obok i tłumaczy, że ma bardzo dobre Patrioty i rzeczywiście ma. Osiem baterii Patriot w najnowocześniejszej konfiguracji, system zarządzania walką IBCS, brytyjskie CAMM, amerykańską bazę przeciwrakietową w Redzikowie. To wszystko prawda. Nasza obrona przeciwlotnicza będzie jedną z najlepszych w Europie. Tylko że nawet najlepszy samochód nie daje prawa głosu na posiedzeniu zarządu fabryki.

W tym miejscu pojawia się drugi akt tej politycznej komedii. Ukraińcy również nie zachowują się szczególnie elegancko. Najpierw jednostka nazwana imieniem „Bohaterów UPA”, potem kolejne gesty, które w Warszawie odbierane są jako demonstracyjne ignorowanie polskiej wrażliwości historycznej, teraz koalicja budowana bez kraju, który od początku wojny był dla Ukrainy najważniejszym zapleczem logistycznym.

To przypomina relację dwóch wspólników prowadzących firmę, którzy od czasu do czasu przypominają sobie, że właściwie się nie lubią. Kijów najwyraźniej uznał, że może już wybierać partnerów. Warszawa uznała, że obrażanie się jest również formą polityki zagranicznej. Obie strony właśnie odkrywają, że geopolityka nie działa jak media społecznościowe. Tutaj nie wystarczy przestać obserwować drugiej strony.

Rosja z pewnością patrzy na to z ogromnym spokojem. Kreml nie musi nikogo przekonywać, że Europa jest podzielona. Wystarczy cierpliwie obserwować, jak partnerzy sami zaczynają prowadzić rachunek wzajemnych pretensji, a przecież największym zwycięstwem Putina nie byłoby zniszczenie kolejnej elektrowni czy magazynu amunicji. Największym zwycięstwem byłoby doprowadzenie do sytuacji, w której państwa zagrożone przez Rosję zaczną budować systemy bezpieczeństwa osobno, zamiast razem.

Może więc problemem nie jest to, że Polska nie weszła do nowej koalicji. Problemem jest to, że Europa coraz częściej organizuje najważniejsze rozmowy bez Polski przy stole. W dyplomacji puste krzesło bardzo szybko przestaje być chwilową nieobecnością. Staje się nowym porządkiem.

Krzysztof Bielejewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo