Krzysztof Bielejewski: Putin boi się Jabłka11 min czytania

()


20.08.2026

Rosja jest największym państwem świata, ma broń atomową, międzykontynentalne rakiety, okręty podwodne, milionową armię, służby specjalne rozsiane po pół globu i prezydenta, który od ćwierćwiecza ćwiczy minę człowieka posiadającego tajemnicę historii. A jednak w sierpniu 2026 roku to całe mocarstwo przestraszyło się Jabłka. Nie owocu, rzecz jasna, choć przy obecnym stanie rosyjskiej polityki również sadownik powinien zachować ostrożność, lecz partii Jabłoko, ostatniego legalnego ugrupowania w Rosji, które otwarcie sprzeciwiało się wojnie z Ukrainą.

Sąd Najwyższy usunął Jabłoko z wrześniowych wyborów parlamentarnych, a kilka dni później Lew Szlosberg, jeden z liderów partii i konsekwentny przeciwnik wojny, został skazany na jedenaście lat i miesiąc kolonii karnej za wypowiedzi krytykujące inwazję. Powiedział między innymi, że wojna jest dla Rosji katastrofą i powinna się zakończyć. W normalnym państwie byłaby to opinia polityczna. W Rosji Putina jest to najwyraźniej coś pomiędzy zdradą ojczyzny a próbą wysadzenia Kremla widelcem.

Właśnie tu zaczyna się najciekawsza część rosyjskiej tragedii, bo im dłużej Putin opowiada światu o potędze swojego państwa, tym bardziej jego państwo przypomina ogromnego osiłka, który na podwórku bije wszystkich dookoła, ale wieczorem sprawdza pod łóżkiem, czy nie schował się tam poeta. Mocarstwo mające rzekomo rzucić na kolana NATO potrzebuje Sądu Najwyższego, prokuratury, cenzury, policji i kolonii karnej, żeby poradzić sobie z człowiekiem mówiącym: „Nie chcę wojny”. Trudno wymyślić lepszą reklamę słabości.

Legenda Putina nie narodziła się przecież z samej propagandy. Pierwsze lata jego rządów przypadły na okres znakomitej koniunktury surowcowej, wzrostu dochodów i poprawy poziomu życia. Rosjanin, który pamiętał chaos Jelcyna, patrzył na nowego gospodarza Kremla i widział porządek, pełniejsze sklepy, wypłaty przychodzące na czas i państwo, które przestało wyglądać jak komis samochodowy po bójce właścicieli. Reżim mógł więc długo sprzedawać społeczeństwu bardzo wygodną umowę: wy nie interesujecie się za bardzo polityką, a my zapewniamy stabilność. Był to autorytaryzm z dostawą do domu.

Kłopot zaczął się wtedy, kiedy ropa przestała wystarczać do produkowania mitu kompetencji, gospodarka zaczęła zwalniać, jakość państwa pogarszała się, a z otoczenia Putina coraz wyraźniej wyłaniała się zwyczajna kleptokracja, tylko opakowana w hymn, paradę wojskową i ikonę. Po 2012 roku Kreml stopniowo przestawiał się z przekonywania na zastraszanie. Władza, która wcześniej mówiła obywatelowi: „Zaufaj nam, żyje ci się lepiej”, coraz częściej mówiła: „Jeżeli uważasz inaczej, przemyśl to jeszcze raz, najlepiej w obecności adwokata”.

To przejście od propagandy do strachu jest jednym z kluczy do zrozumienia dzisiejszej Rosji. Autokracja może długo funkcjonować, jeśli ludzie wierzą, że autokrata przynajmniej wie, co robi. Jeżeli jednak zaczyna brakować sukcesów, trzeba produkować wrogów. Jeśli nie można już rozdawać dobrobytu, można rozdawać strach. Jeśli nie da się poprawić rzeczywistości, zawsze można pogorszyć warunki jej opisywania.

Wojna z Ukrainą była pod tym względem logicznym przedłużeniem putinizmu. Obserwatorzy piszą o niej jako o produkcie personalistycznej dyktatury, w której coraz mniej instytucji jest zdolnych powiedzieć przywódcy, że jego pomysł jest idiotyczny. Dyktator z biegiem lat staje się zakładnikiem własnych przekonań, ponieważ każda osoba w jego otoczeniu uczy się prostego mechanizmu kariery: wiadomość dobra idzie w górę, wiadomość zła zostaje na dole razem z człowiekiem, który ją przyniósł.

W przedsiębiorstwie taki system kończy się bankructwem. W państwie atomowym kończy się wojną.

Można sobie wyobrazić naradę przed lutym 2022 roku. Jeden generał wie, że armia nie jest gotowa, drugi wie, że Ukraińcy będą walczyć, trzeci podejrzewa, że Zachód nie rozpadnie się po pierwszych sankcjach, a czwarty widzi, że plan zdobycia wielkiego europejskiego kraju w kilka dni ma w sobie lekkość programu kolonizacji Marsa pisanego na serwetce. Tyle że wszyscy patrzą na człowieka na końcu stołu i dochodzą do wniosku, że prognoza zwycięstwa jest jednak znacznie zdrowsza dla kariery.

W ten sposób Putin otrzymał dokładnie takie informacje, jakie sam wcześniej wyhodował.

Rosyjska armia okazała się wręcz doskonałym portretem państwa, które ją stworzyło. Była scentralizowana, skorumpowana, nieufna wobec inicjatywy niższych szczebli, obciążona fatalnymi relacjami pomiędzy wojskiem a aparatem politycznym i przekonana o własnej sile bardziej na podstawie parad niż doświadczenia wojny z przeciwnikiem zdolnym do stawiania oporu. W Gruzji, na Krymie i w Syrii można było wyglądać jak wojskowy geniusz. Ukraina pokazała, że wojsko ćwiczone do słuchania rozkazów nie zawsze potrafi myśleć wtedy, kiedy rozkaz przestaje mieć sens.

Rosyjska armia nie tyle zawiodła państwo Putina, ile zachowała się dokładnie tak jak państwo Putina. W systemie, w którym samodzielność jest podejrzana, odpowiedzialność rozmyta, korupcja powszechna, a prawda służbowa niebezpieczna, trudno nagle oczekiwać, że na polu walki pojawi się pruska precyzja, szwajcarska księgowość i amerykańska logistyka. Czołg nie zaczyna być nowoczesny tylko dlatego, że przed defiladą umyto mu gąsienice.

Jeszcze ważniejsze pytanie brzmi jednak: dlaczego Putin w ogóle tak obsesyjnie potrzebował podporządkowanej Ukrainy? Sednem nie jest NATO, choć Kreml od lat przedstawia Sojusz jako smoka stojącego pod rosyjską chatą. Putin sam przecież na początku swoich rządów mówił o możliwości współpracy z NATO, a nawet nie wykluczał kiedyś rosyjskiego członkostwa. Jego agresywność rosła szczególnie wtedy, gdy w państwach postsowieckich pojawiały się demokratyczne przełomy.

Bo prawdziwie niebezpieczna dla putinizmu Ukraina nie musi mieć rakiet wycelowanych w Moskwę. Wystarczy, że ma wybory.

Wyobraźmy sobie najgorszy dla Kremla scenariusz. Za rosyjską granicą istnieje duże słowiańskie państwo, którego mieszkańcy mówią językiem podobnym do rosyjskiego, mają wspólną historię, rodzinne więzi i kulturę, a mimo to potrafią zmieniać prezydentów, wyrzucać rządy, kłócić się publicznie, obrażać władzę w telewizji, czytać niezależne media i jeszcze nie trafiać za to do kolonii karnej. Taki kraj nie jest militarnym zagrożeniem dla Kremla. Jest czymś znacznie gorszym: dowodem rzeczowym.

Rosjanin może wtedy zapytać, dlaczego Ukrainiec może wyrzucić prezydenta przy urnie, a on swojego ogląda od czasów, kiedy Nokia była szczytem technologii, Beckham grał w Manchesterze United, a w Polsce premierem był Jerzy Buzek.

I właśnie takiego pytania boi się Putin.

Dlatego wojna z Ukrainą od początku była również wojną z możliwością porównania dwóch modeli państwa. Z jednej strony kraj chaotyczny, skorumpowany, niedoskonały, ale politycznie żywy. Z drugiej strony państwo mające wyglądać jak potężny monolit, w którym wszystko jest stabilne przede wszystkim dlatego, że człowieka próbującego przesunąć mebel zabiera policja.

Rosyjska demokracja po rozpadzie Związku Sowieckiego wcale nie została zniszczona, bo nigdy naprawdę nie zdążyła powstać. Zmieniły się szyldy, pojawiły się wybory, prywatne telewizje i kapitalizm, lecz znaczna część dawnych elit, instytucji oraz sposobu rozumienia władzy przetrwała. Rosja zdjęła radziecki mundur, założyła marynarkę i przez chwilę wyglądała jak człowiek, który zmienił zawód. Problem polegał na tym, że w kieszeni nadal nosiła legitymację z poprzedniej pracy.

Putin nie spadł więc na Rosję z kosmosu. Wyszedł z systemu, który nigdy nie nauczył się uważać obywatela za właściciela państwa, a władzę za lokatora wynajmującego od niego mieszkanie na czas określony. W rosyjskiej tradycji lokator szybko wymieniał zamki, wyrzucał właściciela na klatkę schodową i tłumaczył, że robi to w interesie bezpieczeństwa budynku.

Dziś mechanizm ten osiągnął niemal elegancję.

Nowe przepisy podpisane przez Putina 4 sierpnia pozwalają państwu nakładać na Rosjan mieszkających za granicą i ściganych zaocznie szereg ograniczeń: zamrażać rachunki bankowe, blokować transakcje majątkowe, odcinać od części usług państwowych i odmawiać wydawania dokumentów konsularnych, w tym paszportów. Wśród podstaw do represji znajdują się również przepisy polityczne wykorzystywane wobec krytyków wojny. Organizacje praw człowieka nazywają ten system formą „śmierci obywatelskiej”.

To jest, trzeba przyznać, dyktatura bardzo nowoczesna. Stalin potrzebował wagonu, strażnika i dalekiej Syberii. Putin może człowieka częściowo unicestwić administracyjnie, siedząc tysiące kilometrów od niego. Nie trzeba już wyważać drzwi w Paryżu czy Berlinie. Wystarczy sprawić, żeby nie działało konto, paszport, mieszkanie i kontakt z własnym państwem.

Tyrania weszła w chmurę.

Tyle że nawet z tym Putin ma problem, bo wyrzuceni z Rosji dziennikarze wcale nie zniknęli. Niezależne media, wypchnięte za granicę po inwazji, przeniosły redakcje, nauczyły się funkcjonować na nowych platformach i często zwiększały zasięg. Kreml zamknął drzwi redakcji, a dziennikarze weszli przez YouTube, Telegram i VPN.

To musi być dla Putina szczególnie drażniące. Można przejąć telewizję, można wyłączyć radio, można zlikwidować gazetę, można nazwać dziennikarza agentem zagranicznym, ale bardzo trudno wydać dekret zabraniający człowiekowi ciekawości.

Dlatego dzisiejsza Rosja coraz bardziej przypomina państwo prowadzące jednocześnie dwie wojny. Jedną przeciw Ukrainie, za pomocą rakiet, dronów, artylerii i ludzi rzucanych na front. Drugą przeciw własnym obywatelom, za pomocą sądów, ustaw, prokuratorów, rejestrów, cenzury i strachu.

Te wojny są ze sobą nierozerwalnie związane. Im mniej przekonujące staje się zwycięstwo na zewnątrz, tym bardziej konieczne jest milczenie wewnątrz. Im więcej kosztuje wojna, tym surowiej trzeba karać człowieka pytającego, po co właściwie jest prowadzona. Im dłużej trwa „operacja specjalna”, która miała potwierdzić geniusz przywódcy, tym więcej potrzeba policjantów, żeby nikt nie zauważył, że geniusz bardzo długo nie może zakończyć swojej operacji.

I tu kończy się wygodny śmiech.

Można kpić z putinowskich stołów długości pasa startowego, z parad, generałów obwieszonych orderami i wyborów, w których wynik zna się wcześniej niż pogodę na jutro. Można szydzić z mocarstwa, które trzęsie się przed Jabłokiem, poetą, ekonomistą czy dziennikarzem. Trzeba jednak pamiętać, że cała ta groteska ma po drugiej stronie bardzo konkretnego człowieka pod gruzami domu, żołnierza wracającego bez nogi, dziecko śpiące w metrze i rosyjską matkę otrzymującą lakoniczną wiadomość, że jej syn poległ za ojczyznę gdzieś pod miastem, którego nazwy jeszcze pięć lat temu nie umiała wskazać na mapie.

Dlatego Putin jest postacią jednocześnie śmieszną i przerażającą. Śmieszną, bo jego wyobrażenie własnej wielkości coraz częściej zderza się z rzeczywistością w sposób godny prowincjonalnego Napoleona. Przerażającą, bo prowincjonalny Napoleon ma rakiety atomowe, tysiące czołgów i państwo zdolne wysłać kolejnych ludzi na śmierć, byle tylko nie przyznać, że cesarz pomylił drzwi.

Putin chciał przejść do historii jako człowiek, który podniósł Rosję z kolan. Coraz bardziej wygląda jednak na człowieka, który postawił ją na baczność i kazał tak stać, dopóki nie umrze ze zmęczenia.

Chciał zniszczyć ukraińską demokrację, bo wolna Ukraina była dla jego systemu obrazą. Chciał udowodnić, że autokracja jest sprawniejsza, armia silniejsza, Zachód słabszy, a Rosja skazana na wielkość. Tymczasem po niemal ćwierćwieczu jego rządów najcelniejszym komentarzem do kondycji tej wielkości pozostaje fakt, że ogromne państwo atomowe musi skazywać człowieka na jedenaście lat kolonii karnej za powiedzenie, iż wojna jest katastrofą.

To nie jest demonstracja siły. To jest napad paniki ubrany w mundur mocarstwa.

I dlatego z Rosją Putina rzeczywiście nie ma żartów. Można żartować z Putina, ponieważ dyktatorzy wyjątkowo źle znoszą śmiech. Można odbierać mu pompatyczność, kpić z jego historycznych urojeń i przebijać szpilką nadęty balon imperialnej wielkości. Nie wolno jednak zapominać, że w środku tego balonu nie ma powietrza.

Jest proch.

Największym paradoksem pozostaje zaś to, że człowiek, który całe życie próbował kontrolować historię, prowadzi dziś desperacką wojnę z jedynym przeciwnikiem, którego żadna FSB nigdy nie aresztuje. Z rzeczywistością, a rzeczywistość ma fatalny charakter.

Można zakazać jej udziału w wyborach, można nazwać ją agentem zagranicznym i można nawet skazać ją zaocznie. Tylko że ona, bezczelna, nadal przychodzi na rozprawę.

Krzysztof Bielejewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo