21.08.2026
Głos obywatelski o Polsce przed wyborami 2027
Niech nikogo nie zwiedzie pierwsze miejsce w sondażu. W 2027 roku można wygrać wybory jako partia, a przegrać je jako obóz zdolny utworzyć rząd. W polskiej ordynacji liczy się nie tylko wynik lidera, ale także to, ile głosów przepadnie pod progiem i kto po wyborach będzie miał zdolność koalicyjną.
To nie jest tekst przeciw KO ani Donaldowi Tuskowi. Jest pytaniem do całego obozu, który 15 października 2023 roku otrzymał mandat wyjątkowy: czy potrafi zamienić go w trwałą zdolność rządzenia, a nie tylko w sukces jednego dnia?
15 października sam się nie powtórzy
W 2023 roku demokratyczna opozycja zdobyła 248 mandatów: KO — 157, Trzecia Droga — 65, Lewica — 26. Zwycięstwo nie było wyłącznie sukcesem jednej partii. Było obywatelską mobilizacją przeciw państwu zawłaszczanemu, konfliktowemu i odsuwanemu od europejskich standardów.
Ale był to przede wszystkim głos przeciw dalszemu trwaniu starego porządku. W 2027 roku nie wystarczy ponownie powiedzieć: „tamci wrócą”. To ostrzeżenie może być prawdziwe, lecz nie zastępuje programu. Wyborca zapyta raczej: co po czterech latach zmieniło się w moim życiu, moim mieście i moim państwie?
To pytanie jest zasadne. Groźba powrotu złej władzy nie daje mieszkania, lekarza, autobusu, stabilnej pracy ani poczucia, że urząd traktuje obywatela poważnie.
Rząd Tuska ma osiągnięcia, których nie wolno oddawać propagandzie przeciwników: przywrócił Polsce normalną pozycję w Unii Europejskiej i odblokował środki europejskie. KPO oraz fundusze spójności mogą finansować kolej, szkoły, szpitale, termomodernizację, energetykę lokalną i modernizację małych miast.
Decydujące jest jednak słowo „mogą”. Między komunikatem „odblokowaliśmy fundusze” a doświadczeniem obywatela — sprawniejszą przychodnią, połączeniem kolejowym, niższym rachunkiem za ogrzewanie czy dostępnym mieszkaniem — rozciąga się cała przestrzeń polityki. W niej rodzi się przekonanie, że rząd jest potrzebny albo odległy.
Donald Tusk pozostaje politykiem skutecznym w sytuacji ostrego sporu. Bez niego zwycięstwo 2023 roku byłoby znacznie mniej prawdopodobne. Ale nawet najlepszy język starcia ma granice. Po pewnym czasie ludzie chcą wiedzieć nie tylko, kto zniszczył państwo, lecz czy po zmianie władzy łatwiej im żyć.
Dlatego potrzebne jest przesunięcie: od polityki po odsunięciu PiS do polityki co dalej z Polską. Rozliczenia są konieczne tam, gdzie chodzi o łamanie prawa i publiczne pieniądze. Nie mogą jednak stać się jedynym opisem przyszłości.
Największym przeciwnikiem demokratycznej większości nie musi być jedna silna partia. Może nim być arytmetyka. KO może prowadzić, a zarazem PSL i Polska 2050 mogą znaleźć się pod progiem; Lewica może balansować na granicy wejścia do Sejmu. Tymczasem po prawej stronie rosną rozmaite formacje protestu, czerpiące z nieufności do elit, lęku ekonomicznego i złości na skomplikowany świat.
Nie można więc automatycznie zakładać: „KO wygra, więc demokracja wygra”. To dwa różne zdania. Głosy oddane na listy, które nie przekroczą progu, nie zamienią się w mandaty demokratycznej większości.
Nie przesądza to, że odpowiedzią ma być jedna lista. Mogłaby ona ograniczyć ryzyko utraty głosów, ale mogłaby też odebrać wyborcom istotny wybór między liberalizmem, socjaldemokracją, zieloną modernizacją i polityką samorządowo-ludową. Stawką nie jest stopienie wszystkich w jedną organizację, lecz porozumienie, które nie zmarnuje głosów demokratycznej Polski.
Lewica potrzebuje wiarygodnego języka mieszkań, zdrowia, pracy, usług publicznych i praw kobiet. PSL musi pokazać nowoczesny program dla Polski lokalnej: transport, energię, dochody, rolnictwo i samorządność. Polska 2050 powinna odzyskać wyrazistość wokół sprawnego państwa, uczciwych reguł, modernizacji i polityki bez plemiennego wrzasku.
To nie są dodatki do KO. Bez ich wyborców — i bez ich poczucia politycznej podmiotowości — większości może po prostu zabraknąć.
Radykalne centrum i rola Tuska
Kluby Radykalnego Centrum Marcina Matczaka warto potraktować poważnie. Mogą przypomnieć, że radykalizm nie musi oznaczać pogardy i krzyku. Może znaczyć stanowczą obronę konstytucji, praw człowieka, autonomii instytucji, odpowiedzialności za słowo i szacunku dla faktów.
Taki ruch może wzmacniać debatę, tworzyć lokalne środowiska i krytycznie patrzeć na demokratyczną władzę, gdy popada w samozadowolenie. Powinien jednak uważać na pułapkę kolejnej listy z wynikiem kilku procent. W polskiej ordynacji taki eksperyment może wytwarzać głosy bez reprezentacji.
Donald Tusk nie wygra sam dla całego obozu. Może natomiast zaproponować wspólny, zrozumiały kontrakt na drugą kadencję. Nie katalog obietnic, ale na przykład: pięć spraw sprawdzalnych przez obywateli:
- Zdrowie: realnie krótsza droga do lekarza i diagnostyki.
- Mieszkanie: program dla ludzi pracujących, zwłaszcza młodych, bez pompowania cen.
- Energia: niższe koszty, termomodernizacja, lokalne źródła i bezpieczne sieci.
- Polska lokalna: kolej, autobusy, szkoły, przychodnie i silny samorząd.
- Państwo, które nie upokarza: prostsze procedury, przewidywalne prawo i urząd po stronie obywatela.
Wybory wygrywa się przed kampanią: jakością rządzenia, odwagą mówienia o własnych błędach i zdolnością pokazania przyszłości. Jeżeli w 2027 roku odpowiedź na pytanie „co się poprawiło?” będzie widoczna w przychodni, na dworcu, w mieszkaniu, na rachunku za energię i w urzędzie, demokratyczna większość ma szansę przetrwać.
Jeśli natomiast otrzymamy głównie kampanię strachu oraz spór o miejsca na listach, 15 października może pozostać pięknym, lecz jednorazowym wyjątkiem.
Do Czytelników „Studia Opinii”
Tekst nie jest instrukcją obsługi polskiej polityki ani wezwaniem do bezkrytycznej lojalności wobec obecnej koalicji. Jest zaproszeniem do poważnego namysłu i dialogu: bez pogardy, bez partyjnych zaklęć i bez udawania, że wśród ludzi przywiązanych do demokracji, Europy i nowoczesnego państwa nie ma różnic.
Właśnie Państwa doświadczenie może być tu ważniejsze niż kolejny telewizyjny pojedynek. Czy pracują Państwo w ochronie zdrowia, edukacji, samorządzie, kulturze, nauce, biznesie, organizacjach społecznych albo po prostu na co dzień mierzą się z urzędem, transportem, kosztami mieszkania i energii? Napiszcie, co w praktyce działa, a co zawodzi. Co byłoby dla Państwa najbardziej czytelnym dowodem, że demokratyczna zmiana naprawdę poprawiła państwo?
Proponuję, aby dyskusję oprzeć o kilka konkretnych pytań:
- Czy obóz demokratyczny powinien wystąpić w 2027 roku na jednej liście, w dwóch blokach, czy w formule kilku uzgodnionych list?
- Czy KO ma wzmacniać przede wszystkim siebie, czy aktywnie chronić podmiotowość Lewicy, PSL i Polski 2050?
- Jakie sprawy powinny wejść do kontraktu na drugą kadencję — i dlaczego właśnie te?
- Co rząd powinien zrobić do 2027 roku, aby jego sukces był odczuwalny także poza wielkimi miastami?
- Czy Radykalne Centrum powinno pozostać ruchem obywatelskim, czy wejść do gry partyjnej?
- Jak mówić o zagrożeniu ze strony populizmu i skrajnej prawicy tak, by nie zastępować nim rozmowy o realnych problemach ludzi?
Nie trzeba zgadzać się z tezami tego artykułu. Przeciwnie: polemika jest potrzebna, o ile zawiera argument, własne doświadczenie albo alternatywną propozycję. Wszystkie wpisy są mile widziane, ale szczególnie cenne będą głosy, które nie kończą się na ocenie osób i partii, lecz próbują odpowiedzieć: jakiego państwa chcemy i co musimy zrobić, aby obywatele chcieli go bronić przy urnach?
Państwa rzeczowe stanowiska — także krytyczne wobec autora — mogą stać się punktem wyjścia do kolejnego tekstu lub zestawienia głosów Czytelników. Niech tym razem dyskusja nie będzie tylko komentarzami pod artykułem. Niech stanie się obywatelską próbą sformułowania oczekiwań wobec tych polityków, którzy chcą po 2027 roku rządzić Polską.
Sławek

To bardzo dobra analiza polityki i tego co trzeba w niej poprawić by wygrać wybory – a będą to wybory decydujące o naszej przyszłości .
Ta druga część, ta propozycja szerokiego sondażu wśród ..no właśnie wśród kogo.? czytelników SO ?, jakiś innych ludzi a jeżeli tak to jak liczonych?, jak dobranych?.
Proponowane pytania-tematy są takimi, które mogłyby być pytaniami wolnego wywiadu socjologicznego ale tylko dla doświadczonych ankieterów.
Panie Sławku – analiza tak, badanie bez metodologii, bez warsztatu nie.
Pozdrawiam serdecznie
Panie Zbigniewie – dziękuję za komentarz i ciepłe słowa. Ma Pan rację – nie ma mowy o badaniu. Moje zaproszenie dotyczy dyskusji pod artykułem, aby zamiast pozamerytorycznych połajanek skupić sie na meritum. Pozdrawiam serdecznie.
Analityczne, rozważne, spokojne artykuły panów Sławka i Konsztowicza pojawiły się na dole, po prawej stronie. Gdyby jej nie przewijać, pewnie by zostały niezauważone… Tymczasem winietę od dwu tygodni zajmuje miałki tekst Waszera Londyńskiego oraz p. Bielejewski, jako 'szczególnie polecane’. Może by to zmienić; wszak w każdym szanującym się piśmie/portalu trzon stanowi rzetelna publicystyka…
Co do Profesora Konsztowicza podpisuję się pod tą propozycją obydwiema rękami. To materiał wyjątkowej powagi i miary. W sprawie mojego tekstu niezależnie od tego, że wstrzymuję się od głosu, byłbym dalece bardziej ostrożny.
Tak… Tekst p. Sławka, ze względu na trafiający w tzw. punkt poruszonego tematu, powinien być zakreślony znaczącą winietą na czołowym miejscu portalu. Dyskusja? Oczywiście potrzebna. Bez niej trudno zrozumieć polski dzień bieżący i na krótkim już horyzoncie, przyszłość naszego kraju. Natomiast jeśli chodzi o wizerunek obecnie sprawującego w Polsce rządu, śmiem twierdzić, że przedstawia się kiepsko. To źle wróży przyszłości. Oczywiście, doskonale dostrzegam niebagatelne zalety premiera Tuska. To wielki format polityka na czasy w jakich obecnie tkwimy i na tle firmamentu oglądanych przez nas w licznych mediach krajowych i zagranicznych innych przedstawicieli „trzymających władzę”, zwłaszcza w Europie i USA. Ale, niestety, premier Tusk jest obarczony również wadą. Warto dotknąć tej sprawy analizą psychologiczną. Nie jestem psychologiem, więc nie będę się w tej „materii” wypowiadać. Ale jako zajmujący się przez kilka dziesiątków lat działalnością tworzenia projektów propagandowych, w tym przy współpracy dwóch zwycięstw wyborczych, chyba najskuteczniejszych formacji politycznych w latach osiemdziesiątych XX w. jednego z zachodnich państw europejskich, niby już z fachowego punktu widzenia, mogę dość autorytatywnie określić tę, niestety, fatalną dla przywódcy, obojętnie jakiego ugrupowania, wadę. Otóż, po pierwsze, dotyczy ona podwyższonego stopnia ego polityka. Co w przypadku p. Tuska jest łatwe do wytłumaczenia: na tle bylejakości współpracowników, błyszczy. Pytania do psychologa: dlatego dobiera skromnych jakościowo współpracowników, by na ich tle znacząco brylować?, czy też nie potrafi przyciągać prawdziwych brylantów, fachowców, nawet lepiej od niego ogarniających cedowane im czynności (wszak nikt nie pozjadał wszystkich rozumów)? I tu dochodzę do konkretu, powtarzam KONKRETU, jaki na pewno zaważy na rezultacie wyborów w przyszłym roku. Otóż rząd premiera Tuska w ogóle nie uprawia działań propagandowych. Wprost nawet przeciwnie, tworzy bezmyślnie antypropagandę. Po pierwsze: rzecznikami rządu są ministrowie i inni działacze polityczni ze swoimi… zdaniami odrębnymi. Co za nonsens! Po drugie, rzecznik, p. Szłapka, od czasu do czasu się ujawniając, dość nieudolnie zaledwie „odbija piłeczki” rozgłośnie z wszelkich mediów, głównie z tych niby prorządowych (!), rzucanych w stronę rządu. Nie dostrzegam żadnych INICJATYW propagandowych ze strony rządu. A przecież znakomitych tematów na tworzenie śmiertelnych strzał w kierunku kilku faszyzujących opozycji jest mnóstwo. Nie sądzę więc, że rząd premiera Tuska w ogóle dysponuje jakimś aparatem propagandowym. Tym to dziwniejsze, że przecież nawet najskromniejszy w swoim interesie sklepikarz zdaje sobie sprawę, że bez skutecznego stopnia takiej czy innej reklamy po prostu splajtuje. Premier tego nie rozumie? Nie dochodzi do niego, że nawet jego samego wystąpienia, zdarza się celne, często jednak również nie przemyślane należycie, są zaledwie przysłowiową kroplą w morzu koniecznych, prokurowanych propagandowo, informacji. I dlatego jestem w nastroju pesymistycznym, jeśli chodzi o nadchodzącą przyszłość polityczną naszego kraju.
Dziekuję za ten głos. Informacja i propaganda to terra incognita tej koalicji.
Analiza sytuacji politycznej lat 24-26 bez zarzutu , szczególnie podoba mi się rola Tuska , bez którego nie byłoby Jagodna i zwycięstwa demokratycznej strony 15 pazdziernika . Zgadzam się ze Slawkiem że zgłównym hasłem na lata 27-31 nie może być odsunięcie PiS ale hasłem ma być Kierunek Rozwoju Polski . Strona demokratyczna powinna podzielić swoją strategię w dwóch poziomach – 1) Strategiczne – polska racja stanu ( mocna pozycja w UE i NATO czyli filar bezpieczeństwa) . 2) Gospodarka i Sprawy Społeczne.
Wynegocjowana strategia strony demokratycznej powinno być fundamentem decyzji , jak iść do wyborów i kto i jak komunikuje się z wyborcami . Moim zdaniem powinny być Dwie Listy strony demokratycznej . Lista nr. 1 – KO , PSL , Centrum i resztki Polski 2025 plus demokratyczni z nazwiskami samorządowcy. Lista nr. 2 – Lewica i całe środowisko lewicowe plus lewicowi samorzadowcy. I po pewnie długotrwałym rozmowach ( ustalanie strategii , podział kompetencji i nazwiska na listach ) ciężka robota w terenie i absolutnie wystawienie sprawnej ekipy do walki politycznej w mediach społecznościowych i mediach klasycznych. Wyborcy muszą widzieć pracę a nawet wręcz harowke polityków strony demokratycznej .
Sławku ja widzę Radykalne Centrum jako platformę obywatelska a nie partię.
Dzisiaj strona demokratyczna musi wykorzystać posiadane zasoby , struktury terenowe I nie powinno się tracić czasu na budowanie czegoś nowego tymbardziej , że zawsze do nowych podmiotów przyklejają się dziwne osoby ( KOD przez to przechodził)
Taki ogólny mój głos po przeczytaniu bardzo dobrego tekstu Sławka.
Dziękuję za fajny komentarz – mam bardzo podobne spojrzenie.
https://studioopinii.pl/archiwa/180726
Szanowni Partycypanci SO, czy naprawdę nie zaglądacie do swojego archiwum?
W czerwcu 2017 roku PIRS dał receptę na wygraną. Dziesięć lat temu leżała na stole droga do większości konstytucyjnej. Nikt w mediach nie podjął merytorycznej dyskusji. Recepcja zerowa.
Aporie wciąż budowane wokół Wspólnej Listy dowodzą, że następny rodział „Głupoty w dziejach Polski” rodzi się na naszych oczach, a racja stanu Polski nie istnieje.
Że politycy (raczej, tzw. politycy) nie podejmują tematu to zrozumiałe, wolą wypierać rzeczywistość i wierzyć w swoje wygrane, ale publicyści szeroko pojętej przestrzeni medialnej, co światlejsi nawet, też nie dostrzegają SPOSOBU. Po 8 latach zapaści? Szeroki front nacisku medialnego potrafił zmieniać decyzje premiera Donalda Tuska.
Analitycy wyborów także wolą żyć w fantazmatach pomijając realne efekty „polityki ambony”. Pojęcia chyłkiem wprowadzionego do przestrzeni medialnej przez Ludwika Dorna w rozmowie* z Magdaleną Rigamonti.
To wszystko wygląda na szklany sufit nad horyzontem naszej ojczyzny (matczyzny). Za rok będą kolejne analizy nie dotykające prawdziwych przyczyn zjawiska. Quasi-partii pn. Kościół Katolicki nikt nie raczy ilościowo zauważyć.
O technikaliach wyborczych ciekawie pisał @slawek 23.08.2026 pod artykułem Krzysztofa Jana Konsztowicza.
Tej dyskusji nam potrzeba. Powrót zaufania elektoratu, po klęsce praworządnych instytucji państwa w zeszłym roku, do warunek konieczny. Trzeba przywrócić choc jego poziom z „Jagodna”. Stać nas chyba na to.
____________
* Ludwik Dorn w podkaście Magdaleny Rigamonti „Rzeczpospolita kościelna” (22.06.2021 TokFM):
44’05’’: Przez politykę ambony konsolidujemy, pewną, nie jestem w stanie obliczyć, 15-17 procent [… no, tych tego], a resztę dobierzemy polityką portfela…. Żeby to dało nam sporo ponad 30%. A resztę będziemy się starali dobrać, a to Jackiem Kurskim, a to prokuraturą i CBA, a to wozami strażackimi, no różnymi takimi, które będziemy rozdawać… tam gdzie ludność głosuje na nas…
Piszę to jako emerytowany inżynier mechanik, człowiek przyzwyczajony do myślenia o układach złożonych. W dobrze zaprojektowanej maszynie każda część ma swoje zadanie, a mechanizmy zabezpieczające istnieją po to, by pojedyncza awaria nie doprowadziła do katastrofy całego urządzenia. Państwo demokratyczne działa podobnie: potrzebuje niezależnych sądów, profesjonalnej administracji, wolnych mediów, samorządów i instytucji zdolnych powiedzieć „nie” każdej władzy, która chciałaby przekroczyć swoje uprawnienia.
Dziś niepokój budzi nie tylko niepewność przyszłości gospodarczej, bezpieczeństwa Europy czy skutków wojny za naszą wschodnią granicą. Równie groźna jest wewnętrzna erozja zaufania do państwa. Prezydent nie powinien być politycznym taranem ani notariuszem partyjnej wojny. Powinien stać na straży konstytucyjnego ładu, a nie uczestniczyć w dalszym dewastowaniu instytucji wymiaru sprawiedliwości. Jeśli urząd prezydencki służy blokowaniu naprawy państwa, ochronie bezkarności i podważaniu legalnych działań rządu oraz parlamentu, staje się elementem kryzysu, a nie jego rozwiązaniem.
Naprawa praworządności nie może jednak oznaczać odwetu. Powinna być dokładna, konsekwentna i przeprowadzona zgodnie z prawem. Trzeba przywrócić niezależność sądów, przejrzystość nominacji, odpowiedzialność za nadużycia władzy i rzeczywistą równość obywateli wobec prawa. Nie po to, by jedną partyjną nominację zastępować drugą, lecz by odbudować zasady, które nie zależą od tego, kto akurat wygrał wybory.
Jednocześnie nie wolno lekceważyć brunatnej fali: języka pogardy, ksenofobii, homofobii i podejrzliwości wobec każdego, kto różni się pochodzeniem, wiarą, stylem życia czy poglądami. Polska nie stanie się silniejsza przez straszenie Ukraińcami, migrantami, osobami LGBT+ ani przez narodowe fobie podawane jako „zdrowy rozsądek”. Ukraina jest dziś państwem walczącym o swoją wolność i bezpieczeństwo całej Europy. Można rozsądnie dyskutować o kosztach pomocy, polityce migracyjnej czy interesach polskich rolników, ale nie wolno budować kapitału politycznego na niechęci i zbiorowej odpowiedzialności.
Niepokojące jest również przesuwanie debaty publicznej w stronę haseł Brunatna–Konfederacja–Suwerenna Polska, niezależnie od tego, jakie szyldy i personalne układy będą obowiązywały za rok czy dwa. Tam, gdzie brakuje programu modernizacji, łatwo pojawia się prosty przekaz: znaleźć wroga, wzbudzić lęk, obiecać „porządek” i ograniczyć pluralizm. Polska już zna cenę polityki opartej na resentymentach. Nie musi tej lekcji powtarzać.
Koalicja demokratyczna potrzebuje więc nie tylko przetrwać do 2027 roku, lecz odzyskać zdolność przekonywania. Potrzebuje widocznych efektów: sprawniejszych usług publicznych, mieszkań, ochrony zdrowia, bezpiecznej energetyki, sensownej polityki przemysłowej, dobrej szkoły i szacunku dla pracy. Polska powinna być krajem nowoczesnym, europejskim i konkurencyjnym — takim, w którym innowacja nie jest modnym słowem, lecz codzienną praktyką gospodarki i administracji.
Warto też raz jeszcze jasno wyjaśnić wszystkie wątpliwości związane z kampanią prezydencką i procesem ustalenia jej wyniku. Każdy legalny wniosek o ponowne przeliczenie głosów w zakwestionowanych obwodach powinien zostać rzetelnie rozpoznany przez bezstronne, prawidłowo obsadzone organy. Nie dlatego, że demokracja ma żyć teoriami spiskowymi, ale dlatego, że jej fundamentem jest zaufanie do procedur. Dopiero po wyczerpaniu wszystkich przewidzianych prawem środków należy dopełnić formalności związanych ze stwierdzeniem ważności wyboru i objęciem urzędu.
Rok 2027 nie może być wyłącznie datą kolejnej mobilizacji przeciwko komuś. Powinien być datą wyboru **za** Polską sprawnego państwa, silnej Europy, praworządności, technologicznej modernizacji i spokojnego współżycia ludzi o różnych przekonaniach. Nie idealną Polską — bo taka nie istnieje — lecz Polską uczciwiej urządzoną, bardziej odporną na demagogię i mniej podatną na politykę nienawiści.
Koalicja wygrała wybory, ale zbyt długo zachowuje się tak, jakby samo odsunięcie PiS od władzy było programem na całą kadencję. Nie jest. Wyborcy oczekiwali nie tylko rozliczeń i przywracania standardów państwa, lecz także widocznej poprawy codziennego życia: sprawniejszej ochrony zdrowia, dostępnych mieszkań, tańszej i bezpiecznej energii, sensownej polityki wobec pracy, seniorów i młodych.
Największą słabością rządzących pozostaje brak wspólnego języka oraz nadmiar ostrożności. Koalicja zbyt często mówi trzema głosami, odkłada decyzje i przegrywa informacyjnie z prostymi, choć nieraz fałszywymi, hasłami prawicy. Demokracji nie obroni się samymi konferencjami prasowymi ani niekończącym się tłumaczeniem połamanych przez poprzedników instytucji.
Jeśli ma przedłużyć mandat, musi połączyć naprawę praworządności z programem nowoczesności: inwestycjami w energetykę, mieszkalnictwo, transport, zdrowie, edukację i innowacyjną gospodarkę. Potrzebuje też odwagi obyczajowej bez moralizowania oraz polityki migracyjnej i ukraińskiej opartej na interesie państwa, solidarności i porządku, nie na ksenofobii.
W roku 2027 nie wygra ten, kto najgłośniej opisze zagrożenie brunatną falą, lecz ten, kto przekonująco pokaże, że Polska europejska jest zarazem bezpieczna, sprawna i zwyczajnie lepsza do życia.