01.09.2026
Pewnego dnia obudziłem się odmieniony. Nic mnie nie bolało, umysł miałem jasny i prosty, litery czytanego tekstu nie zmieniały położenia, słowa układały się w zdania, zdania w rozdziały, a książka znaczyła to, co miała znaczyć.
Bez trudu i karkołomnych interpretacji mogłem uchwycić jej ukryty sens. Za pierwszym podejściem zrozumieć, w czym rzecz. Monotonne zmory uczenia się, mozoły wielokrotnego powtarzania szeregu cyfr, urwały się tak nieoczekiwanie, jakbym wszedł w zupełnie nowy obszar rzeczywistości i przeniknął do lepszego świata.
Odległe, przez co niezrozumiałe wydarzenia z przeszłości, odzyskiwały znaczenie, przestawały istnieć osobno, łączyły się teraz w logiczny ciąg, zlewały w jeden, spójny akt. Bez wysiłku potrafiłem teraz pożerać książki aż po świt, gdyż w perspektywie miałem cały dzień na odsypianie zmęczenia. Ale choć spałem krócej niż przedtem, to budziłem się rześki, jakby czytanie i zarwane noce wzmacniały mój organizm.
*
Inaczej, aniżeli pierwszego dnia, reagowałem na ludzi stąd. Już nie peszyli mnie: byłem z nimi po imieniu. Rozróżniałem ich, rozmawiałem, jakby należeli do moich bliskich, a powinnością było wnikanie w ich problemy. Widziałem teraz ich przeszłość, a pod znoszonymi twarzami znajdowałem twarze moich ciotek i wujów.
Teren domu, jego pokoje, tarasy i park, nabierały innego wydźwięku. Pośród zrezygnowanych, powleczonych rzęsą starców, coraz częściej znajdowałem słońce i otuchę. Dni, miesiące i tygodnie sprawiły, że ludzie, których spotykałem w swoich wojażach, zaczęli mnie zauważać, dopytywać, czego sobie winszuję. Interesowali się, co porabiam, co mi się przydarza, a w ich pytaniach zawarta była szczera ochota usłyszenia moich odpowiedzi.
Przedtem nikomu nie zależało na nich. Mogłem rzec byle co, że jest mi super lub do chrzanu. Reakcje były podobne: jednakowo chłodne, wyrażające obojętne zainteresowanie. Toteż zamiast odpowiedzi, zacząłem ich odwiedzać.
Z ryzykowną odwagą byłem co chwilę gdzie indziej, to w parku, to w dyżurce, to w pracowni, by chłonąć i doświadczać, by niczego, co się działo lub miało nastąpić, nie opuścić, nie uronić, nie przegapić, nie zostawić bez konkluzji, swoistego wniosku na pochmurne jutro. By nie zapomnieć najmniejszego wrażenia, by, póki mogę i nie zatrą się w mojej pamięci, być wszędzie od razu: poruszać się, jeździć, przemieszczać jak żywe srebro, żeby łapać i gromadzić, zbierać na zapas te doznania, którymi zapełnię późniejsze, odleżynowe godziny; wszak zdawałem sobie sprawę, że nie ma wiecznotrwałej remisji.
*
Z dnia w dzień i noc po nocy, odkrywałem nieznane wrażenia, a doznania te, impresje, których przedtem nie podejrzewałem w sobie, teraz, rozrastały się. Miesiące przechodziły w lata, a każde z nich miało indywidualną tonację i specyficzny sens. Odznaczało się odrębną treścią; wjeżdżałem i wyjeżdżałem, zjawiałem się i bywałem w miejscach, gdzie moje wizyty należały do miłych zaskoczeń.
Zbierałem pochwały od personelu. W tej roli, w tym koncyliacyjnym usposobieniu, mogłem być świadkiem nowych zdarzeń. Uczyć się odmiennych spojrzeń, zwyczajnych interpretacji rzeczy i zjawisk omijanych kiedyś, a teraz – oglądanych z chęcią.
Przestałem być zgorzknialcem przybierającym namaszczone miny. Zacząłem widzieć ludzi, dostrzegać w twarzach i sylwetkach osoby wydobywające się z anonimowości. Począłem upajać się tym, że ich znam, że o nich wszystko wiem.
Z mojego postępowania wynikało zdumiewające pocieszenie: stan, w jakim znajduję się teraz, jest naturalniejszy od tego, w jakim znajdowałem się przedtem. Można się do niego przyzwyczaić, jest bowiem częścią mnie i po dłuższym przeczeniu chorobie, nadszedł moment szczerości wobec siebie. Wobec roli granej przed światem: nadciągała – zgoda na przemijanie. Akceptacja tego, co nieuchronne.

Marek Jastrząb
Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.
źródła obrazu
- jastrzab: BM
