17.10.2026
Południowe Mazowsze, ściślej – leżące na południe od stolicy tereny dawnego województwa warszawskiego, w naturalny sposób graniczące na Pilicy z powojennym kieleckim. A jeszcze dokładniej – zachodnia część powiatu grójeckiego, obszar gminy Pniewy i pogranicza gminy Belsk Duży. To zdrowy kęs obecnego Grójeckiego Zagłębia Sadowniczego.
Jako grójecczanin z urodzenia znam te nadrzeczne tereny przepływającej tam Jeziorki, niegdyś najczystszej rzeczki Mazowsza. Miejscami, w górnym jej biegu, do pokonania w poprzek jednym skokiem przy dobrym odbiciu. Spokojnej i głębokiej aż do… kilkuletnich kolan, a głębszej chyba tylko przez natury psikusa, w zakolach i przewężeniach, lub przy przegrodach. Oczami pamięci do dziś widzę spore ryby łowione „na oczko” przez starszych dryblasów i raki wyciągane dłońmi spod brzegowego nawisu.
I wzdłuż jej biegu bogate w runo lasy z wklejonymi tu i ówdzie kolorowymi zagajnikami, górujące nad istniejącymi naprzemiennie obok nich łąkami, polami i sadami o wystrzelonych we wszystkich kierunkach konarach „staroświeckich” jeszcze wtedy drzew.
I na dosyć krótkim odcinku kilkoma spiętrzeniami wraz z funkcjonującymi z nimi w związkach partnerskich młynami wodnymi. Kręcił się ten układ całkiem sprawnie w jednostajnym poszumie pracującej wody.
Zarejestrowane to wszystko blisko siedemdziesiąt lat temu, ale nie do zapomnienia jest tamto prosto z udoju, ciepłe jeszcze krowie mleko, smak jajek od wiejskich kur, woda przynoszona półwiaderkiem z pobliskiego źródełka. Bochen bielusieńkiego chleba i od młynarza mąka z pełnego przemiału na szare kluchy. Wtedy to zauroczyłem się czerstwym pięknem wiejskości i nauczyłem lasu. Dożywotnio.
To tam, wśród cichych, niefrasobliwych krajobrazów pokraszonych pastelową paletą mazowieckiego makijażu, co rzut oka monotonię rozpraszały skryte w koronach starodrzewia, a będące w różnym stadium zaniedbania, dworki. Trafiały się nawet okazalsze budowle, też nie zawsze traktowane z szacunkiem godnym pierwotnego ich przeznaczenia, otoczone wspomnieniem zadbanego ongiś parku, tytułowane pałacykami. Obok nich pozbawione wyrazu i ludzkiej czułości, gniazda niegdysiejszej dworskiej służby – czworaki, zapełnione nie za bogatym życiem pod sam dach. Wszystko na przejętych i rozparcelowanych, dawnych poszlacheckich i pokościelnych włościach. Te, odchodzące już stopniowo w zapomnienie, elementy sielskiego krajobrazu zaczęły przyciągać uwagę mieszkańców nerwowością tętniących miast, marzących o ucieczce od wielkomiejskiego gwaru, od betonowego i asfaltowego smogu, kurzu i gorąca. Spragnionych oddechu pełną piersią, świętego spokoju i bezpieczeństwa dla latorośli oraz nieinwazyjnego zresetowania własnej nadszarpniętej psychiki. Tęskniących do sporadycznego bodaj kontaktu z, wydawało się, nieskażoną naturą.
Tamte to tereny, lasem i polnymi drogami przedeptane, tamte wsie, przysiółki i parcele związane sentymentem zaszczepionym w młodzieńczej świadomości, a jeszcze wcześniej pierwsze szkolne doświadczenia przed powrotem z wiejskich letniaków do miasteczka, przypomniały się po latach w jakże dojrzałej, odmienionej postaci i anturażu. Nazwy niby te same: Petrykozy, Wilczoruda-Parcela, Osieczek, Jeziórka, Sadków Szlachecki, Uleniec, Wola Grabska. Ale już świat w nich inny. W Petrykozach zamieszkał Wojciech Siemion. W podupadłym dworku po przejściach, ciężką pracą i mnóstwem grosza wyremontowanym i zamienionym w kulturalne i artystyczne, kameralne centrum w tej prowincjonalnej głuszy. Rodzona moja siostra stała się właścicielką rozległego zagłębienia terenu, prawdopodobnie byłego wyrobiska kruszyw, którego jedynymi walorami były cisza odludzia i otaczający działkę leśny drzewostan delikatnie, krok po kroku, wykraczający poza granice przypisanej mu ostoi. Poza tym same problemy: z kłopotliwym sąsiedztwem, brakiem jakichkolwiek mediów i dziwacznej konstrukcji budynkiem do zamieszkania wyłącznie latem i na własną odpowiedzialność. Dużo ją kosztowało zdrowia doprowadzenie tego do porządku. Już na emeryturze osiadła w urokliwym zakątku zagubionym w środku owocowego eldorado, z miłymi wreszcie sąsiadami, z wszystkimi dobrodziejstwami cywilizowanego świata oraz parami kotów i psiaków, a w grzybami stojącym sezonie, zdobyczami nie do przejedzenia z własnej działki. Z powodu przedwczesnego, tragicznego odejścia Wojciecha Siemiona niezrealizowany został, przebąkiwany zaledwie, plan nawiązania „sąsiedzkiej” znajomości z Panem na Petrykozach.
Drobne te, punktowe zmiany zachodziły równolegle z szeroką ławą wkraczającymi przemianami końca XX w. Nowego, w pozytywnym i negatywnym znaczeniu, nie sposób było zatrzymać.
*
Zalążkami przyszłych owocowych plantacji z prawdziwego zdarzenia zajął się sąsiadujący z regionem, utworzony na początku lat 50. skierniewicki Instytut Sadownictwa, którego prowadzenie powierzono prof. Szczepanowi Pieniążkowi, stypendyście przedwojennego Rządu Polskiego i doktorantowi amerykańskiego uniwersytetu w specjalizacji przechowalnictwo jabłek. I tamże, aż do powojnia trwającej, a zakończonej powrotem do kraju, praktyce w uniwersyteckiej Katedrze Ogrodnictwa. Jego to zasługą było zorganizowanie rozpoznawalnego w przyszłości w świecie Grójeckiego Zagłębia Sadowniczego. Dla ścisłości określanego czasami Grójecko-Wareckim, a także nie mniej liczących się, choć skromniejszych terytorialnie, Podkarpackiego i Nowosądeckiego. Wszystko dzięki eksperymentalnym hodowlom nowych odmian, głównie wtedy jabłek i ich natychmiastowemu wprowadzaniu do sadów, kontrolowaniu efektów oraz modyfikowaniu i przystosowywaniu tychże terenów do automatyzacji ochrony nasadzeń i zbiorów.
Rozrzucone nieregularnie niewielkie obszary leśne, nie do poznania po latach: to świeciły łysinami wygolonej ściany dojrzałego do wycinki fragmentu lasu, to bujnęły pod niebiosa w miejscach dawnych szkółek i młodniaków. Grzybodajne połacie polan, zwłaszcza te na przydrożnych, dosłonecznionych skrajach, pozarastały jeżyniskami. W słabiej doświetlonych matecznikach, miejscach narodzin najbardziej urodziwych i wartościowych okazów, ślady nadmiernej eksploatacji runa zaświadczały o spowodowaniu ich nie tylko przez watahy dzików.
Domostwa, za nimi drogi, korzystając z poprawiającej się stopy życiowej ludności i wzrastających jej oczekiwań dotyczących przemian zgodnych z najnowszymi trendami industrializacji, poodrzucały siermiężne sukmany i kontusze kryte strzechą i łączone na jaskółczy ogon, zamieniając je na fircykowate, ale modne i solidne elementy betonowe oraz bitumiczne wykładziny. Na nieskażonych dotąd, pierwotnych, lokalnych arteriach, gdzie koń podkowę gubił, pojawiła się długo wyczekiwana komunikacja publiczna.
Co któryś młyn po raz ostatni zgrzytnął w irytacji kamieniami młyńskimi. Jaz, trzymający dotąd w ryzach płynącą wodę, choć poszczerbiony zębem czasu, nadal usilnie starał się regulować jej przepływ upustami czyniąc to coraz mniej efektywnie. Zatrzymało się też niebawem i koło młyńskie. A obniżające się w zalewisku lustro wody odsłaniało pokryte szuwarami bagienne brzegi; wkrótce wyschły i one pozostawiając wyłącznie istniejący przed ingerencją człowieka główny rzeczki nurt. Nawet nieśmiała próba dojścia do malowniczej, zrujnowanej budowli była przez chaszcze utrudniana, a każdy kolejny krok groził niedostrzeżonym zawczasu niebezpieczeństwem. Walec dziejów w komitywie z nie niepokojoną przyrodą w taki właśnie sposób działał nie ulegając emocjom i sentymentom. Tak było.
*
Do przedstawionej pokrótce o tamtych ziemiach opowieści znienacka wstrzeliła się w nostalgicznym czasie przełomu tysiącleci historia z innej beczki i odległego terenu, ale emocjonalnie jakby z tego samego świata. Wpadł mi wtedy w ręce artykuł z jakiegoś tygodnika opisujący niepowtarzalny punkt zagubiony w polskim interiorze: wiejską posiadłość Katarzyny Gaertner we wsi Kwas koło Końskich. Z całą romantyczną zabudową działki, rozmaitością dzikiej szaty roślinnej i ludzką radością z tamtej nieskomplikowanej codzienności. Pionierskim wysiłkiem mieszkańców i bezlitosnym fatum ogniem niszczącym materialny dobytek, człowieczy zapał i wiarę w boskie uniwersum. Pochłonęło mnie to do tego stopnia, że eksplodowały moje własne emocje, jakby tylko czekając w przyczajeniu na inicjujący impuls.
Od lat młodzieńczych prowadziłem szczególnego rodzaju zapiski, co mi też zostało do dziś. Notki owe niewygórowanej bywały wartości literackiej, prawie żadnej historycznej, a dokumentalnej tylko tyle, ile w sztambuchu podkochującej się panienki. Ale się systematycznie pojawiały w szufladzie i z jakiegoś powodu opatrywane datą były do upakowania w czasie, więc retrospekcja własnego życia, w różnych kontekstach, aż do teraz, miała ułatwione zadanie. W wyniku owego stopienia się w jedno rozmarzonych emocji z terenu grójeckiego z tymi niepoznanymi naocznie podkoneckimi powstał wtedy pewien zgoła nieszablonowy, tęskny zapis:
Niech to będzie Kwas,
niech będą Budki Petrykowskie
lub jakaś inna Wola Grabska –
już chyba każdy ma gdzieś ten swój wymarzony Eden,
tylko ja nadal bujam w obłokach niebieskie migdały,
śniąc w drodze do nieba;
gdybym chociaż raz
podliczył wszystkie swoje troski,
i z wszystkich nich się wykaraskał,
to przecież mógłbym wtedy, chociaż wiem, że przyjdzie klepać biedę,
właśnie z nią sunąć w tan, tak, by gruszki z wierzby pospadały –
tego snu mi trzeba.
Ach! ruszyć w tę przedziwną podróż (…)
*
Nie będę w tym miejscu wyszczególniał asortymentów podróżnego ekwipażu, bardziej sercem niż rozumem uważanych za niezbędne w przedsiębraniu tak motywowanej podróży, zaznaczając jedynie ich fantasmagoryczny charakter. Bardziej istotne dla celów tej opowieści jest to, że upłynęło zaledwie kilka lat od postawienia tej – teraz już mogę powiedzieć z całą odpowiedzialnością – nietypowej kabały, jak owa wyprawa w nieznane, nieledwie teleportacja, ciałem się stała. Uczciwego remanentu dotychczasowości nie przeprowadziłem, nie pozamykałem wielu spraw, ale desperacko ruszyłem. Nie zarzucając, oczywiście, bujania w obłokach. Pani Przeznaczenia zmarkotniała i sprawiedliwie doceniła mój występek. Nie tylko gruszki z wierzby nie pospadały, nie tylko przyszło mi niejedno taneczne pas wykonać z biedą i całym wachlarzem problemów, ale i wpadłem jeszcze gorzej niż przysłowiowa śliwka w kompot.
Otóż los pokierował moje kroki na Wyspy, gdzie lasy co prawda były, ale w przeważającej większości prywatne, w tym królewskie. Prawo tego kraju nakazywało zaś, by przed każdym wejściem do takiego obszaru wystąpić do właściciela o zgodę. Tylko gdzie szukać tego ownera? Mało tego. Gdzieś tam ponoć poza Wielkim Londynem grzyby rosły, tak twierdzili zasiedziali polscy znawcy przedmiotu. Na ogół dobrze było, gdy pokonując jakiś leśny kompleks grzybnią las chociażby pachniał, co dla wytrawnego zbieracza było błahostką do wywąchania i specyficzną podnietą. Natomiast jakiegokolwiek grzybostanu na ogół nie uświadczyłeś. W dodatku grzybów zbierać nie było wolno pod groźbą zarekwirowania zbiorów, ukarania mandatem, a nawet założenia sprawy sądowej. Forsowano styl: fotografuj, nie zrywaj. Sam zakaz różnie był motywowany. Od potrzeby ochrony ekosystemu lasu, do dbania o bezpieczeństwo obywateli. System ten, z polskiej racji stanu leśnego, zasługiwał na totalne nieposłuszeństwo. Czyż można się w takich okolicznościach dziwić, że w czasie spaceru późną szarówką po Holland Parku, w ścisłym przecież centrum Londynu, kiedy już parkowe lampy zaczynały zaznaczać refleksami świetlnymi swoje kompetencje dyrygowania całonocną grą światłocieni do ich libretta, para wygłodzonych grzybożerców rzuciła się na samoistnie powstałą „plantację” opieniek, na ruchliwym skrzyżowaniu dróg wewnątrzparkowych, w zasięgu wzroku ludzkich grup wędrujących o tej porze we wszystkich kierunkach, przy zagrożeniu nakryciem w każdej sekundzie. Ryzyko i sprawna akcja opłaciły się.
Albo na północno-zachodnich krańcach metropolii, gdzieś w ostępach kompleksu leśnego Ruislip Woods, dostrzeżona na pniu drzewa, wysoko ponad metr od jego podstawy, kilkukilogramowa kiść młodej opieńki miodowej – przepiękny obrazek!
Oba kuriozalne przykłady zaświadczające, że przyroda nie zna ograniczeń, oprócz tych przez człowieka wymuszonych. A także potwierdzających jednak regułę, iż w kraju tym nie ma bogatych w aromat i leśną florę lasów w polskim tego znaczeniu. Spostrzeżenia te to już jakaś nostalgiczna dolegliwość: jabłka nie takie jak w Polsce, las nie pachnie krajem, grzybów jak na lekarstwo, albo wcale. Nawet jesień nie ma takich barw…
Już nawet nie wypadało przyczepiać się do piętrowych autobusów i lewostronnego ruchu.
Kto wie, bo może wypaliła się formuła, dzięki czemu tak naprawdę zrobiłem w tył zwrot i po latach na powrót osiadłem na przepysznymi jabłkami pachnącej ziemi południowego Mazowsza, w krainie Wisły, Pilicy i Jeziorki. Gdzie pięknych lasów w bród, a w nich cały atlas bractwa kapeluszowego żyjącego gromadnie i dumnych soliterów; gdzie połacie jagodzisk, mnóstwo ptactwa i wszelki kaliber zwierzyny. I oto spełniła się co do joty moja własna przepowiednia sprzed lat:
Obawiam się tylko jednego przypadku:
że ze snu tego wychodząc nagle,
nietęgą pewnie będę miał minę.
I zanim znów wiatru nałapię w swe żagle,
zagram to, z czego chyba najbardziej dziś słynę,
tę znaną już pieśń z aprobatą Nemezis w nutach:
codzienne, banalne da capo al fine
na własnych… wyspach Bergamutach.
*
Tak, byłem na wyspach Bergamutach. A jak dobrze się zastanowić, to nadal tam jestem.
Bardzo łatwo jest o tych wyspach mówić i pisać jeśli się je empirycznie poznało, pomimo występujących tam tylu niepojętości. Ale i nie bez twórczych zawahań. Równie trudno do bytności tam przyznać się, choć przecież to żadna ujma, żaden dyskomfort psychiczny. To tylko w kategorii Przenośnia kilka słów dopuszczalnych tak w twórczości, jak w polemice, żartobliwa metafora wywodząca się ze świetnego wiersza konceptu Jana Brzechwy. Mówiąca dużo, albo nic, w zależności od istniejącego kontekstu. Nie powinna wzbudzać (a wzbudza!?) kontrowersji ani nadmiernych egzaltacji. Może mogłaby – powinna – zachęcić do odrobiny zdrowego, autoironicznego rozbawienia, na przekór trzeźwej świadomości.
Największy szkopuł polega bowiem na tym, że te wyspy bywają, a jednak ich nie ma.
WaszeR d. Londyński
