Adam Świeżyński: „Lalka” i Kościół9 min czytania

()


24.10.2026

Dla Wokulskiego świat, który odkrył w związku z nieodwzajemnioną miłością do Izabeli, okazał się nieludzki do tego stopnia, że nie widział już możliwości przeobrażenia go. Pozostało mu całkowite odcięcie się od niego i unicestwienie marzenia na jego temat, przedstawione w końcowej filmowej scenie podpalenia lontu. Ten obraz najmocniej utkwił mi w pamięci po objerzeniu „Lalki”, wywołując jednocześnie nieodparte skojarzenie z aktualną sytuacją Kościoła – instytucjonalno-społecznego systemu, który ma zarówno swoich Łęckich, jak i Wokulskich.

„Lalka” i system społeczny

Film „Lalka” (reż. Maciej Kawalski), który niedawno wszedł na ekrany kin, słusznie wzbudza pozytywne reakcje widzów z powodu wspaniałej gry aktorów i artystycznej, wysmakowanej oprawy w postaci plenerów, dekoracji i strojów. Jego fabuła zasadniczo odpowiada przebiegowi akcji powieści Bolesław Prusa, choć z oczywistych powodów nie uwzględnia wszystkich jej wątków. Eksponuje przede wszystkim główny motyw literackiego pierwowzoru, czyli niespełnioną, tragiczną w skutkach miłość Stanisława Wokulskiego do Izabeli Łęckiej, osadzoną w realiach społecznych drugiej połowy XIX wieku. To właśnie owe realia społeczne oraz ich konsekwencje dla losów poszczególnych bohaterów zwróciły moją szczególną uwagę w trakcie oglądania filmu. „Lalka”-film, jeszcze bardzie niż powieść Prusa, jest także opowieścią i zarazem diagnozą na temat ówczesnego (ale czy tylko?) systemu społecznego, zwłaszcza arystokracji, która żyjąc w oderwaniu od spraw zwykłych ludzi, uzurpuje sobie prawo do kreowania świata relacji międzyludzkich zgodnie z odziedziczonym modelem ścisłego podziału klasowego. Wokulski jawi się w tym kontekście jako ten, który swoją miłością do Izabeli, świadomie lub nie, usiłuje przełamać systemowe uwarunkowania jego czasów. Ostatecznie ponosi klęskę, co sugestywnie przedstawia końcowa, niezwykle przejmująca scena filmu, w której podpala lont ładunku wybuchowego, zamierzając skończyć z własnym życiem. Ale czy tylko z nim? Dla mnie scena ta jest symboliczna: ukazuje człowieka, który uświadomił sobie, że ostatecznie to system społeczny, w którym przyszło mu żyć, pozbawił go możliwości realizacji największej miłości jego życia. Izabela jest zaś reprezentantką owego systemu, chłodną, wyrachowaną arystokratką, która myśli kategoriami swoich bliskich, uformowaną przez rodzinę i jej arystokratyczne wartości. Taki system dla Wokulskiego stał się nieludzki do tego stopnia, że nie widział już możliwości przeobrażenia go. Pozostało mu zatem wysadzenie siebie w powietrze, oznaczające symbolicznie całkowite odcięcie się od niego i unicestwienie marzenia na jego temat, przedstawione w końcowej scenie filmu. Ten obraz najmocniej utkwił mi w pamięci po objerzeniu „Lalki”, wywołując jednocześnie nieodparte skojarzenie z aktualną sytuacją w Kościele – instytucjonalno-społecznym systemie, który ma zarówno swoich Łęckich, jak i Wokulskich.

Kto jest „lalką”?

Ten, kto nie zna fabuły powieści Prusa i nie wiedziałby, że do niej nawiązuje scenariusz filmu, a obejrzałby filmową „Lalkę”, mógłby zapytać, dlaczego właściwie nadano temu filmowi taki tytuł? Autor powieści, pytany niegdyś o tę sprawę, dość jednoznacznie wyjaśnił, że chodziło mu o odniesienie do zabawki dziecięcej oraz procesu sądowego wytoczonego pani Stawskiej przez baronową Krzeszowską, która niesłusznie oskarżyła tę pierwszą o kradzież lalki jej zmarłej córeczki, co zostało przedstawione w jednym z wątków powieści. Ale autorzy filmu akurat ten wątek całkowicie pominęli w swojej adaptacji. Daje to punkt wyjścia do innej interpretacji tytułu filmu niż w przypadku samej powieści. Co więcej, interpretacja ta może prowadzić do niejednoznacznego odczytania znaczenia tytułowej „lalki”. Wszak za „lalkę” może zostać uznana Izabela, będąca w pewnym stopniu bezwolną marionetką w rękach swojej rodziny. „Lalką” może być także Wokulski, który przez Łęckich jest wodzony za nos i robi wszystko pod ich dyktando, a chcąc uzyskać aprobatę na małżeństwo z Izabelą, staje się zabawką w ich ręku. Wreszcie „lalką” może być cała ówczesna arystokracja, która zachowuje się w sposób sztuczny, schematyczny, bezduszny, stając się symbolem pustki duchowej, fałszu, hipokryzji i konwenansów, a nade wszystko zbiorowiskiem istot, które zatraciły ludzkie odruchy, w tym przede wszystkim zdolność do autentycznej miłości. Idąc za takim odczytaniem tytułu filmu opartego na fabule powieści Prusa, warto zapytać o jej aktualność. Ja odnajduję ją we współczesnym Kościele.

Kto jest „lalką” w Kościele?

Podobnie jak w filmowej „Lalce”, tak i w Kościele „lalką”, w jednym z możliwych wariantów, może stać się każdy, co nie znaczy, że z konieczności każdy się nią staje. Są jednak środowiska predysponowane do tego z powodu systemowo-instytucjonalnych uwarunkowań, odziedziczonego po wcześniejszych pokoleniach stylu funkcjonowania i osobistych cech charakteru. Takim środowiskiem jest kościelna hierarchia, czyli „lalkowa” arystokracja. Bez trudu odnajdziemy w niej współczesne odpowiedniki postaci takich, jak Łęcki, Krzeszowski czy Starski, a więc osób odrealnionych od rzeczywistości, podtrzymujących z upodobaniem poglądy i zwyczaje mające się już nijak do obecnych czasów, skupionych na zabezpieczaniu własnej pozycji i kreowaniu wizerunku, zwyczajnie chciwych, nie traktujących serio swojej roli społecznej, wykorzystujących własną pozycję i wpływy do prywatnych celów, za nic mających ludzi, którzy nie należą do ich środowiska. Rzecz jasna znajdą się także szlachetni kościelni „arystokraci”, na wzór pełnej empatii, doświadczonej przez los Prezesowej Zasławskiej. Tyle że zwykle są oni dziwnie mało sprawczy i z reguły poddają się ogólnemu „lalkowemu” trendowi, nawet jeśli go nie akceptują. Ten typ „lalkowatości” w Kościele jest dość oczywisty, widoczny i znany. Może budzić u obserwatora uśmiech pełen politowania (jak wtedy, gdy słucha się biskupich argumentów przeciw edukacji zdrowotnej w szkołach) albo irytację lub gniew (jak ostatnio u parafian w Grojcu). Odnoszę wrażenie, że do takiej „lalkowatości” w Kościele już mocno się przyzwyczailiśmy i traktujemy ją niemal jako nieodłączny element Kościoła-instytucji. Staramy się na różne sposoby ją omijać i oswajać, mówiąc, że „nie cały Kościół jest taki” albo wskazujemy na ten czy inny gest tego czy innego biskupa, który zachował się po ludzku. A przede wszystkim wciąż liczymy na to, że „lalkowatość” kościelnej „arystokracji” przeobrazi się pod wpływem nowego papieża, kolejnego synodu, nie wiadomo którego już skandalu wyświetlonego w mediach. Jesteśmy jak Stanisław Wokulski, który kocha Izabelę tak bardzo, że zgadza się na horrendalne warunki zawarcia z nią małżeństwa i wszelkie kaprysy jej rodziny. Ma bowiem nadzieję, że małżeństwo to będzie początkiem zmian owego arystokratycznego środowiska. Kocha tak bardzo, że nie dostrzega (do czasu), iż Izabela jest jedną z nich i wcale nie zamierza odwzajemniać jego miłości, a tym bardziej nie chce zmian, o których on marzy. Stajemy się więc, zwykle w dobrej wierze, „lalką” drugiego typu: beznadziejnie zakochanym Wokulskim. Pozwalamy sobą manipulować (np. ingerencja w intymność pod pozorem „kierownictwa duchowego”), oszukiwać nas i traktować bezwzględnie (np. sprzedaż przez archidiecezję poznańską zamieszkałych terenów osiedla Malta), traktować nas w sposób przemocowy (np. kaznodziejskie straszenie wiecznym potępieniem osób LGBT+), bierzemy za dobrą monetę kolejne obietnice i zapewnienia (np. o powołaniu niezależnej komisji ekspertów do zbadania zjawiska wykorzystywania seksualnego osób małoletnich w Kościele). A wszystko to przez miłość, która, jak sądzimy, każe nam wierzyć w czyjąś miłość do nas mimo oczywistych faktów o nieodwzajemnieniu naszej miłości.

Przestać być „lalką” w Kościele

Jednak bycie „lalką” w stylu Wokulskiego, mimo całej naiwności i ślepoty oraz meczącej szarpaniny między oczekiwaniami i rozczarowaniami, która temu towarzyszy, ma tę dobrą właściwość, że ostatecznie może doprowadzić do otrzeźwienia. Słowo „może” jest tu kluczowe, gdyż nie każdy będąc Wokulskim-lalką, podobnie jak główny bohater, musi pozostać nią do końca. „Lalkowatość” Wokulskiego ma swój kres wówczas, gdy na własne oczy i uszy przekonuje się, jak faktycznie mają się sprawy z Izabelą, którą kocha. Jako niedoszły naukowiec, polegający przede wszystkim na świadectwie zmysłów i racjonalnym rozumowaniu, przestaje negować rzeczywistość, gdy ta odsłania mu się w całej brutalnej i bolesnej prawdzie na temat jego nieodwzajemnionej miłości. Wówczas postanawia zakończyć definitywnie ten związek i już nigdy do niego nie wracać. Nie chce nawet słuchać tłumaczeń ani wyjaśnień. Zamiast tego bierze kilka lasek dynamitu i wysadza w powietrze świat pozorów, fałszu, interesu, kłamstwa – cały ten nieludzki świat, w którym się znalazł i na który nie ma w nim zgody. Wierząc w swoją miłość, do końca pozostaje idealistą, ale przestaje być „lalką” w rękach innych, także w rękach tej, którą kochał ponad wszystko, choć wciąż kocha to, co spodziewał się w niej znaleźć.

Czy więc i my nie powinniśmy mieć odwagi przestać być „lalkami” w Kościele, tymi w stylu lalki-Wokulskiego? Nie pozwolić sobą dłużej manipulować i wykorzystywać nas. Przestać się oszukiwać wobec faktów, których sprawcą jest „lalkowa” kościelna „arystokracja”. Wysiąść z pociągu na pierwszej stacji jak Wokulski po tym, co zobaczył i usłyszał. Zacząć żyć jako ludzie wolni od złudzeń, bez nierealnych oczekiwań, uznający prawdę o tym, jak faktycznie jest. Zrealizować swoją niespełnioną miłość inaczej, gdzie indziej, w czym innym. „Plunąć na wszystko, co minęło: na własną boleść i na cudzą nikczemność. Wybrać sobie jakiś cel, jakikolwiek i zacząć nowe życie” (parafraza słów doktor Szumana do Wokulskiego).

Zastanawiając się na tym, wciąż mam w pamięci przejmujące spojrzenie aktora grającego rolę Wokulskiego w filmowej „Lalce” (Marcin Dorociński). Głębokie rozczarowanie, smutek i żal w jego oczach, które w ostatnim momencie, gdy już podpalił lont i na niego spogląda, zamieniają się w delikatny, na poły ironiczny, a na poły figlarny uśmiech, będący świadectwem, że wciąż zależy mu na tym świecie, który pokochał i który właśnie z miłości do niego musi unicestwić, bo nie jest w stanie ani w nim żyć, ani go zmienić. Może jedynie odejść nie tylko zgodnie z sumieniem, lecz przede wszystkim zgodnie z tym, co nadal kocha, a więc zgodnie z miłością. A jeśli jest inny sposób, aby nie być „lalką” w naszym aktualnym Kościele, to chciałbym go znaleźć, lecz obawiam się, że mogą to być poszukiwania w stylu poszukiwań metalu lżejszego od powietrza profesora Geista. Zaś człowiek, jak powiedziała Wokulskiemu doświadczona Prezesowa Zasławska, „wtedy jest najszczęśliwszy, kiedy dokoła siebie widzi to, co nosi w sobie samym”.

Adam Świeżyński

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

One Response

  1. Stanislaw Obirek 24.10.2026 Odpowiedz

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo