2013-01-28. Lecieliśmy zobaczyć wojnę. Tę, nazwaną później: „pierwszą czeczeńską”. Było nas trzech: Wadim z rosyjskiej redakcji BBC oraz Andrzej i ja – korespondenci polskich gazet. Ze specjalnymi, kremlowskimi przepustkami, w solidnych butach, z plecakami ze sprzętem, prowiantem i ze starannie owiniętymi w zapasowe ciuchy paroma butelkami wódki. Przez cały lot z Moskwy do Władykaukazu lekko bujało. A nas, wciśniętych w niewygodne fotele w ogonie Tu 134, dręczyła niepewność, czy uda się przedostać z Północnej Osetii do Czeczenii najkrótszą drogą: przez Inguszetię. Bo przecież Osetyjczyków i Inguszy, krwawo wojujących ze sobą od paru lat, odgradzała linia demarkacyjna, strzeżona przez rosyjskie, federalne posterunki i patrole. Słyszeliśmy, że do naruszających tę granicę strzelają bez ostrzeżenia.
Samolot miał komplet pasażerów, w większości wojskowych. Milczących, krótko ostrzyżonych, o nieruchomych, gładko wygolonych twarzach. Niektórzy byli po cywilnemu. Ale nawet oni odróżniali się od gadatliwych, żywo gestykulujących mężczyzn z parodniowym, szczeciniastym zarostem, rozmawiających głośno, z silnym, kaukaskim akcentem. Ogoleni nie wieźli wielkich tobołów, nie raczyli się wódką podczas lotu, nie towarzyszyły im kobiety, dzieci, ani brodaci starcy z przymkniętymi powiekami. Wojskowych w cywilu mogliśmy rozpoznać także po służbowych, jednakowych walizkach. Za parę godzin mieli w nich zostawić cywilne ubrania w bazie w Mozdoku, a sami, w drelichach z pagonami, mieli przedzierzgnąć się w dowódców i podwładnych. I mieli zabijać.
– Chcecie taxi? Szwagier czeka w samochodzie przy lotnisku. Dowiezie do inguskiej granicy, a weźmie niedrogo, pięćdziesiąt baksów… od każdego – szpakowata głowa pochyliła się ku nam z przodu, między oparciami ciasnych foteli. Jej właściciel o bystrym spojrzeniu najwyraźniej nas podsłuchiwał – a po tamtej stronie na pewno znajdziecie transport do Groznego. Ingusze teraz głodują, więc zarabiają jak się da…
Władykaukaz oślepił wszystkich ostrymi promieniami grudniowego słońca, wydobywającymi w czystym powietrzu soczyste kolory dalekich, górskich zboczy. Wysypaliśmy się na płytę lotniska. Tylko nasz samolot był biały, cywilny. Opodal, jak okiem sięgnąć, stało kilkanaście innych – wielkich transportowców w szaro-żółto-zielonym, łaciatym kamuflażu, z czerwonymi gwiazdami na ogonach. Niektóre chyba też niedawno wylądowały. Miały opuszczone tylne platformy, po których z łoskotem, na gąsienicach lub kołach, wytaczał się wszelaki sprzęt. Po nas nie podjechał żaden autobus. Za to od razu podbiegli żołnierze i wskazując na odległy o paręset metrów budynek dworca lotniczego, kazali naszej gromadce iść w tamtą stronę. Szpakowaty dreptał tuż obok i co chwila popatrywał na nas pytająco.
– Sto pięćdziesiąt baksów? Za te kilka kilometrów do Konserwnego? Durnych inostranców naciągaj! – wyszukanie obojętnym głosem odezwał się Wadim. Tamten osłupiał. Wadim dorzucił piętrowe przekleństwo i dodał od niechcenia: – Mogę dać dwadzieścia dolców za wszystkich! To i tak dwa razy więcej niż weźmie taksówkarz!
Ostatnich słów szpakowaty już nie słuchał. Momentalnie przystanął i po chwili kręcił się przy dwóch wysokich pasażerach z wielkimi torbami fotograficznymi. Wyglądali na Niemców albo Skandynawów.
Kiedy już wyszliśmy z dworca, mundurowi i cywilni z jednakowymi walizkami podążyli do stojących opodal wojskowych autobusów w kolorze khaki. Zarośniętych mężczyzn z rodzinami witały hałaśliwe gromadki krewnych. Dwóch wysokich fotografów szpakowaty ciągnął za sobą w kierunku rdzewiejącego moskwicza. Tylko naszą trójkę i jeszcze paru pasażerów, których nikt nie witał, okrążyła grupa miejscowych, wykrzykując co chwila: taxi! taxi!
Wadim szybko dogadał się z jednym z nich i po chwili jechaliśmy przez przedmieścia stolicy Północnej Osetii do osiedla Konserwnyj, gdzie mieścił się posterunek wojsk federalnych na linii demarkacyjnej i gdzie chcieliśmy przedostać się do Inguszetii. Stara wołga toczyła się wzdłuż Tereku, a my oglądaliśmy okolice przez zaparowane szyby. Na przeciwległym brzegu kamienistej rzeki stał wielki, kanciasty lincoln z otwartym bagażnikiem. Rosły mężczyzna z łopatą ładował do tej limuzyny… żwir.
– On się buduje. O, tam niedaleko – uprzedzając nasze pytanie, taksówkarz wskazał podbródkiem ledwo widoczne na zboczu mury budynku, jeszcze bez dachu, i spokojnie wyjaśnił: – No przecież nie opłaca mu się wynajmować ciężarówki. A wy pewnie do Czeczenii? – Dojeżdżaliśmy do Konserwnego. Taksówkarz zainkasował wytargowane piętnaście dolarów. Wypakowując nasze bagaże spojrzał na nas, a potem ponad kolczastymi drutami na inguską stronę i pokiwał głową: – Tam dziki kraj…
Szosę przecinały w tym miejscu kłujące zasieki. Sąsiadowały z wysokim, betonowym murem, który osłaniał posterunek w bunkrze i przejście, przegrodzone szlabanami. Kręciło się tam paru ludzi w mundurach. Poza nami nie było widać żadnych cywilów.
Żołnierze, odziani w grube i niezbyt czyste, kuloodporne kamizelki przyglądali nam się spode łba. W betonowym pomieszczeniu kazali otworzyć bagaże i uważnie studiowali rosyjski dowód osobisty Wadima i nasze polskie paszporty z akredytacjami zezwalającymi na wjazd do Czeczenii. Zostaliśmy dokładnie obmacani przez jednego z szeregowców. Inny z wielką wprawą opróżnił mój plecak. – O, polska wódka? Pokaż, nigdy takiej nie piłem. – Niemłody chorąży próbował odcyfrować polską naklejkę na butelce. – Po co się pchacie do tych bandytów?
– Taką mamy pracę panie majorze – Andrzej, z rozbrajającym uśmiechem „awansując” rozmówcę na starszego oficera, udał, że nie zna rosyjskich stopni wojskowych. – Pan major też musi jechać, gdzie każą…
Chorąży z uśmieszkiem, nie wypuszczając butelki z ręki, drugą sięgnął po nasze przepustki wydane przez Centrum Prasowe przy Prezydencie Federacji Rosyjskiej.
– Polacy. Dowcipni. Znam ja was. Służyłem w Legnicy… – jego uśmiech się rozszerzył – ale takiej gorzałki wtedy nie było…
– To niech pan spróbuje. Na zdrowie! – wykrztusiłem i też się uśmiechnąłem, a Wadim i Andrzej mrugnęli porozumiewawczo w jego kierunku. Chorąży spojrzał wymownie na żołnierzy, a ci, momentalnie, jak na komendę, odwrócili od nas wzrok i wyszli. Jego uśmiech towarzyszył nam jeszcze, kiedy oddawał nam papiery i wskazywał drogę do wyjścia po drugiej stronie posterunku.
Ta druga strona, inguska, wyglądała jak lustrzane odbicie strony osetyńskiej, z tym, że na poboczu stał rząd samochodów. Bardzo zużytych. Na nasz widok z pierwszych kilku wysiedli kierowcy i zmierzając ku nam, wyraźnie taksowali nasze postaci. Kiedy się zbliżyli, zaczęli się nawzajem przekrzykiwać: taxi! taxi!
– Za ile do Groznego? – pytaniu Wadima towarzyszyło jego wystudiowane, obojętne spojrzenie.
– Do Groznego nie! Tam wojna! Niebezpiecznie! Ale można do granicy, a potem na pewno pomogą Czeczeńcy – tłumaczyli jeden przez drugiego. Żaden nie chciał jechać dalej. I jakby się umówili, żądali po sto dolarów od każdego z nas za przewiezienie do czeczeńskiej granicy, odległej zaledwie o kilkadziesiąt kilometrów. Trzysta dolarów w odizolowanej, bezrobotnej Inguszetii równało się prawie półrocznemu zarobkowi. Wadim postanowił się targować. Tłumaczył, że my, to nie żadni Amerykanie, Niemcy, ani w ogóle bogacze z Zachodu. W końcu stanęło na dwustu dolarach za nas trzech.
Nieduży, przygarbiony właściciel pomarańczowego żiguli miał na imię Rusłan i rozbiegane oczy. Od razu stwierdził, że ani myśli narażać się po drodze na spotkania z konwojami i patrolami. Bo nie chce być ciągle rewidowany, przesłuchiwany i obrażany. Żeby ominąć wojskowe kolumny skierował swój wysłużony pojazd nie na federalną szosę Rostów – Baku, tylko na równoległą, Starą Drogę, pełną dołów i rozrzuconych bezładnie archipelagów asfaltu. Od wieków łączyła inguski Nazrań z czeczeńskim Groznym. Że dobrze zrobił, przekonaliśmy się, gdy przemknęliśmy pomarańczowym autem niedaleko głównej trasy: nieprzerwanie sunęły po niej czołgi, transportery i wielkie ciężarówki, zagradzając drogę wyjeżdżającym z bocznych dróg cywilom, których potem wyłapywały patrole na skrzyżowaniach. I kiedy podczas niecałych dwóch godzin ciągłego kołysania na wybojach, obserwowaliśmy rzadko mijane wioski i jeszcze rzadsze cywilne samochody, wydało się nam już, że uda się przejechać Inguszetię bez przygód. Przecież do czeczeńskiej granicy pozostawało kilka kilometrów.
– Są! Przed nami! – Rusłan dodał chyba coś nieprzyzwoitego w swoim języku i wskazał palcem coś, co dopiero po następnych kilkuset metrach przybrało kształt BTR-u, transportera opancerzonego, na którym, i wokół którego, tkwiły sylwetki w mundurach. Jedna z sylwetek, na widok naszego żiguli wyszła na środek szosy i podniosła lewą rękę. Prawa spoczywała na skierowanym w naszą stronę automacie kałasznikowa, ze skróconą lufą.
– Aaa! Korespondenci… Na wojenkę się zachciało… – z wysokości wieżyczki spoglądał na nas lejtnant z nalaną, czerwoną twarzą, któremu żołnierz podał nasze dokumenty. Ledwie spojrzał na polskie paszporty, a do rosyjskich dowodów osobistych Wadima i Rusłana nawet nie zajrzał – Taaak, Polacy… Najpierw zdradziliście Rosję z Ameryką, a teraz pomagacie tamtym zdrajcom – mruknął cicho, jakby do siebie i zaraz dodał głośniej: – Do republiki czeczeńskiej nie ma wjazdu! Chyba wiecie, że na mocy dekretu prezydenta Federacji Rosyjskiej trwa tam operacja przywracania porządku konstytucyjnego! Zawracać! – ostatnie słowo wymówił głośnym, rozkazującym tonem. W tym momencie lufy wszystkich skróconych i nie skróconych kałasznikowów jego podwładnych skierowały się w naszą stronę.
– Ale, bo właśnie… my mamy pozwolenia na wjazd do Czeczenii. O, to te białe wkładki w paszportach… Od prezydenta… – chociaż serce waliło jak młotem, starałem się mówić powoli i spokojnie. Moje słowa sprawiły chyba, że w końcu, niedbale kartkując, zainteresował się zawartością dokumentów. Potem milczał dobrą minutę. Nie wiem, czy kremlowskie pieczęcie zrobiły na nim jakieś wrażenie ale po tym, jak odchrząknął i mruknął, że tutaj to on decyduje i że jest prawie jak prezydent, poczuliśmy się nieco pewniej. Jego rozbiegany wzrok świadczył, że swoje słowa kieruje bardziej do swoich podwładnych, niż do nas i że chce z tej sytuacji… wyjść z twarzą. Policzki poczerwieniały mu jeszcze bardziej. Demonstracyjnie długo studiował nasze kremlowskie papiery, a potem, wyniośle, rzucił je wraz z innymi dokumentami swojemu podwładnemu i nie czekając aż ten odda je nam, wycedził: – chyba wiecie, że tam, póki co, nie zapewnimy paaanom… korespondentom żadnego bezpieczeństwa? Jedziecie na własne ryzyko!
– Jakoś sobie poradzimy – mruknął Andrzej, gdy już wsiadaliśmy do pomarańczowego samochodu, a Rusłan z zaciętą twarzą uruchamiał silnik. Jednak nie ujechaliśmy nawet stu metrów, gdy nad naszym żiguli, z wieżyczki transportera, nagle, miarowymi, głuchymi stuknięciami rozdygotała się seria z ciężkiego karabinu maszynowego. Wadim, Andrzej i ja mimo woli, schyliliśmy się na siedzeniach i rękami zakryliśmy głowy. Odruch?
– Komandir dziś bardzo wesoły! – twarz Rusłana, który też skulił się za kierownicą, zrobiła się jeszcze bledsza. – Ot, zażartował sobie z nas, a mógł po prostu pieprznąć w samochód! Znaczy, jest w dobrym nastroju…
Nikt z naszej trójki nie odpowiedział. Spojrzeliśmy przez tylną szybę. Na wieżyczce transportera sylwetka lejtnanta machała do nas ręką. Rusłan wcisnął gaz do dechy.
Nie minął kwadrans, kiedy z szybkością zupełnie nieodpowiednią dla fatalnej nawierzchni, wjechaliśmy w sam środek stanicy Siernowodsk. Na placyku przed koślawym, nieczynnym chyba od lat przystankiem autobusowym, obok zabitego deskami kiosku „Ros-pieczati”, stała grupka mężczyzn. Byliśmy w Czeczenii.
Rusłan zatrzymał samochód. Gorączkowo wypakował nasze plecaki, spiesznie zainkasował należność, gwałtownie, niemal w miejscu, zawrócił żiguli i z piskiem łysych opon popędził z powrotem. Nawet się nie pożegnał.
Od mężczyzn, którzy przyglądali nam się ze zmarszczonymi brwiami ale i z zaciekawieniem, dzieliło nas kilkanaście kroków. Każdy miał na ramieniu strzelbę myśliwską, kałasznikowa, albo za pasem granat lub choćby spory kindżał u boku. Kiedy tak przyglądaliśmy się sobie nawzajem, najwyższy z nich, chyba dwumetrowy, z karakułową, szaro-srebrną papachą nasuniętą na oczy i z automatem w ręku, podszedł powoli do nas, omiatając wzrokiem nasze bagaże.
– Korespondenci, tak? – zapytał tubalnym głosem i zrobił minę, jakbyśmy nasze zajęcie mieli wypisane na czołach. – A temu tam, za co płaciliście? – Gdy usłyszał, że uiszczaliśmy należność za transport od granicy z Inguszetią, wybuchnął: – następnym razem spalimy samochód temu cholernemu pedałowi! Wy się narażacie, żeby pokazać światu naszą walkę o niepodległość, a ten gnój się tuczy! – Od razu, też przeklinając naszego kierowcę, podeszli do nas pozostali. Ściskali nam ręce, poklepywali po plecach, pytali skąd jesteśmy. Było dla nich oczywiste, że chcemy się dostać do Groznego.
– O! Polacy! – dwumetrowy odsunął papachę z czoła – Jestem Nażmutdin, wyglądacie na zmęczonych. Niedaleko jest mój dom. Przyjmijcie zaproszenie… Pokrzepicie się, odpoczniecie… Ciebie też zapraszam – wskazał palcem na Wadima po tym, jak nasz rosyjski kolega się przedstawił.
Spojrzeliśmy na siebie: poznany przed chwilą wielki Czeczeniec z kałasznikowem zapraszał nas, obcych, do swojego domu. W dodatku, razem z Rosjaninem.
– To dla mnie… to dla nas, zaszczyt – odpowiedział głośno Wadim tak, żeby usłyszeli wszyscy wokół. I zaraz tonem nie znoszącym sprzeciwu szepnął: – Idziemy! Nie możemy odmówić!
Wysoki, ceglany mur, z ciężkimi wrotami, stanowiącymi jedyne wejście do rodzinnej twierdzy, otaczał całe obejście: okazały, piętrowy kaukaski dom z podcieniami, kilka dużych szop oraz owczarnię i stodołę. Cały Siernowodsk składał się z takich twierdz. Zanim do niej doszliśmy, dowiedzieliśmy się, że Nażmutdin, inżynier zootechnik, z liczną rodziną, mieszka teraz nie w swoich, eleganckich. Niedawno zbudowanych pokojach, tylko w piwnicy. Bo od kilku dni nisko nad stanicą krążą wojskowe śmigłowce i, po zmroku, strzelają do wszystkich budynków, w których pali się światło. Taką maja taktykę walki z rebeliantami. Piwnice w domu Nażmutdina nie miały okien. Dlatego babcie, dziadkowie, ciocie, wujkowie oraz on z żoną i dziećmi gnieździli się w suterenie. Trzeba przyznać, że dosyć obszernej. A kiedy, zzuwszy uprzednio zakurzone buty i zrzuciwszy wierzchnią odzież, znaleźliśmy się w wyłożonym kafelkami podziemiu, gospodarz zaprosił nas do posiłku. Ponaglane przez niego kobiety, wniosły parujące półmiski z makaronem, duszoną baraniną i deskę ze świeżymi warzywami i ziołami, a potem wyszły. Usiedliśmy przy stole, a gospodarz, stawiając na nim butelkę gruzińskiego koniaku, z uśmiechem patrzył, jak z apetytem pałaszujemy poczęstunek. Andrzej, domyślnie spełniając wolę naszej trójki, wydobył z plecaka butelkę „Wyborowej”. Gospodarz przyjął ją z wyraźną wdzięcznością i zaraz schował do szafy podkreślając, że tym egzotycznym, polskim trunkiem, zostaną poczęstowani jego krewni przy okazji kolejnego, rodzinnego spotkania. W Czeczenii nie obowiązywał jeszcze wtedy późniejszy ghazawat, zasady świętej wojny, równoznaczne z zakazem używania alkoholu. I tak Nażmutdin, kaukaskim zwyczajem, napełnił koniakiem nie kieliszki, a szklaneczki, i z namaszczeniem podniósł swoje szkło, spoglądając na Andrzeja i na mnie.
– Skoro w moim domu znaleźli się Polacy, wznoszę toast. To jest wprawdzie wasz, polski toast, ale teraz on jest bliski także nam: za wolność naszą i waszą! – i wypił do dna.
Obaj z Andrzejem, nie wierząc własnym uszom, wychyliliśmy zawartość szklaneczek i znieruchomieliśmy ze zdziwienia. Zawołanie: „Za wolność naszą i waszą” towarzyszyło pokoleniom polskich patriotów. Do dziś w Polsce zna je każdy. Hasło to widniało na sztandarach kolejnych powstań. Było na nich nawet dwujęzyczne, żeby pokazać Rosjanom, że walka nie toczy się przeciw narodowi rosyjskiemu, tylko przeciw caratowi, o niepodległość i wolność. Skąd czeczeński zootechnik w Siernowodsku znał święte, polskie słowa?
– Znam je od dziadka, a ten od swojego dziadka i jeszcze dawniej. Przez wiele lat biliśmy się o wolność. Tak jak wy. Wywozili nas na Sybir, do Kazachstanu… W szkole o tym nie uczyli ale w niejednej rodzinie zachowała się pamięć o Polakach. To w XIX wieku byli zesłańcy albo uciekinierzy z wojsk carskich, których całe oddziały biły się po naszej stronie w wojnie kaukaskiej. Najbardziej znani byli wtedy polscy artylerzyści … Właśnie dlatego zapamiętaliśmy te słowa. Mają dziś dla nas wielką siłę…
I tak oto, w piwnicy wyłożonej kafelkami, potoczyła się rozmowa o podobieństwach i różnicach zagmatwanych dziejów naszych narodów, o dobrych Rosjanach i o złym imperium, prawie Czeczeńców do samostanowienia, o sposobach wybijania się na niepodległość. Parę razy dochodził nas warkot śmigłowców, ale dzień jeszcze był jasny, a my, zafascynowani słowami gospodarza, nie pamiętaliśmy o upływie czasu. Wadim co chwilę zapisywał coś skrzętnie w notesie, by w końcu podsunąć naszemu rozmówcy swój radiowy mikrofon. Dopiero wtedy spojrzeliśmy z Andrzejem na zegarki. Do Groznego było jeszcze ze trzydzieści kilka kilometrów. Nażmutdin, mimo wypitego toastu zawiózł nas tam swoją wołgą bo stwierdził, że na trasie możemy spodziewać się wszystkiego, nawet śmierci, tylko nie „drogówki” sprawdzającej trzeźwość. Wielkiego zootechnika pożegnaliśmy na centralnym placu czeczeńskiej stolicy. Wylewnie i kordialnie. Po polsku i po czeczeńsku. Wadim też. Później, po paru tygodniach, mimo wszelkich prób, nie udało się nam go odnaleźć. Stanica Siernowodsk, dla tysięcy cywilnych Czeczeńców stała się wielkim obozem filtracyjnym… Ale wtedy, gdy znaleźliśmy się w centrum Groznego, panował tam zupełnie inny nastrój. Nieustający wiec, w którym dorośli mężczyźni zataczali krąg w czeczeńskim tańcu wojennym, tańcu wolności, zagrzewał.
Tamtego dnia, wieczorem, dostaliśmy się na ostatnią konferencję prasową prezydenta Dżochara Dudajewa, którego siedziba była już celem artylerii nacierających dywizji. Pytania dziennikarzy przerywały coraz bliższe eksplozje. Nazajutrz, w stanicy Pierwomajskaja, czeczeński oddział, z którym tam trafiliśmy, ostrzelały z daleka kobiety – snajperki, przez rebeliantów przezywane „białymi rajstopami”, z powodu zimowych kamuflaży na rosyjskich mundurach, (biełyje kołgotki). Nikogo nie trafiły. Może nie chciały? Po następnych kilku dniach, kiedy wokół Groznego zamykał się pierścień oblężenia, późniejszy europejski kandydat do nagrody Nobla, niezłomny Siergiej Kowaliow, a wtedy rzecznik praw człowieka przy prezydencie Rosji, powiedział nam, kiedy razem chronilismy się w ruinach centrum miasta, że nawet, gdyby on sam dał się zabić, nie jest w stanie zatrzymać tragedii, która nastąpi. Mimo to, dzięki coraz liczniejszym miejscowym znajomym, wynajdującym w niewiarygodnie poplątanej sieci telefonów działające jeszcze połączenia, przesyłaliśmy korespondencje o tym, co dzieje się wokół nas: o trupach, o zapachu spalenizny, o stratach i zwierzęcym bólu cywilnych mieszkańców Groznego. Informacje, które my wysyłaliśmy do Warszawy, a Wadim do moskiewskiego biura BBC, prawie się nie różniły. Nie było jeszcze wtedy telefonów komórkowych. Więc kiedy po następnych kilku dobach łączność została całkowicie przerwana, w potoku uchodźców, znajomą Starą Drogą, wyruszyliśmy z powrotem, w kierunku Inguszetii. Tylko, że naprzeciw, w stronę Groznego zmierzała już tamtędy kolejna dywizja… I celującym w nas wtedy, zmęczonym i nie śpiącym od wielu dni żołnierzom było wszystko jedno: nacisnąć spust, czy nie…
Ale to wszystko i znacznie więcej, wydarzyło się później. Po tym, jak w pewnej czeczeńskiej wiosce, pewien zootechnik wygłosił toast.
Jan Różdżyński
Nowaja Polsza – nr 1/ 2013
