2013-03-07. De mortuis nil nisi bene. Ta stara łacińska sentencja, w myśl której o zmarłych można mówić tylko dobrze, albo wcale, ma w naszym kręgu kulturowym długą i mocno ugruntowana tradycję. To, ze powinna ona obejmować „zwykłych” nie budzi wielkich kontrowersji. Czy jednak powinna być też stosowana do postaci publicznych a w szczególności do tych, których decyzje wpływają znacząco na losy milionów ludzi ?
5 marca 1953 roku zmarł Józef Stalin. Dzięki jego śmierci przeżyły tysiące, a ile nie setki tysięcy więźniów Gułagu. Dalsze tysiące uratowały głowy, bo przecież wiadomo, że był już prawie gotowy proces „kremlowskich lekarzy”, który w praktyce oznaczałby zapewne antysemicką czystkę o skali porównywalnej jeśli nie do Holocaustu, to na pewno do pogromów po zabójstwie Aleksandra II.
Dokładnie w pięćdziesiąta rocznicę jego śmierci odszedł dyktator Wenezueli Hugo Chavez.
Przed pięćdziesięciu laty w Rosji telewizji nie było, ale to co zarejestrowały kamery kronik filmowych jako żywo przypomina sceny przekazywane od kilku dni z Caracas i innych miast Wenezueli: rozpaczające tłumy, płaczące na ulicach kobiety, wojsko w pogotowiu by pilnować porządku.
Ton komentarzy prasy światowej a także polskiej jest podobny. Najczęściej odmienianym słowem jest „kontrowersyjny”.
Przy czym w niektórych komentarzach mediów lewicujących , co ciekawe także w Polsce, podkreśla się przede wszystkim jego wielkie jakoby zasługi: zniwelowanie różnic klasowych i majątkowych, skuteczną walkę z przejawami najbardziej drastycznego ubóstwa, wreszcie fakt, że wprawdzie nie był on wzorem demokraty, jednak wygrał wolne wybory i rządził „ w sposób kontrowersyjny wprawdzie” , ale przecież z woli narodu.
I tu znów nieodparcie nasuwa się porównanie z dyktatorem, który zmarł przed laty pięćdziesięciu. On też niewątpliwie zlikwidował ogromne nierówności społeczne istniejące w carskiej Rosji, a los wielu najuboższych na pewno się poprawił.
Gdy jednak ważymy zasługi jakiegokolwiek polityka zawsze pytać trzeba o cenę. Cenę jaka zapłacił naród rosyjski ( a także i te narody, które miały nieszczęście z nim sąsiadować) znamy. Jaka była zatem cena ”sukcesów” Chaveza?
Oczywiście porównywanie wprost dyktatora z Caracas do Stalina byłoby nadużyciem. Z jednej strony miliony pomordowanych, z drugiej , jedno czy drugie aresztowanie zbyt odważnego dziennikarza czy sędziego, zamkniecie niepokornej gazety, odebranie licencji prywatnej stacji telewizyjnej. Ale krwawa połowa ubiegłego stulecia to nie wiek XXI. Zmieniły się standardy. Jeśli już, to na pewno porównać można Chaveza do Gomułki, Gierka, , a z postaci dzisiejszych, do Łukaszenki, czy Putina. Zarówno w Polsce lat 70 i 8o jak i w dzisiejszej Rosji czy na Białorusi, nie ma masowych morderstw politycznych, ale krytykowanie władzy nie jest zajęciem bezpiecznym. Co zresztą charakterystyczne, Chavez wprowadził do kodeksu karnego przepis wzięty wprost jakby z kodeksu karnego PRL: karane jest rozpowszechnianie wiadomości „mogących wywołać niepokój publiczny”. Porównanie dzisiejszej Wenezueli z PRL-em nasuwa się także z innego powodu.
To prawda, tu i tam dostęp do wspólnego tortu znacząco się wyrównał, ale też i tort był skromny a co najgorsze nie rósł na miarę możliwości.
Entuzjastyczni piewcy zasług Chaveza lubią przypominać jak bardzo zmieniła się Wenezuela pod jego rządami w porównaniu z sytuacja gdy krajem rządziły skorumpowane rządy prawicowe. W PRL też uwielbiano porównywać sytuacje do czasów przedwojennych ( o ileż więcej było telewizorów za Gomułki niż za Piłsudskiego!).
Rzecz w tym ,że porównywać można zasadnie i uczciwie nie do tego co było a do tego co jest obok. I tu porównanie nasuwa się samo: Wenezuela i Brazylia, gdzie wszak też rządził lewicujący prezydent. To porównanie pod każdym względem jest dla Wenezueli druzgocące. Galopująca inflacja ( obecnie ok 20 %) gigantyczny dług państwowy ( pożyczki udzielane są przez Chiny)i niemal pewna recesja w roku bieżącym. Do tego całkowita dewastacja rodzimego przemysłu i rolnictwa i oparcie całej gospodarki kraju, łącznie z rozdętymi programami socjalnymi na eksporcie ropy naftowej. Póki cena ropy sięga 130 dolarów za baryłkę Chavez i jego następcy mogą spać w miarę spokojnie. Co będzie jednak gdy sytuacja się odmieni?
Wenezuela posiada największe ( po Arabii Saudyjskiej) udokumentowane zasoby ropy. Petrodolary pozwalały Chavezowi kupować miłość biedaków , a także hojnie subsydiować innych zaprzyjaźnionych dyktatorów. Od Fidela Castro poprzez Łukaszenkę, Kaddafiego, Asada po Ahmeninedżada.
Nic zatem dziwnego że najgłębsza żałoba zapanowała w Hawanie, w Mińsku ( tam nawet nakazano opuszczenie flag do połowy masztu), w Teheranie i w Damaszku. Smutek panuje też w Chinach i w Rosji. Wiele jednak krajów, szczególnie tych, gdzie działali wspierani przez Chaveza terroryści, odetchnęło.
I by zakończyć też sentencją tym razem z hiszpańskiego: Pokaż mi swych przyjaciół , a powiem ci kim jesteś.
Maciej Kozłowski


Należę do pokolenia, które pamięta śmierć Stalina. Było to SZEŚĆDZIESIĄT lat temu, a nie pięćdziesią. Młodzi ludzie tego nie pamietają ;~)
Myślę, że ocenianie dyktatur, reżimów i układów w Południowej Ameryce według doświadczeń i stereotypów z Europy Wschodniej bardziej oddala nas niż przybliża do prawdy. Warunki społeczne, historia a nawet mentalność ludzi są nieporównywalne. Chavez może wykazywał tendencje dyktatorskie, z pewnością był populistą, ale raczej bez większych wątpliwości cieszył się poparciem sporej, głównie biedniejszej części społeczeństwa i wygrywał demokratycznie wybory. To opozycja raczej odwoływała się często do metod i tradycji hunt wojskowych.
NIKT NIE WIDZI BŁĘDU?!
Pokaż mi swych przyjaciół , a powiem ci kim jesteś. vice versa
Pokaż mi swych przyjaciół , a powiem ci kim jesteś-vice versa
Błąd widać. Na szczęście nie zmienia on sensu wywodu. Najistotniejszy jest fragment dotyczący przepaści między ogromem potencjalnego bogactwa a spustoszeniem społeczeństwa, gospodarki i państwa, w którym trzeba ratować się racjonowaniem żywności. Podobnie jak na Kubie, gdzie wystarczy włożyć do ziemi kij od szczotki, a za parę dni zazieleni się, potem zakwitnie i po paru miesiącach wyda owoce (niechby to były nawet gruszki na wierzbie). Bylem tam jesienią 1984 roku i opowiadano mi wtedy koszmarne wręcz historie, ale najbardziej zapadły mi w pamięci opowieści o ludziach, którzy poszli do gułagu na Wyspie Młodości za podjęcie spod drzewa pomarańczy gnijącego już owocu (początek zbiorów miał być ogłaszany centralnie dla całego kraju i biada jeśli ktoś się wychylił).