nathan gurfinkiel: aromat gorzkich ziół

natan sepia2013-03-23. jest to jeden z moich najbardziej autobiograficznych tekstów ze wszystkiego, co udało mi się napisać – nawet imiona są prawdziwe. powstał on po powrocie z nowego jorku, gdzie w różnokolorowym tłumie z całego świata ocierałem się codziennie o chasydów, szczególnie na williamsburgu i borough park w brooklinie. chodziłem tam ulicami, przypominającymi w nastroju żydowskie miasteczka ze świata, który istnieje już tylko w pamięci, coraz bardziej zawodnej….

odbierałem ten nowojorski pejzaż miejski z wtopionymi weń ortodoksami w czarnych chałatach jako coś niezwykłego i dopiero po powrocie uświadomiłem sobie, że moje myślenie ma wszelkie cechy aberracji . to nie krajobraz z ortodoksyjnymi żydami jest czymś niezwykłym. nienaturalne jest to, że oglądnie czegoś, z czym moi rodzice byli oswojeni od dziecka, jest dla mnie niebywałym przeżyciem i że dopiero w jerozolimie, lub w nowym jorku mogę jak w wehikule czasu dostrzec ożywione strzępy wspomnień…

To już za chwilę! 14 dnia miesiąca Nisan 5773 *) , w przeddzień Pesach współwyznawcy moi**) zasiądą po zachodzie słońca do sederu. Jest coś magicznego w tym wieczorze, bo mój dziadek Abraham – na co dzień rubaszny bluźnierca, którego wołami nie dałoby się zaciągnąć do synagogi w zwykłą sobotę, grzecznie wdziewał na łeb jarmułkę i przykrywszy ją tałesem wygłaszał dwa błogosławieństwa nad świecznikiem, nim zapalał świece, a my chórem odpowiadaliśmy: amen. Tata, mama i tak samo jak ona skomunizowany wujek Szymon ( na którego w dzieciństwie mówiłem Szamsze i któremu nawet w późnych latach 80. gdy odwiedzałem go w Ramat-Gan pod Tel-Avivem, komunizm nie wywietrzał jeszcze z głowy, doprawił go tylko judaizmem i upajał się tym koktajlem) łatwo zapominali o marksie z engelsem , leninie ze stalinem i trockim, by razem z nieskomunizowanymi członkami klanu: wujkiem Izraelem(Sruelem – bliźniaczym bratem Szymona), wujkiem Gabrielem i wujkiem Ezechielem – Mosze Chilem na użytek domowy – poddając się magii tego wieczoru słuchać hagady – opowieści o przejściu przez Morze Czerwone. w Wszyscy wsłuchiwali się w słowa dziadka robili to z przejęciem, tak jakby myjąc ręce przed przystąpieniem do wieczerzy odbywali rytualną kąpiel w celu spłukania z siebie warstewki komunizmu. z powodu którego w domu rozlegał sie nieustający lament babci:

– Panie nasz, cóż to za rodzina… jeden jest komunistą, drugi ma epilepsję. Dla babci Małki był to podobny rodzaj nieszczęścia, choć padaczka wujka Gabriela zdawała się łatwiejsza do wyleczenia, niż komunizm Szymona, a zwłaszcza Estery – mojej mamy, która poglądy swe wchłonęła razem z plemnikami mężczyzny, upatrzonego – jak głosi legenda rodzinna – na mego ojca i powiła mnie nim adorator zdołał na dobre ochłonąć. Byłem pono bardzo wątłym oseskiem i lekarz powiedział mamie, że jest pełen obaw co do mego przetrwania. Mama walnęła pięścią w biurko:

– Gówno, panie doktorze! Mój syn pana przeżyje!

Zatrzasnęła za sobą drzwi gabinetu i zabrała się do metodycznego odżywiania mnie. Przez następne lata, aż do wybuchu wojny byłem chyba jednym z najracjonalniej odżywianych dzieci w Polsce. Pozwoliło mi to później przetrwać trwającą kilka lat wojenną głodówkę bez szczególnego uszczerbku na zdrowiu…

 

Jak miałem się dowiedzieć już wiele lat po wojnie, babcia nigdy nie zaakceptowała do końca wyboru swej córki i jej nie całkiem nawet formalny mąż tolerowany był jako nieco kłopotliwy dodatek do wnuka. Dopiero gdy wujek Szymon wyjawił mi ten starannie skrywany przede mną rodzinny sekret, zgłębiłem naturę pancerza, jakim babcia otaczała się w kontaktach z moim tatą. Była dla niego niezwykle uprzejma i zły humor nigdy nie zmącił jej oblicza, gdy wdawała się z nim w rozmowę, ale ta kurtuazja była może o pół tonu przeszarżowana, uśmiech na pięknej twarzy był odrobinę za bardzo zwrócony w przestrzeń, a spojrzenie miało nieco mniej ciepła, które tak urzekało wszystkich dookoła…

Tego samego co babcia zdania na temat modnej naonczas wśród Żydów ideologii musiała być pani Raszewska, opowiadająca konspiracyjnym szeptem o straszliwym nieszczęściu, jakie naszło Rosję. Bo, droga pani, – mówiła do babci – gdyby w Moskwie rządzili komuniści, to byliby przewidywalni i można by się z nimi jakoś dogadywać, ale tam rządzą bolszewicy. Sama słyszałam jak kuzyn rabina mówił mężowi, że bolszewiccy komisarze wsadzają żydów do więzienia za wypiekanie macy i każą im jeść trefne mięso. Wyobraża sobie pani, droga pani Noskowicz – mięso ze świni w żydowskiej kuchni! Dobrze, że chociaż mają te swoje trudności a..pro..wi… zacyjne… To ostatnie słowo wykonało niebezpieczne salto w krtani pani Raszewskiej, nim zdołało wydostać się poprzez zaporę zębową z kilkoma złotymi filarami. Nie ryzykując już więcej wywichnięcia szczęki i zataczając piruety nożem rzeźnickim perorowała, że Niemcy są stolicą Berlina, który był takim kulturalnym krajem, nim nie nastał Hitler, bo od tego czasu nie można nawet już pójść do opery, ponieważ na wszystkich scenach grają jakieś zygfrydy i walkirie tego okropnego antysemity – Waginera.

Pani Róża Raszewska była królującą w jatce żoną koszernego rzeźnika i odkładała babci kości na codzienną zupę dla pieska, a do babcinych zakupów dodawała jeszcze okrawki mięsa i następnego dnia domagała się informacji czy smakowało pieskowi. Ale chyba tak, pani Noskowicz, – mówiła cała w zachwycie dla własnego altruizmu, bo inaczej Mucha nie hasałaby tak po ogrodzie. Przygarnięta przez babcię brzydka, pokraczna i niezwykle inteligentna kundelka została wprzęgnięta w kampanię reklamową mięsnego interesu państwa Raszewskich. W naszej okolicy – tłumaczyła swoim klientom, potrząsając starannie uplecionymi czarnymi lokami i energicznie gestykulując – nawet żydowskie psy mogą odżywiać się koszernie…

Nie tylko jednak kundelka Mucha harcowała po babcinym ogrodzie. Państwo Raszewscy mieszkali w sąsiednim z domu. Codziennie rano gruby i czerwony na spoconej twarzy Lejb Raszewski, Lejbusz – jak go pieszczotliwie nazywała pani Róża – latał po nim z kijem, usiłując zapędzić do porannej modlitwy swoich dwóch bliźniaków. Jego chłopcy Eli i Nachme, zwinni i szybcy, ledwo nie przyprawiali swego zasapanego ojca o zawał serca. Jeżeli pana Raszewskiego nie trafiła wówczas apopleksja, to chyba tylko dlatego, że już niebawem miał znaleźć skuteczne remedium na ten nadmierny wysiłek o poranku. Synowie byli bowiem zaprzyjaźnieni z latoroślą właściciela rzymsko -katolickiego zakładu masarskiego. Kiedy pan Raszewski postanowił zabrać synów do synagogi w Jom Kipur, chłopcy pobiegli żwawo w kierunku oddalonej o niecały kilometr świątyni i wstąpili po drodze do swego kolegi. Masarnia obrządku rzymsko- katolickiego leżała, za zakrętem, w połowie drogi między synagogą, a koszernym domem rodziny Raszewskich. Eli wymówił się od serdelków, które kolega chłopców wyniósł z firmy, ale bardziej zachłanny Nachme napchał nimi kieszenie, bo nie można było pozwolić, żeby tyle dobra się zmarnowało. Później pan Raszewski nakrył swego syna obżerającego się pod synagogalną ławką. Już pobieżny rzut wprawnym okiem fachowca wystarczył, by zorientować się że Nachme opycha się wieprzowym serdelkiem – tuż obok zwojów tory i na dodatek w dniu, kiedy pobożny żyd musi nawet z wypiciem kilku łyków wody zaczekać do zachodu słońca. Panu Raszewskiemu serce niechybnie rozpękłoby się z gniewu na widok tego bezmiaru nikczemności i tylko myśl o wymierzeniu sprawiedliwej kary utrzymała go przy życiu. Po tym, pełnym troski o dalszy rozwój latorośli, rodzicielskim napiętnowaniu grzechu, Nachme nie mógł przez dwa tygodnie chodzić do szkoły. Pan Raszewski zaręczył bowiem na piśmie, że chłopiec spadł ze schodów i boleśnie się poobijał.

– Słuchaj no ty, – powiedział do syna – jak się przyznasz za co dostałeś, to zrobię z ciebie kotlet…

Moi dziadkowie byli właścicielami tylko połowy swego domu i zajmowali pierwsze piętro. Na parterze prócz części mieszkalnej mieściła się restauracja, do której wchodziło się przez rzeźbioną werandę z frymuśnym szyldem. W babcinym domu nie było światła elektrycznego, przez co sala restauracyjna, tonąca w półmroku nawet za dnia, robiła ponure i tajemnicze wrażenie. Upozowana na stary zajazd restauracja była nawiedzana przez miejscowe oficerstwo, nierzadko już w stanie spoczynku, więc klientela bardziej zwracała uwagę na to, by wódka była należycie wychłodzona, jedząc posłusznie wszystko, co oprócz wyrobów Państwowego Monopolu Spirytusowego pojawiało się na stole. Bywało że przybytek bardziej służył za miejsce wyszynku aniżeli kulinarnych popisów kucharza i tylko bariera cenowa wznosiła zaporę przed menelami. Jedzenie, szczególnie zimne zakąski, były jednak bardzo dobre i to one największym cieszyły się popytem, bo mało który z panów oficerów miał tyle cierpliwości by czekać na przyrządzenie dania. W największej tajemnicy przed babcią posilałem się nieraz tym oficerskim wiktem, bo wnuczka restauratora, Danuśka wynosiła mi bułki z szynką pachnącą jałowcem, albo z chrupiącym i nadzianym przyprawami pieczonym schabem. Umawialiśmy się możliwie jak najdalej od domu, żeby przypadkiem nie zderzyć się z babcią lub dziadkiem Danuśki. To ostatnie było wszelako mało prawdopodobne. Oficerstwo często robiło się ospałe, a wówczas zakład był rzadziej odwiedzany. Panu Rudnickiemu nudziło się w pustym lokalu, zamawiał więc ćwiartkę monopolówki u swej połowicy, która też poziewywała z nudów. Należność była wpisywana do czarnego zeszyciku w twardej okładce, przechowywanego na półce z butelkami, tuż obok szyldziku z napisem: „osobom cywilnym kredytu nie udziela się ” Pani Rudnicka odwracała wtedy tabliczkę, napisem do ściany i zdejmowała z półki zeszycik. Kiedy po opróżnieniu butelki nadal żaden oficerski mundur nie pojawiał się przy barze, pani Rudnicka zamawiała następną ćwiartkę u męża, bo knajpa bez gości jest jeszcze gorsza niż ciepłe piwo, a od ciepłego piwa, to już lepsza jest nawet zimna Niemka, jak mawiał pewien emerytowany rotmistrz – jeden z wytrwałych klientów państwa Rudnickich. Zdarzało się więc często, że gdy wreszcie zjawiał się pierwszy gość, właściciele rzucali mu się w objęcia, głaszcząc czule mundur i śpiewając legionowe pieśni, a wówczas Danuśka mogła bezpiecznie obdzielać mnie przekąskami w jakimś odległym zakątku. I choć dręczyły mnie wyrzuty sumienia, bo nie śmiałem nawet sobie wyobrazić jak babcia przyjęłaby wiadomość o pałaszowaniu szynki i schabu, to spiskowanie, z zachowaniem całego rytuału konspiracji zapierało dech z emocji, zapominałem więc szybko o babci. Dziadek nie mieszał się na szczęście do spraw przestrzegania koszeru, bo gdyby miał krzepę pana Raszewskiego i jego pobożność, a być może tylko upozowany na nią konformizm, musiałbym chyba przez wiele tygodni nie pokazywać się w szkole, ale mogłem być zupełnie spokojny – dziadek Abraham nie odznaczał się szczególną religijnością, a już zwłaszcza nie czymś, co mogłoby bodaj przypominać uładzenie …

Bracia Raszewscy chodzili do jednej klasy z małą Rudnicką, miałem więc wgląd w ich życie szkolne. Danuśka – moje zakonspirowane źródło, mój bezinteresowny, wiecznie uśmiechnięty szpieg, opowiedziała mi pewnego dnia, historię zakładania dziennika. Wychowawczyni klasowa wywoływała swoich uczniów, by zapytać o adres i statut socjalny rodziców. Kiedy przyszła kolej na literę R, Eli uniósł się w ławce.

– Nazwisko?
-Raszewski Eliasz
– Adres?
– Józefa Bema siedm…
– Zawód ojca?
– Nie rrrozumiem…
-Co robi twój ojciec?
– Mnienso!

Gdyby pan Lejb Raszewski nie rozładował swego gniewu, grzmocąc z całej siły swego syna Nachme, złość podniosłaby mu ciśnienie krwi ponad granicę wydolności serca, a wówczas rozmowa z nauczycielką musiałaby przybrać inny przebieg i w rubryce zawód ojca należałoby napisać: nieboszczyk. Mówiący z rodzicami w jidisz i słabo wytrenowany w polszczyźnie Nachme nie znał chyba nawet tego wyrazu, dobrze więc mimo wszystko się stało, że wyładowanie ojcowskiej złości na ciele Nachmego nader poręcznie zapobiegło nieprzyjemnemu zgrzytowi w klasie…

Nie wiem jak wyglądał wieczór sederowy w rodzinie Raszewskich, ale nie wyobrażam sobie, by w takiej chwili mogło dojść do jakiejś gorszącej kłótni przy stole, a już zwłaszcza do miotania gróźb pod adresem przyszłych spadkobierców koszernego interesu branży mięsnej.

Jeszcze dziś noszę w sobie tę odurzającą aurę wzniosłości, pomieszaną z bardziej przyziemnymi uciechami, bo aromat gorzkich ziół, wina i paschalnych potraw, przyrządzonych przez babcię, był nieodłącznym akompaniamentem modlitewnego skupienia.

Przed tym wieczorem babcię ogarniała sprzątawica – częsta w naszej rodzinie dolegliwość psychiczna, która szczęśliwie mnie ominęła, więc przez ten babciny szał sprzątania i tak przecież czyste mieszkanie dziadków było przez wiele dni odpucowywane aż przybierało wygląd równie odświętny jak stół z trzema macami w koszyczku, przykrytym ozdobną serwetką…

W takich chwilach opada mnie melancholia i wzdycham do czasów, kiedy wraz z liczną rodziną mamy siedziałem przy stole, nakrytym grubym białym obrusem, wyhaftowanym jeszcze przez babcię mojej babci. może dlatego, że byłem jedynym naonczas wnukiem moich dziadków. Kuzyn Aron, syn wujka Sruela i cioci Sary urodził się dopiero na kilka miesięcy przed wojną, póki więc samotnie reprezentowałem trzecie pokolenie klanu, jego starsi członkowie okazywali mi wiele życzliwej uwagi. Dziadkowie, wujkowie i ciocie, często pytali mnie o zdanie w rożnych sprawach i miałem poczucie, że jestem dla nich kimś ważnym. Zwłaszcza w czasie takich rodzinnych spędów czułem się dorosły, wyrywałem się więc z domu przy lada okazji, wsiadałem w kolejkę elektryczną i wywędrowywałem do przekrzywionego ze starości i nadżartego przez korniki drewnianego domu dziadków na styku Sulejówka z Miłosną. Pamiętam jeszcze dzisiaj trzask, wydawany przez rozeschnięte drewno i zapach rozprażonych na słońcu desek. Dom miał werandę, obrośniętą dzikim winem i otoczony był ogrodem. który w owych czasach wydawał mi się ogromny. Uciekałem pod lada pretekstem od rodziców, żeby pobyć tam bodaj dzień lub dwa z babcią i wujkiem Ezechielem – najmłodszym z czterech braci mamy, który był jeszcze przed maturą i nie wyfrunął z gniazda, jak pozostali trzej jego bracia…

Chciałbym teraz znaleźć się na sederowej kolacji i tak jak wówczas podkradać dorosłym wino z kieliszków, gdy już na lekkim rauszu, rozluźnieni i zajęci rozmową, mieli mniej uważne spojrzenia…

Wzdycham do tego świata, którego dawno już nie ma, chcę opatulić się ciepłem, rozpędzonym tyle już lat temu przez wichry historii i tylko ta melancholia, ogarniająca mnie na wspomnienie sederu sprawia, że wciąż tli się jakaś iskierka i nie wszystko jeszcze rozpłynęło się w niepamięci…

*) Dzięki jednej z mych ulubionych książek: „Mistrzowi i Małgorzacie” żydowska tradycja już od lat łączyła mi się w świadomości z chrześcijańską, bo jak można przeczytać u Bułhakowa: „w białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika posuwistym krokiem kawalerzysty, wczesnym rankiem czternastego dnia wiosennego miesiąca nisan, pod krytą kolumnadą łącząca oba skrzydła pałacu Heroda Wielkiego wyszedł prokurator Judei Poncjusz Piłat.”

nathan gurfinkiel

**) Cokolwiek to znaczy, bo dla bardzo ortodoksyjnego żyda moja religijność znaczy doprawdy niewiele, tak mało, że byłaby czystym bluźnierstwem, dla moherowego bereta – gdyby występowała w barwach katolicyzmu – tym bardziej. Mój pradziadek był niezwykle tolerancyjnym rabinem. Już po wojnie, kiedy wkraczałem w dorosłość ojciec referował mi poglądy pradziadka: ludzie są różnorodni, bo takimi ich stworzył Bóg i tacy powinni być. Niech więc będą rozmaici w swoim postrzeganiu Niewymawialnego (u żydów tylko kapłanom wolno wymawiać imię Boga). Religijność nie polega na tym, że wszyscy w ten sam sposób pojmują tajemnicę boskości – niech każdy będzie żydem w taki sposób, jaki mu podpowiada serce, bo nawet jak ktoś odżegnuje się od wiary, to może ją nosić w sercu, tylko jeszcze o tym nie wie…

Pradziadek zdefiniował też na swój sposób pojęcie grzechu (jest to legenda rodzinna i nie mam sposobu, żeby zweryfikować jej prawdziwość. zwłaszcza że kilkakrotnie przyłapałem tatę na konfabulacji i upiększaniu rzeczywistości): jeżeli nie można w żaden sposób dostać koszernego jedzenia, to trzeba jeść, to co jest dostępne, bo Najwyższy nie nakazuje nikomu zagładzania się na śmierć. Trzeba tylko uważać, żeby nie gustować zanadto za bardzo w tym nieczystym jedzeniu. Można jeść nawet wieprzowinę, kiedy nie ma nic innego – ale nie wolno wysysać kosteczek, bo to dopiero jest prawdziwym grzechem…

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com