nathan gurfinkiel: pasja wg. adama

natan sepia2013-03-29. dwie spośród moich pasji muzycznych  są łatwo rozpoznawalne: ta według mateusza i ta druga według jana – obydwie skomponowane przez mistrza jana sebastiana bacha. mateuszową mam w kilku wykonaniach. jedno jest szczególnie interesujące, bo powstało w roku 1941 na osobiste zamówienie goebbelsa. minister propagandy rzeszy zwrócił się do kantora kościoła św. tomasza w lipsku güntera ramina (w 17. wieku  tamtejszym kantorem był  sam j.s.bach). goebbels miał  powiedzieć raminowi, że trzeba udowodnić światu, iż wbrew temu, co twierdzi antyniemiecka propaganda, kultura nie wyginęła pod rządami narodowego socjalizmu, a wręcz przeciwnie, rozkwita jak nigdy przedtem. – nikt nie nadaje się do tej misji bardziej niż, pan, panie ramin, bo przecież nie bez powodu przylgnął do pana przydomek “mały bach”

misja, zlecona przez goebbelsa przeobraziła się pod batutą mistrza z lipska w swoje przeciwieństwo. ramin zgromadził  bowiem najlepsze siły wokalne, jakie można było znaleźć  w ówczesnych niemczech. artyści pracowali z niebywałym entuzjazmem, tak jakby przez muzykę chcieli odciąć się od nazistowskiej rzeczywistości, muzyka bacha zabrzmiała więc jak wolnościowy manifest, protest przeciwko zniewoleniu i  zaprzęganiu artystów w ideologiczny rydwan. powstało niezwykle natchnione wykonanie, które mimo technicznych  niedoskonałości nie ma sobie równych.

drugie z moich wykonań uważane było przez długi czas za referencyjne i powstało w latach 50. pod batutą karla richtera – niegdysiejszego asystenta ramina, który w odróżnieniu od swego mistrza i kilku innych znanych artystów nie chciał pozostać we wschodnich niemczech pod rządami komunistów…

jeszcze inne z tych, które mam zostało zrobione przed wojna przez willema mengelberga,  kierującego przez ponad pół stulecia amsterdamską orkiestrą concertgebouw. to właśnie on zrobił z tej prowincjonalnej kapeli jeden z czołowych zespołów symfonicznych w świecie. mengelberg stoi na czele mego prywatnego rankingu dyrygentów wymarłego już pokolenia.

w dziejach niemieckiej fonografii z czasów wojny zdarzały się przypadki podobne do kreacji güntera ramina. wystarczy wspomnieć koncerty filharmoników berlińskich pod dyrekcją wilhelma furtwänglera. który w przeciwieństwie do tylu swoich kolegów pozostał  w niemczech po dojściu hitlera do władzy, ponieważ wmówił sobie misję ratowania kultury niemieckiej przed zalewem brunatnego barbarzyństwa. jednakże goebbels przechytrzył wielkiego dyrygenta, obsypując go honorowymi tytułami i nagrodami, a gdy ten  wzbraniał się przed ich przyjmowaniem, mówił, że nie ma to nic wspólnego z polityką, bo państwo docenia go i podziwia jako genialnego muzyka.

historia z furtwänglerem powtórzyła się na węgrzech po powstaniu z 1956, kiedy wielu świetnych muzyków znalazło się  za granicą. nienawidzący komunizmu jános ferenscik został w kraju; gdyby znalazł się wówczas na zachodzie, szybko by zabłysnął na firmamencie muzycznym, bo był dyrygentem dużej klasy. nie miał jednak koncertów w największych salach i nagrań w wielkich wytwórniach płytowych – tego co napędza sławę i sukces…

niezwykłe też jest nagranie “winterreise” schuberta w wykonaniu tenora  petera andersa z michaelem raucheisenem przy fortepianie (schubert napisał ten cykl pieśni na głos tenorowy, nie na baryton lub bas, jak przyjęło się myśleć po kreacjach fischer- dieskaua, preya lub hottera). powstało ono w czasie dwóch sesji w styczniu i kwietniu 1945. w czasie tej drugiej sesji raucheisen – dyrektor działu muzycznego berliner rundfunk z trudem znalazł studio, które ocalało z bombardowań. akompaniamentem do pieśni schuberta była kanonada z dział, bo berlin byl już w zasięgu ognia sowieckiej artylerii. powstało nagranie niezwykłej  intensywności i choć kanonada artyleryjska nie jest słyszalna na płycie, to wyczuwa się ją jakimś szóstym zmysłem.

opowieść o pasji mateuszowej, którą przytaczam tu na odpowiedzialność narratora usłyszałem od adama (dudusia) pawlikowskiego, muzykologa z wykształcenia który nim został aktorem pisał recenzje w miesięczniku “ruch muzyczny” i tygodniku “przegląd kulturalny”. dudusiowi, a także janowi weberowi, memu koledze z radia, zawdzięczam szmat swej edukacji muzycznej. dudusia ceniłem bardziej, mimo że jan górował nad nim erudycją. choć podziwiałem jana webera i bardzo go ceniłem, jego gust muzyczny często wydawał mi się zbyt obciążony tradycją i mało otwarty na nowe prądy w muzyce…

duduś jest moim nieustającym wyrzutem sumienia. kiedy w aurze marca ’68 “warszawka” zorganizowała bojkot mego przyjaciela, dałem się zwariować i dołożyłem swą malutką cegiełkę do tego, co później miało się stać. któregoś dnia poszedłem na obiad do SARP-u na foksal, modnego miejsca spotkań. duduś siedział sam przy stoliku i kiedy mnie zobaczył podszedł żeby zaproponować miejsce przy swoim stoliku w przepełnionym lokalu. nie zareagowałem na entuzjastyczne powitanie i jego ręka zawisła w powietrzu.

po trzech  czy czterech  latach przeczytałem nekrolog w “życiu warszawy”, a potem poznałem okoliczności jego śmierci. jeszcze dziś nie mogę się otrząsnąć z poczucia winy…

nathan gurfinkiel

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. Magog 2013-03-30
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com