Jan Różdżyński: Zwyczajna miłość

Moja Rosja

– Nasze życie, to nic niezwykłego. Żyliśmy jak wszyscy tutaj… Niezwykłe jest, że zdarzyły się w tym życiu trzy cuda: po pierwsze, że  przetrwałam ja, po drugie, że przetrwał on. No i cudem jest to, że się spotkaliśmy. – Pani Irena ma wesołe i zarazem uważne oczy. W ojczystym języku mówi powoli, ze śpiewnym, kresowym akcentem. Pan Peter odzywa się rzadziej: zna po polsku kilka, może kilkanaście słów, których nauczył się od żony. Po rosyjsku mówi z twardym akcentem. Prawy kącik warg i policzek ma nieruchomy. Jego twarz jest od wielu lat częściowo sparaliżowana.

Za oknem mieszkania państwa Epp w odrapanym bloku, niedaleko wieży telewizyjnej w Magadanie, igra jesienne słońce. Wydobywa z kamiennych usypisk soczysty amarant i jaskrawe, szmaragdowe plamy z żyłkami ochry i purpury. Niewiarygodna pstrokacizna, jakby z palety Van Gogha, przeczy wyobrażeniom o tym ponurym miejscu. Ale tak kolorowo jest tu zaledwie kilka dni w roku. Wkrótce mchy na sopkach znowu zblakną i ustąpią burym odcieniom, a za parę tygodni wszystko skryje oślepiająca biel – najzimniejszy, śmiertelny kolor.

Irena i Peter siedzą uroczyście za stołem zastawionym serwisem i ciastkami. Całym sercem witają niespodziewanego gościa z dalekiej Polski. Na serwantce wśród bibelotów, obok wazonu z drogimi tu kwiatami, pyszni się kolorowe zdjęcie uśmiechniętego syna. Obok stoi – znacznie większa od fotografii –  ikona Matki Boskiej Ostrobramskiej.

Opowiadają o swojej miłości. I chociaż żadne z nich nie wypowie tego słowa, całe ich wspólne życie świadczy o sile uczucia, które pomogło pokonać pogardę i rozpacz. Nad Kołymą, gdzie przez parę dni w roku zbocza gór mienią się barwami tęczy, Irena i Peter, jak tysiące innych przeszli tu przez zaprzeczenie człowieczeństwa.

Ale Amerykanów, Japończyków i innych turystów przybywających do Magadanu z Europy łagry nie interesują. Z Alaski, z Hokkaido i z głębi Rosji, przylatują obładowani sprzętem myśliwskim i wędkarskim. Płacą, żeby poczuć adrenalinę polując w kamienistej tajdze lub łowiąc okazy w krystalicznych rzekach, a wieczorami piją z miejscowymi wódkę z musztardówek. Wychodzi taniej niż np. w Kanadzie. W sezonie liczba rejsów z Anchorage jest niewiele mniejsza od tych z Moskwy. I tylko czasem, właśnie podczas takich wieczornych rozmów, okazuje się, że właściwie wszyscy spotkani tu miejscowi to dawni zecyspiec-posielency albo ich dzieci. I że ich opowieści z całkiem innego powodu niż wędkowanie czy polowanie potrafią gościom zmrozić krew w żyłach.

Kiedy przemierzałem Kołymski Kraj nie znałem jeszcze państwa Epp. Może dlatego nie szukałem pozostałości łagru kobiecego, w którym pijani strażnicy gwałcili Irenkę Januszkiewicz, nastoletnią łączniczkę AK z Wileńszczyzny. Nie rozglądałem się też za męskim łagrem, w którym młody chłopak Peter Epp, za to, że jest zaporoskim Niemcem, przed każdym wymarszem więźniów do wyrębu tajgi, bity był po twarzy. Irena i Peter uważają, że wkrótce nikomu już nie uda się trafić do tych miejsc, bo powoli znikają, a na ich miejscu wyrastają współczesne osiedla. Kołymski klimat: pięćdziesięciostopniowe mrozy i huraganowe wiatry, powoli ale skutecznie zaciera ponure ślady działalności człowieka. Być  może nastanie taki czas, w którym informacje o „Dalstroju” odnaleźć będzie można już tylko w archiwach Memoriału, w „Opowiadaniach Kołymskich” Warłama Szałamowa i w opowieściach starszych mieszkańców tej nieprzyjaznej krainy. Irena mówi, że kilka lat temu w magadańskich dyskotekach furorę wśród młodych robiły świeczniki wykonane z… ludzkich czaszek znajdowanych w byłych łagrach. – I wie pan, że wielu nie widziało w tym nic niestosownego!  Tylko niektórzy, starsi się oburzali.

W Butugyczagu, łagrze do którego trafiłem dzięki przyjaciołom z Memoriału, przyroda nie spieszy się zbytnio z zacieraniem śladów. Może daje szanse ludziom, żeby upamiętnili to miejsce? Na dnie trudno dostępnej kotliny w Górach Kołymskich wala się sporo zardzewiałego żelastwa: kikuty kilofów, wygryzione łopaty bez trzonków. Między rozrzuconymi w nieładzie kopalnianymi wagonikami rośnie wysoka trawa. Wszędzie sterczą pogięte szyny, a przed największym hangarem z powybijanymi oknami piętrzą się kopce żółtawej, żwirowatej substancji. Więźniowie w sztolniach na sąsiednich stokach wydobywali rudę ołowiu, zwozili ją wagonikami w dół do hangaru, zwanego „fabryką” . Tam inni, w ogromnych kadziach, przy pomocy prymitywnej technologii wzbogacali minerał. Prawie nie widać spod zarośli betonowego pasa startowego, z którego wzbogacona ruda wylatywała samolotami gdzieś w głąb ZSRR. Najgorzej zachowały się baraki z desek i gliny. Żaden nie ma już dachu. Wszystko robi wrażenie porzuconego w wielkim pośpiechu, jakby w panice. Łagier przestał działać wkrótce po śmierci Stalina.

Irena i Peter „zaliczyli” po kilka kołymskich zon, ale ani on do męskiego Butugyczagu, ani ona do niedalekiej, kobiecej „Bachantki” (wakhanki), nie trafili. Na szczęście.

– Nasze zony niczym specjalnym od tamtych się nie różniły. Tylko, że tam umierało się szybciej, niż gdzie indziej. Ale ona nas strzegła, czuwała nad naszym losem – Irena poprawia Ostrobramską Madonnę, a Peter dodaje: – Tam byśmy nie przeżyli. Więźniowie wytrzymywali około pół roku. Strażnicy trochę dłużej. Jedni i drudzy umierali przeważnie na chorobę popromienną – i opowiada, że dopiero po rozpadzie ZSRR wyszło na jaw, że w Butugyczagu razem z rudą ołowiu wydobywano rudę uranu i że materiał rozszczepialny pochodzący stamtąd posłużył do budowy pierwszej sowieckiej bomby atomowej.

Pytam, co mógł oznaczać na wpół zatarty napis „Zabij mnie 15.11.51” wydrapany na ścianie, na który natknąłem się w jednym z baraków Butugyczagu. Kto i po co wyznaczał termin własnej śmierci?

– Sam to przeżyłem. Takie prośby nikogo nie dziwiły – zdrowa część twarzy Petera lekko drży. Ludzie nie wytrzymywali. Wycieńczenie fizyczne i ciągły strach wywoływały ostre nerwice i choroby psychiczne.

Niewiele wówczas brakowało by Peter stał się dochodiagą, czyli skrajnie wycieńczonym strzępem człowieka czekającym na śmierć. Miewał nawet czarne myśli, żeby samemu ostatecznie skrócić ból i upokorzenie, albo kogoś o to poprosić. Przetrwał, bo w najgorszym momencie pomogli mu inni współwięźniowie. Potem, w dwa lata po zakończeniu wojny, trafił z kołymskiego łagru do Magadanu, na budowę. I chociaż miał zakaz oddalania się z zony (specposielenija), wyobrażał sobie, że tak wygląda prawie-wolność. A jeszcze później, kiedy na tej budowie poznał Irenę, pomyślał, że jest w raju.

Droga Ireny na magadańską strojkę rozpoczęła się od aresztowania przez NKWD w zajmowanym przez Armię Radziecką Wilnie. Potem był łagier w obwodzie irkuckim, gdzie, podobnie jak Peter, pracowała przy wyrębie lasu, później kopała torf w Jakucji nad Leną, aż w końcu trafiła do systemu „Dalstroju”. Wyróżniała się urodą i obyciem, a jej „pańskie” zachowanie rzucało się w oczy. Pewnie dlatego upodobali ją sobie łagrowi strażnicy. Była ich igruszką. Nie chce opowiadać o tym koszmarze.

– Niech pan o to nie pyta – zanurza twarz w dłoniach – upodlenie, które wtedy przeżyłam śni mi się czasami i zaraz budzę się z krzykiem, zlana zimnym potem. Peter musi mnie długo uspokajać. Tylko on umie to robić.

Jednak budowa to już nie był łagier – ludziom wolno było spotykać się ze sobą, zarabiali prawdziwe pieniądze, za które mogli coś kupić. Mieli też coś w rodzaju „czasu wolnego”. Dla Ireny i Petera był to czas, kiedy się poznali: wragi naroda, Polaczka i Germaniec, więźniowie Gułagu, oddzieleni tysiącami kilometrów od swoich rodzinnych stron.

I właśnie wtedy do nich przyszła: niespodziewana, wspaniała, pełna uśmiechów i dawno zapomnianych słów. Tkliwa i trochę niezdarna: miłość, eine Liebe, lubov’.  Peter narażał się na surowe kary, kiedy wymykał się z zony, aby daleko na sopkach znaleźć dla Ireny rzadko rosnące kwiaty. Ona z kolei, we wspólnej barakowej kuchni starała się przyrządzić dla niego coś specjalnego, na przykład taki rarytas, jak pieczone kawałki prawdziwego pszennego chleba z cukrem.

Za to na weselu było dużo… łososia i czerwonego kawioru (do dziś na magadańskich bazarach specjały te, jesienią, kiedy ryba wchodzi na tarło do rzek, są chyba najtańsze na świecie). Młodej parze przysługiwał przywilej zamieszkania w osobnym barakowym pokoju. Ów „pokój” stanowiła maleńka część wielkiej, wspólnej izby, oddzielona od ludzkich spojrzeń wiszącymi na sznurku dwoma kocami, ze zbitym z desek posłaniem.

Jak urodziłam córkę, przydzielili nam w baraku prawdziwy pokoik, tyle, że bez okna – Irena opowiada z uśmiechem o szczęściu we troje na sześciu metrach kwadratowych. I o tym, jak później Peter, oczywiście, po otrzymaniu wszelkich zezwoleń, własnoręcznie zbudował dla rodziny niewielki drewniany domek. Przenieśli się tam, kiedy na świat przyszedł syn i kiedy otrzymali dowody osobiste. Irena zaczęła pracować w sanatorium, a Peter stał się fachowcem budowlanym.

Ale wyjechać w rodzinne strony nadal nie mogli. Irena dowiedziała się, że jej matka, wraz bratem i trzema siostrami, jako repatrianci, mieszkają w podwałbrzyskiej wiosce. Kiedy w 1964 roku nadeszło od mamy zaproszenie do Polski, Irenę wezwali do KGB.

– Powiedzieli, że pozwolą mi odwiedzić rodzinę, ale żądali, abym zapamiętała, kto z moich bliskich i znajomych w Polsce ma antysowieckie poglądy. Grozili, że jeśli po powrocie opowiem, co widziałam w Polsce, o tym,  jak tam ludzie żyją, więcej do Polski nie pojadę.

A kiedy po wielodniowej podróży, po przebyciu prawie dziesięciu tysięcy kilometrów znalazła się wśród swoich w wytęsknionej ojczyźnie, nie chciała wracać na drugi koniec świata. Tego innego świata, gdzie czekał Peter z dziećmi, bez prawa wyjazdu. Przepłakała z mamą wiele godzin. Od początku było jasne, że wróci. Wcale nie dlatego, że tak kazała władza sowiecka, tylko dla niego i dla dzieci. I wróciła. Właśnie wtedy przywiozła ukradkiem Ostrobramską Madonnę. Ale kiedy dotarła z powrotem do Magadanu okazało się, że ich domek rozwalił spychacz, bo w miejscu, w którym stał władza postanowiła zbudować jakiś zakład, kolejny pomnik socjalizmu.

Następnych kilka lat spędzili w najbardziej sowieckim z sowieckich mieszkań – w komunałce. Potem władza przydzieliła im dwupokojowe, z prawdziwą łazienką, w bloku z wielkiej płyty. W międzyczasie podrastały dzieci, a lata w Magadanie biegły jedne za drugimi. Gdzieś tam, na zachodzie ich wielkiego kraju przemijała epoka zastoju, potem zaczęła się i skończyła pierestrojka, później przyszła demokracja, a Magadan, miasto – symbol nad Zatoką Nogajewa właściwie się nie zmieniał.

Dzieci Eppów mają dziś własne rodziny i od dawna są na swoim. Tęsknią do innego życia. Syn i córka mieli już okazję zobaczyć Polskę. Wybierają się odwiedzić Niemcy, jak mówią, swoją drugą pra-ojczyznę. Chcieliby kiedyś wyjechać z Magadanu na zawsze.

– Wiem, że wszędzie żyje się lepiej niż tu, ale takich, jak my nie stać na wyjazd. Może nasze dzieci… Żeby pokryć koszty przeprowadzki, na przykład do Polski, musielibyśmy wszystko sprzedać i jeszcze się zapożyczyć. Mam tam wprawdzie rodzinę, ale komu potrzebnych jest dwoje schorowanych emerytów bez grosza i dachu nad głową? Do Niemiec też nas nie ciągnie. Peter nigdy tam nie był…

Spojrzenie Ireny spoczywa na twarzy męża, a na jej ustach błąka się nikły uśmiech – Widzi pan, my tu przeżyliśmy prawie całe nasze życie. Zwyczajne, jak wszyscy. Może jedno różniło nas od innych: przez tych kilkadziesiąt lat się nie pokłóciliśmy, a on ani razu nie podniósł na mnie głosu. I pewnie tu nas pochowają. Obok siebie.

Jan Różdżyński

tekst był opublikowany w miesięczniku „Nowaja Polsza” nr 1(93) 2008

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com