Sławomir Popowski: Idzie nowe?

Uczestniczyłem w dwudniowej konferencji “Polska polityka wschodnia”, organizowanej każdego roku przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego oraz wydawany przez tę firmę dwumiesięcznik “Nowa Europa Wschodnia”. I pewnie nie zawracałbym głowy swoimi refleksjami, gdyby nie jeden, optymistyczny fakt: od lat jestem mniej lub bardziej aktywnym uczestnikiem tych spotkań, gromadzących czołówkę naszych ekspertów zajmujących się krajami na wschód od Bugu, ale po raz pierwszy zadziwiło mnie to, że – wreszcie – zaczynamy mówić innym językiem.

Tym razem nie było już sporów o to, która polityka jest lepsza: “jagiellońska”, czy “piastowska” i kto lepiej zrozumiał Giedroycia; kto jest rusofobem, a kto rusofilem i czyja racja jest “jedynie słuszna”, aby mogła stać się “racją stanu”. Było za to wiele zimnej, racjonalnej analizy, wolnej od politycznych i ideologicznych konotacji, będących zmorą naszych debat o polityce w ogóle, a o polityce wschodniej – w szczególności.

Mówiąc inaczej – i nieco przerysowując, (ale tylko nieco) – zamiast sprzeczać się o to, czy pancerna była brzoza, czy samolot, jak straszny jest Kreml i KGB-ista Putin, a w tym kontekście: czy “powinniśmy rozmawiać z Rosją taką, jaką jest”, (to cytat z pierwszego expose premiera Tuska w 2007 r); wreszcie, dlaczego lepsza jest “pomarańczowa” Tymoszenko od prorosyjskiego Janukowycza – otóż zamiast tego wszystkiego była na prawdę rzeczowa, realistyczna rozmowa o rzeczywistych możliwościach i ograniczeniach naszej polityki wschodniej.

Przykład: dyskusja prowadzona w ramach panelu, który dość publicystycznie zatytułowano – “Europa Wschodnia w wiecznej poczekalni, czyli w co gra Unia Europejska”. Temat politycznie bardzo gorący, bo dotyczący szans i europejskich perspektyw takich krajów, jak Ukraina, Mołdawia, czy Białoruś, których wprowadzenie do UE i NATO jest traktowane, jako jedno z fundamentalnych założeń naszej polityki zagranicznej. Tych strategicznych celów nikt nie kwestionował. I nie ma znaczenia, czy wypowiadał się europoseł Konrad Szymański, czy Eugeniusz Smolar z PISM, w sprawach generalnych panowała zgoda. Generalnych – to znaczy: że polska polityka wschodnia może być skuteczna, jeśli wpisywać się będzie w politykę europejską i że inicjatywa w tej sprawie powinna należeć do Polski; dalej – że znakomitym pomysłem było wciągnięcie Niemiec do realizacji wspólnych przedsięwzięć dyplomatycznych na kierunku wschodnim; wreszcie, że niedawny, wspólny list szefów dyplomacji Polski i Niemiec w sprawie europejskiej polityki wobec Rosji był politycznym majstersztykiem i tak powinien być on oceniany.

I kolejny przykład: sobotnia debata w ramach panelu: “Rusofile i rusofobi, czyli jak racjonalnie rozmawiać z Rosją?”. Bardzo szanuję prof. Włodzimierza Marciniaka, (członka polsko-rosyjskiej Grupy ds trudnych), z którym jednak nie zawsze się zgadzałem. Ale to on najsensowniej sformułował, na czym polega problem tzw. rusofili i rusofobów: to – powiedział – spór właściwie pozorny, który należałoby rozpatrywać w kategoriach psychologicznych, jeśli nie psychiatrycznych. W istocie – podsumował – to spór wewnętrzny, polski, w którym tak naprawdę nie chodzi o racje, ale o interesy – także polityczne – różnych grup w to zaangażowanych. Mówiąc inaczej – jeśli dobrze zrozumiałem prof. Marciniaka – interesy dyplomatyczne są tu podporządkowywane regułom wewnętrznej walki politycznej…

W podobnym duchu wypowiadał się prof. Hieronim Grala z Uniwersytetu Warszawskiego (żałuję, że go nie nagrałem, bo było to znakomite wystąpienie), no i dwaj eksperci z młodszego pokolenia: Ernest Wyciszkiewicz z Polsko-Rosyjskiego Centrum Dialogu i Porozumienia oraz Dominik Jankowski z Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Dla nich pytanie, jak rozmawiać z Rosją jest wolne od jakichkolwiek ideologicznych obciążeń i emocji; są do bólu realistyczni i pragmatyczni. Ale na tym właśnie, do czego w relacjach polsko-rosyjskich przekonuję od dawna, polega prawdziwa polityka. I za to właśnie cenię premiera Tuska, że w 2007 r miał odwagę powiedzieć, że z Rosją trzeba rozmawiać, a ministra Sikorskiego – że taką właśnie strategię dyplomatyczną stara się realizować.

Czy wszystko to co napisałem wyżej, świadczy już o jakiejś zasadniczej zmianie jakościowej w podejściu do spraw polityki wschodniej? – Byłbym ostrożnym z udzielaniem jednoznacznie pozytywnej odpowiedzi. Pewnie jeszcze nie raz będziemy wracać do klasycznych sporów i wzajemnego obrzucania się epitetami i oskarżeniami o rusofilstwo i rusofobię, ale nowy język mówienia o tych sprawach już się pojawił, już jest w użyciu. Unijna, europejska lekcja dyplomacji nie idzie na marne. I może to tylko cieszyć.

Sławomir Popowski

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. Federpusz 2011-11-21
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com