Stefan Bratkowski: Atlantyda, tak niedaleko (20)

ciesla2013-04-28.

W tych praczasach, przed lat tysiącem, najwyższe umiejętności rzemieślnicze graniczyły z magią., a w ludziach, którzy umieli wykuć miecz lub zbudować dom, upatrywano czarodziejskich zdolności. Dziś więc – jak zapowiadałem – opowiem o takich, którzy tworzyli Nowogród Wielki, a równie dobrze potrafili się zań bić…

20. JAK DREWNODZIEJE ZOSTALI PŁOTNIKAMI

Wcale nie byli od początku „cieślami”. We wczesnych źródłach pisanych Rusi występują „dieriewodieły”, drewnodzieje. Potem zostają „płotnikami”, prawdopodobnie za nowogrodzkim wzorem. Wygląda na to, że nigdy nie byli tylko budowniczymi. Potem, w wareskich wyprawach wojennych, to oni, „płotnicy”, zwalali ochronne zasieki wokół obozów, stawiali ostrokoły, montowali pułapki; w razie potrzeby montowali – sztuka najwyższego wtajemniczenia! – mosty na łodziach. Od dawna, od wieków już: kiedy znacznie wcześniejszy, bizantyjski autor „Strategikonu”, przypisywanego cesarzowi Maurycjuszowi, zaleca przygotowanie pływających mostów dla przeprawy przez rzeki, mówi o nich jako o „płotach” – i ma na myśli, rzecz jasna, kładzione na łodziach drewniane pomosty! Zagadką tylko pozostanie, dlaczego i na Słowiańszczyźnie, i w Skandynawii, brzmiący bardzo podobnie „płot” stał się określeniem palisady. Jego źródłosłów i tu, i tu, kryje się w „pleceniu”, tym samym źródłosłowie, co dla płótna i plotkarstwa. Znak, że pierwotne ogrodzenia tego rodzaju nie miały wcale wojskowego charakteru i polegały na przeplataniu kołków płotu wikliną; po fińsku „płot” nazywa się zupełnie inaczej. Ale choć owe „płoty” były w rzeczywistości specjalnością przede wszystkim wojenną, nie sądzę, by dopiero wspólna ekspansja wojskowa „Rusi” nowogrodzkiej uczyniła cieśli nowogrodzkich „płotnikami”.

Owi cieśle, jak zapewne wszyscy mistrzowie rozmaitego rzemiosła, mogli być groźni, bo wysokie umiejętności, nie tylko kowalskie, jak zauważyłem po latach swych badań, zawsze kojarzyły się w społeczeństwach pierwotnych z magią – gdyby się kto budowniczemu domu naraził, potrafiłby taki odpowiednim „zaciosem” w ścianie tego domu wywołać śmierć lub chorobę jego właściciela, więc też lepiej było mieć w cieśli przyjaciela. Płacono mu więc nie tylko za budowę samą. Także za przychylność.

Cieśle nowogrodzcy nie byli jednymi z wielu cieśli na Rusi. Nowogród wręcz nimi na Rusi zasłynął. Dlatego nie sposób sobie wyobrazić, by ich własna dzielnica Nowogrodu, Płotnicki Koniec, za Fiodorowym Potokiem, powstała akurat najpóźniej. Za moim poglądem przemawia fakt, że opasywał ją wraz ze Wzgórzem Sławieńskim ten sam wysoki wał z tą samą fosą, zaś oddzielał ją od niego znany już nam sztuczny potok. Co więcej, przypuściłbym, że cieśle ci od początku byli mieszanką bardzo różnego plemiennego pochodzenia – jak ci, co w lasach Wałdaju, o czym się dowiemy, cięli tamtejsze dęby, osiki i sokory na jednodrewki do sprzedaży kijowskim Rusom.

Jak mocno kojarzyli się całej późniejszej Rusi „płotnicy” z Nowogrodem, jak dobrze znano ich mistrzostwo, niemal symbolizujące Nowogród, świadczy… pewna późniejsza bitwa z roku 1016. Wyprzedzimy tu w narracji bieg historii, ale potrzebujemy tej anegdoty, by ukazać ich sławę.  Nowogrodźcy kolejny raz poszli wtedy zdobywać tron kijowski dla „swojego” kniazia, wówczas – chromego Jarosława, nazwanego później Mądrym. Doszedłszy z nim pod Lubecz, stanęli Nowogrodźcy naprzeciw oddziałów Świętopełka, Światopełka, czekających po drugiej stronie Dniepru. Wyjechał ku nim nad brzeg rzeki Światopełkowy wojewoda, Wołczyj Chwost, Wilczy Ogon, by, jak było w zwyczaju, miotać przed bitwą obelgi pod adresem przeciwników i naigrawać się z nich. To, co wywrzaskiwał kijowski wielmoża, przyniosło historykom bezcenne informacje. Ryczał:

– Czegoście przyszli z tym kuternogą, to-ż wy płotnicy jesteście? Postawimy was domy nam budować!

Rocznikarz najwidoczniej pominął wyzwiska rutynowe; odnotował, jak rasowy dziennikarz, to, co mu się wydawało oryginalne i wyjątkowe. Owi cieśle, czyli Nowogrodźcy – najgorsze teraz, jak się już orientujemy, zabijaki Rusi – tak się potem sprawili w bitewnym starciu, że Światopełk

musiał uciekać z kraju, ale dla nas tutaj ważna jest renoma owych cieśli, sięgająca aż Kijowa! Nie mogła być sławą z ostatniej chwili; musiała szerzyć się i umacniać latami, przez co najmniej kilkadziesiąt lat, i nie tylko z tytułu produkcji dłubanek – skoro Wołczyj Chwost nie obiecywał zatrudnić Nowogrodźców przy produkcji łodzi, lecz w budowie domów…

Nie przesadziłem, używszy słowa „cywilizacja” w odniesieniu do Nowogrodu. Nowogród wyprzedzał średniowiecze Północy europejskiej o parę wręcz stuleci. Podobnie zresztą jak słowiańska Stara Lubeka.

Matkowała wynalazkowi, jak zawsze, potrzeba. I na wzgórzu Sławieńskim, i po drugiej stronie, na terenie grodu, biły małe źródełka. Gdyby ich wód jakoś nie odprowadzać, zabagniłyby całą okolicę błyskawicznie. Stąd narodził się niezwykły jak na tamtą epokę system ścieków, zarazem – system odwadniający.

Ciasne miasta ówczesnej Europy zachodniej całymi stuleciami wylewały pomyje i odchody – przez okna, wprost na ulice. Miasta, budowane zwykle na wzniesieniach, z ciasnymi uliczkami, czekały na błogosławieństwo deszczu, który spłukiwał błoto z gnojowiskiem w dół, do fos, potoków i rzek podmiejskich; świnie, bobrujące po ulicach, dożywiały się odpadkami. Spacer miejskimi uliczkami czy przejazd konny niósł ze sobą ryzyko przykrych niespodzianek: na przechodnia czy jeźdźca w każdej chwili mogła lunąć struga fekaliów z opróżnianego nocnika albo jakaś breja niedojedzonych resztek z garnka. Natomiast w Nowogrodzie nadmiary wody i ścieki szły do Wołchowa systemem ścieków. Jak w miastach starożytnych. Jak – co najistotniejsze – w Bizancjum.

„W roku 1937 – wspominał Walentin Janin w roku 1953 – kiedy Muzeum Nowogrodzkie prowadziło wykopaliska we wschodniej części Dworzyszcza Jarosławowego, natrafiono na kilka drewnianych ścieków, które początkowo datowano na XVI-XVII wiek. Dalsze badania wyjaśniły jednak, że datowano je błędnie, ścieki bowiem leżały bezpośrednio w warstwie typowych znalezisk z XII-XIII wieku. Następnymi laty odsłaniano już takie ścieki jeden po drugim w warstwach kulturowych z tego właśnie wcześniejszego okresu, wszelako leżały one w nich w odmiennym, bardziej określonym porządku” (skorygowane tłum. H. Harlanda).

Jeszcze przed II Wojną Światową znaleziono, głównie w wykopach na miejscu Jarosławowego Dworzyszcza, kilka rur. Prezentowały się nader okazale – półmetrowej grubości pnie drzewne, przepołowione wzdłuż i wydrążone. Nie znaleziono ich dużo i nie bardzo umiano sobie wtedy ich przydatności wytłumaczyć. Dopiero po drugiej wojnie światowej udało się odsłonić spory kawałek całego systemu.

Owe rury składano przed może i tysiącem stu laty nawet; składano je z owych połówek, łącząc je zygzakowatymi wcięciami, a miejsca połączeń uszczelniano, owijając kilkoma warstwami kory brzozowej. Kilka rur sprowadzało wodę z różnych dzielnic miasta do obszernych zbiorników, które pozwalały jednocześnie kontrolować czystość systemu – namuł i odchody osadzały się po drodze w specjalnych beczkach. Na koniec rurą z każdego zbiornika nagromadzone wody spływały do rzeki.

Była to robota solidna, obliczona, dosłownie, na wieki. Nie przesadzam. System działał tam, gdzie go nie zniszczono, aż po nasze czasy. Walentin Janin opisywał, jak w trakcie wykopalisk przyszło jedną z rur przepiłować – i trysnął z niej strumień wody, odprowadzanej z jakiegoś bijącego nadal źródełka…

Na drugim krańcu słowiańskich domen, w Starej Lubece, mieście portowym Obodrytów, archeologowie znaleźli podobne urządzenia. Stara Lubeka leżała na podobnych gruntach. Czy

mogła skorzystać z doświadczeń Nowogrodu? Jak najbardziej. Handlowała z Nowogrodem,  zanim jeszcze w XII wieku zniszczył ją samą najazd Ranów. Później nowy jej zdobywca, książę

Holsztynu, ulokował miasto w innym, dzisiejszym już miejscu; tam pod starą, słowiańską nazwą stała się w dalszych latach niemieckim już miastem „wendyjskim” i centrum przyszłej Hanzy – równie brudnym jak wszystkie inne miasta średniowiecznej Europy.

Zdumiewał mnie, jako człowieka obeznanego z historią techniki, zmysł techniczny konstruktorów nowogrodzkich: wzory doskonałych rzymskich systemów ściekowych i

odwadniających, które mogli oglądać w Bizancjum, bardzo trudno było naśladować w cywilizacji drewna. Ścieki tu wymagały snycerskiej precyzji w pracy nad materiałem mało podatnym technicznej precyzji. A jednak im się udawało. I czas się, moim zdaniem, zgadza – system odwadniający nie narodził się od razu w pełnym swoim kunszcie, doskonalił się wraz z  doświadczeniami własnymi, jak też obserwacjami ścieków Chersonezu i Bizancjum. Na terenie grodu, jak przypuszczam, instalowano jego pierwociny już nawet w IX wieku – trudno przypuścić, by źródełka czekały grzecznie na konstrukcję ścieków, powstrzymując się od wypływu wody. Tyle że pierwsze rury czy może raczej koryta odpływowe były pewnie znacznie prymitywniejsze od tych, które przetrwały aż po wiek XX w swojej skończonej, doskonałej postaci.

To byli naprawdę – konstruktorzy. Budując dom, przygotowywali belki w innym miejscu i dopasowywali je do siebie, po czym oznaczali nacięciami ich kolejność do montażu w ścianie. Jak stwierdził Arcichowski, operowali co najwyżej dziesięcioma nacięciami, które się powtarzały regularnie, od jednego do dziesięciu, bez omyłkowych przestawień (znów ten system dziesiętny, całkowicie obcy sagom i bylinom!). Nie wiem, jak te nacięcia wyglądały, czy miały coś ze

skandynawskich run, czy były znakami słowiańskimi, czy też pojawiły się dopiero z alfabetem greckim, którego litery służyły również jako cyfry. Przypuszczam jednak, że w cywilizacji drewna musiały być pomysłem bardzo starym. Bo to byli fachowcy, jak widzimy, bardzo wysokiej klasy.

Umieli zmajstrować i koła do wozów – choć nie bardzo tu chyba wozów potrzebowano, skoro niewiele było dróg; Nowogrodowi przydawały się raczej gięte płozy do sań w okresie zimy. Bardzo wcześnie ci fachowcy opanowali sztukę bednarską, produkowali beczki i wiadra, umieli więc giąć drewno i na płozy; znajdowane zaś rzeziwa do prymitywnych tokarek, obok naczyń i figurek, wytoczonych z drewna, kości i rogu, ujawniły, że tokarstwo kwitło tu również. Tym

bardziej – snycerstwo, dla którego drewno było tworzywem wspaniałym.

Być może nie sięgali pierwotni słowieńscy artyści miary wielkiej sztuki; myślę, że dopiero kontakt z kulturą i sztuką Bizancjum inspirował wyższe ambicje twórcze. Ale nawet normańskie wzory plecionkowe, rzeźbione w drewnie, kilku szkół zresztą, sygnalizowały talenty Nowogrodzian i wyobraźnię. Szukali piękna, zanim poznali piękno wyższe. Inaczej niż Normanowie, nie potrzebowali go chyba dla straszenia innych. Bizancjum zaś epoki ikonoklastów, kiedy obrazy i figury ludzkie zastępowano abstrakcyjnymi ornamentami, też rodziło podobne wzory; Ruś zaczęła wprawdzie handlować ze stolicą chrześcijańskiego świata już po klęsce obrazoburstwa, ale nie mogła nie przyglądać się zdobnictwu epoki ikonoklastów i zdobnictwu muzułmanów.

Nie zajmujemy się tu owymi „drewnodziejami” dla historii sztuki Nowogrodu Wielkiego. Od tego specjalistów nie brakuje. Dla nas ci szanowni, budzący nawet i pewien lęk budowniczowie liczą się obok hutników-kowali i wojów jako ważni ludzie Nowogrodu. A bez rozpoznania, kto był w nim ważny, kto się liczył w mieście, trudno coś wnioskować o tym, czemu to państwo-miasto zawdzięczało swój rozwój i rozkwit. Jak rosło, opowiem.

Stefan Bratkowski

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. elkaem 2013-05-01
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com