Alina Kwapisz-Kulińska: Śledź do potęgi9 min czytania

()

szpieg agent2013-07-11.

Podsłuchiwanie prywatnych rozmów osób publicznych, wykradanie poufnych informacji i ich upublicznianie to znaki naszego czasu. Niebezpiecznie łatwe.

Dziennikarze korzystali i korzystają z plotek, pogłosek, nawet anonimów, z różnych źródeł niejawnych. Każdy, kto pisze, ma swoje „źródła”, ale tego, co się słyszy, na ogół się nie publikuje in extenso. Takie informacje trzeba sprawdzać, potwierdzać lub choćby uprawdopodobniać. Albo zachować w swojej i swoich szefów pamięci do czasu stosownego do opublikowania. Niekiedy trzeba rozeznać tego prawne skutki. Na tym polega praca dziennikarza. Jej większą połową jest często sprawdzanie informacji. Dopiero na końcu ich upublicznienie.

Nie ma powodu, aby zamieszczać wszystko, co zostanie wrzucone do słuchawki telefonu czy do komputera. A wręcz tego nie wolno robić. Nawet, gdy ma się zaufanie do źródła, trzeba sprawdzać to, co wrzuca. Bo zwykle jest jakiś interes w tym, że ktoś coś chce podać do wiadomości, ale bez swojego nazwiska. Dziennikarz źródło chroni, a prawo na to zezwala. Zawsze jednak musi się zastanowić, dlaczego ktoś przychodzi akurat do niego i dlaczego akurat z tą rewelacją.

Przepraszam, że przypominam ABC dziennikarskie, ale odnoszę wrażenie, że jakoś go na studiach, nawet tych specjalistycznych, nie uczą. Albo uczą słabo, bo bez przekonania. Dla mediów zawsze się liczyła szybkość i wyłączność. Zwana dzisiaj z angielska ekskluzywnością. Marny dziennikarz, albo młody i niedoświadczony, dla swojej mołojeckiej sławy może plotkę wziąć za fakt. I przekonać wydawcę do opublikowania. Zwykle się to robi jeden raz w życiu. Potem już wiadomo, dlaczego warto być ostrożnym.

Informacja niesprawdzona a śledztwo dziennikarskie

Pamiętam, jak u początków „Gazety Wyborczej”, bodajże na jej pierwszej stronie pojawiła się informacja o aresztowaniu ówczesnego „oligarchy”, jakbyśmy dziś powiedzieli. Niesprawdzona – i nieprawdziwa. No cóż. Zdarza się, choć miejsca mieć nie powinno, że pragnienie bycia pierwszym stanie przed sprawdzeniem. Pozostaje przeprosić, przyznać się do błędu. A niekiedy stanąć przed sądem.

Gorzej, gdy zamieszczanie wrzutek różnego rodzaju staje się celową polityką redakcji. Praktyki tego rodzaju były regułą w największym okresie panowania dziennikarstwa zwanego śledczym. Polegało ono bardziej na współpracy z zaprzyjaźnionymi, zwykle ideowo, śledczymi (agentami służb, prokuratorami, historykami – ! – a nawet przedstawicielami rządu), niż na prowadzeniu własnego śledztwa, polegającego na mozolnym wyszukiwaniu osób cokolwiek wiedzących w sprawie, na przekopywaniu często nudnych dokumentów oraz wykonywaniu pracy myślowej (jak mówią w wojsku), polegającej na samodzielnym wyciąganiu wniosków. Samodzielność tych dziennikarzy sprowadzała się – a jako czytelnik odnosiłam takie nieodparte wrażenie – do otworzenia komputera, mniej czy bardziej zgrabnego przetworzenia otrzymanych materiałów, przepytania kilku osób z dołączonej listy oraz zamieszczenia pod własnym nazwiskiem zgrabnego – mniej czy bardziej – płodu swojej łatwości pisania i, wreszcie, pobrania honorarium. Ewentualnie można do tych czynności dorzucić odebranie nagrody któregoś „fachowego” gremium.

Dziwnym zbiegiem okoliczności sposób tę rozbuchaną specjalność dziennikarską jak nożem ucięły wybory przegrane przez opcję, która za pośrednictwem tych fachowych i utalentowanych sił krzewiła w Polsce prawo i sprawiedliwość. Śledczym nagle nie było potrzebne upublicznianie jeszcze gorących wyników swoich dochodzeń, prokuratorzy wrócili z ekscytujących sal konferencyjnych do swoich gabinetów i na nudne sale sądowe, ministrowie przestali widocznie dostarczać gotowe i pod klucz efekty swoich działań w dziedzinie krzewienia ludowej sprawiedliwości.

Era podsłuchów

No cóż. Media stały się wyraźnie nudniejsze bez tych wrzutek, bez pokątnie wynoszonych kartotek IPN-u, bez multimedialnych konferencji obnażających personalia kolejnych wrogów ludu, którzy temu ludowi i jego poszczególnym przedstawicielom odbierają cześć, honor i pokaźną część dochodu narodowego. Czymś tę nudę trzeba wypełniać. Każda gazeta i każda stacja radiowa oraz telewizyjna to wie. Nie zawsze się trafi wielki pożar, katastrofa samolotu („Polaków wśród ofiar szczęśliwie nie było”) czy pobicie niemowlęcia ze skutkiem śmiertelnym. W dodatku mamy sezon ogórkowy. I na cały może nie wystarczyć jednego księdza Lemańskiego.

Szczęśliwie wymyślono referenda i nadano im skalę elektryzującą nie tylko miasta mniejsze lub większe, ale całą Polskę. Wiadomo powszechnie, że każda władza jest arogancka, nieudolna, że się panoszy, nie słucha głosu społeczeństwa, marnotrawi jego pieniądze, daje sobie wysokie premie i w ogóle nadaje się do wymiany. Wystarczyło to sobie uświadomić, aby wszyscy byli zadowoleni. Politycy, bo mogą dzięki temu brylować w stacjach, pojawiać się na ekranach i mądrze wypowiadać. Media, bo mają czym wypełniać audycje i łamy, a się nie narobią. No i publiczność, a konkretnie jej część spragniona wyrzucenia PO z życia publicznego, ma co czytać, oglądać i opluwać w Internecie.

Jaki to związek z wrzutkami? Prosty. Temat referendum to kolejna prosta robótka, wykonywana przez, pardon, dziennikarzy na zamówienie. Na zamówienie polityczne konkretnych ekip, które mają reklamę bez wydawania na nią choćby grosza. Wystarczy stworzyć komitet do spraw referendum – już teraz pracują sprawnie w wielu miastach, dzięki koalicji Ruchu Palikota i Ruchu prezesa Kaczyńskiego – zebrać pieniądze na papier, tusz oraz opłacenie nudzących się młodych ludzi, aby zbierali podpisy. Potem metodą wprowadzoną niegdyś przez Andrzeja Leppera wystarczy przechadzać się z listami po bazarach, metodą księdza Rydzyka – pod kościołami, czy – metodą Janusza Palikota – na zbiegowiskach typu Marsz Wolnych Konopi. Naprawdę w Warszawie listy wciskano i tam, i po niedzielnych mszach. To coś jak niegdyś sojusz robotniczo-chłopski przy udziale zazdrosnych miauknięć inteligencji pracującej. Jak Front Jedności Narodu. Dziennikarze udają, że nie wiedzą, o co chodzi. Niektórzy, ci mniej bystrzy, nawet na poważnie biorą ten „gniew ludu”. Inni, nawet renomowane gwiazdy publicystyki, pomijając milczeniem choćby slalom gigant w wykonaniu mistrza Guziała, burmistrza Ursynowa, między słupkami z wystawą o Prezydencie Tysiąclecia pod swoim ratuszem, a krzesełkami zjazdu SLD (dla niepoznaki nazwanego Kongresem Lewicy), z portretem Janusza Palikota pod klapą. Pan Guział, wybrany jako kandydat niezależny, stał się naturalnym kandydatem na podpalacza stolicy. Na rok przed wyborami chciałby dołączyć do grona zlizujących inwestycyjną śmietankę, ubitą przez ekipę Hanny Gronkiewicz-Waltz. W wywiadzie na antenie radia Tok FM wygadał się, że pomysł warszawskiego referendum zrodził się w Ruchu Palikota. Wszyscy zresztą o tym wiedzieli i wiedzą, tylko nie ta część dziennikarzy, która powtarza slogany o niezależności tego pomysłu od polityki. Polityki szczególnej, bo tyle bezideowej, co owładniętej jedną ideą: jak dołożyć PO i to tak, aby się nie podniosła.

Jak Jarosław Kaczyński znosi ten sojusz z Januszem Palikotem pod skrzydłami Piotra Guziała? Zamiast odpowiedzi wystarczy przypomnieć skrzydlate słowa ówczesnego „trzeciego bliźniaka” o Andrzeju Lepperze jako wycieraczce, zarzekanie się Prezesa (Z  Lepperem? Nigdy!) oraz słynne podpisanie umowy koalicyjnej PiS, LPR i Samoobrony Andrzeja Leppera (jeszcze nie było mody na nadawanie partiom nazwisk liderów) w obecności jedynie Telewizji Trwam, znanej wówczas głównie z tego, że nikt jej nie ogląda. Ale jawności życia publicznego stało się zadość. Czy czeka nas tego rodzaju wolta w wykonaniu PiS-u i jego prezesa? Pożyjemy, zobaczymy.

Kto podsłuchuje?

Podczas wyborów na burmistrza w Elblągu, próbą zatamowania historycznego sojuszu elektoratu Ruchu Palikota i PiS-u było rozpaczliwe wrzucenie do Internetu tzw. taśm prawdy z wypowiedziami pisowskiego kandydata Józefa Wilka, dzisiaj już burmistrza elekta. Zrobiono to tak, aby wyglądało na robotę PO, która miałaby jakoby najwięcej zyskać na ukazaniu prawdziwego oblicza kandydata Wilka. No cóż, z taśm „wyjrzał pysk zły i obrzydliwy”, że pojadę Kabaretem Starszych Panów, ale wyborców PiS-u to nie zraziło. Bo tych prawdziwych, noszących w sercu bombę smoleńską, Telewizję Trwam i poczucie własnej krzywdy, nic i nigdy nie zrazi do tej partii. Podejrzewam, że PO to wie. Jak i to, że opublikowanie tego rodzaju podsłuchów działa przeciwskutecznie. Zwłaszcza na taki elektorat, który głosuje na PO. I może tak w Elblągu się stało? Może te tysiąc osób zostało w domach, zrażone upublicznianiem prywatnych rozmów przeciwnika? Fakt, że wypowiedzi kandydata do władzy mogły odstręczać i od niego (choć prawdziwi ideowcy uważają, że potworne zaniedbania rządów Tuska usprawiedliwiają te całe „nerwy”, a więc wulgaryzmy), ale bardziej od głosowania w ogóle. Bo polityka jest brudna, a wszyscy politycy to jednakowe łobuzy. Na tym przekonaniu do wyborów poszedł Janusz Palikot. I wprowadził posłów do Sejmu. Kto próbuje ten sukces powtórzyć? Cui bono?

Dziennikarze, skądinąd chętnie ferujący wyroki moralne i oburzający się na proceder podsłuchiwania (skądinąd słusznie), takich pytań nie zadają. Może potrzeba by się zabawić w dziennikarstwo śledcze. Ale która redakcja ma na to kasę… Śledztwo polega na oddelegowaniu dziennikarza od bieżącej polityki, na płaceniu mu pieniędzy bez natychmiastowych i pewnych na sto procent efektów na wizji, fonii i na łamach. Znacznie łatwiej zaprosić trzech polityków, po jednym z każdej opcji, aby rytualnie zapewniali, że oni akurat nie podsłuchują.

A przecież były już precedensy. Dobrą praktykę w podsłuchiwaniu miał premier Kaczyński. Nagrywał nawet swojego wicepremiera, czym się wręcz pochwalił. A jego minister Ziobro wręcz się szczycił tym, że ma dyktafon i umie go włączać. Powszechnie znany był w warszawskiej Straży Miejskiej jeszcze inny wielbiciel podsłuchiwania, który dzisiaj jest oczywiście miłośnikiem referendum za odwołaniem pani prezydent Warszawy. No cóż, podsłuchy dzielą się na słuszne i niesłuszne. A może na skuteczne i nieskuteczne? Aby się dowiedzieć, kto miał jaki stosunek do materiałów z podsłuchów, proponuję sięgnąć do archiwów i zbadać osiągnięcia ówczesnych gwiazd dziennikarstwa śledczego i politycznego. Na jakich łamach brylowały gwiazdy ówczesnych mediów? O czym dzisiaj piszą i opowiadają?

*

Brudy wypływają na całym świecie. Gorzej, gdy wyłącznie na ich podstawie kształtuje się obraz kraju. I gdy wpływają na wyniki wyborów. Przed nami, być może, wybory samorządowe w innych miastach Polski. W tym w jej stolicy. Kto będzie nakręcał ich atmosferę i w jaki sposób? Obok wrzutek szkalujących przeciwników i ich obozy, są jeszcze inne metody „walki wyborczej”. Na przykład podkładanie atrap bomb. Obawiam się, że sprawca tego procederu z czasów wyborów samorządowych w roku 2002, niewykryty przecież, może się znowu zaktywizować.

A potem już tylko czekać na wybory do parlamentu. I zdobyć w nich taką większość, która pozwoli stosować ukryte mikrofony całkiem jawnie.

Alina Kwapisz-Kulińska

Weź udział w naszej ankiecie

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

4 komentarze

  1. Jerzy Łukaszewski 11.07.2013
  2. andrzej Pokonos 12.07.2013
  3. Jerzy Łukaszewski 12.07.2013
  4. nexton 12.07.2013