ECHA WYDARZEŃ: Przysłał emaila redaktor BM. Że jest oburzony, iż w mediach tak mało o Uniwersjadzie. Podzielam pogląd, ale takich to już teraz mamy redaktorów sportowych, że poniżej Igrzysk, Formuły 1, „wielkiego szlema” i tego, ile kto chce dać za lidera naszej piłki nie schodzą… A Uniwersjada – choć kiedyś wielka, także medialnie impreza, niech teraz pokutuje na uboczu informacyjnym. Bezsens, ale… jest. Gdyby jeszcze tam pan Adam dachował, to byłoby głośniej..
Tymczasem w Kazaniu jest wiele „dużego sportu” i są też rodzime osiągnięcia. Przecież – to tylko dla przykładu – jeśli wygrywa rzut młotem Paweł Fajdek, a najwyżej skacze Kamila Stepaniuk, to już coś wartego wyraźnego podkreślenia. Oboje będą przecież wkrótce wśród atutów rodzimej lekkiej w mistrzostwach świata.
Mam nadzieję, że wtedy – w Moskwie młociarz upora się wreszcie z barierą 80 metrów (w Uniwersjadzie – centymetr mniej), a panna Kamila da radę barierze 2 metrów; w Uniwersjadzie atakowała swój rekord – 199 cm, gdy już wynikiem 196 cm wygrała imprezę…
Nawiasem, w ogóle w lekkiej mamy ruch, młodzież też obiecuje, że da starszym godną zmianę… A że w portalach maleńko? Bo to nie futbol, nie teatr PZPN-owski, nie waga ciężka w boksie zawodowym…
Dalej? Martwię się wraz z innymi dopingowym wybuchem wśród m.in. tuzów światowego sprintu. Zaprzeczają – ale próbka „A” mówi swoje, a badanie próbki „B” pewnie tylko obecność środka zakazanego potwierdzi. I znów chwieje się zaufanie do wartości wyników, do uczciwości; znów coraz częściej słychać – a może zezwolić, jeśli nie możemy zwalczyć? Rozbiórka pomników jest bardzo bolesna, i – powiem szczerze – więcej kosztuje sport niż pomników budowanie…
Dalej? Siatkarze przegrali szansę w Lidze Światowej i … mają trochę czasu na renowację. Obejrzałem mecze z Bułgarami. Z naszej strony zobaczyłem drużynę bez impetu, bez pomysłu, taką jakby zużytą. Coś wadliwego w treningu? Przejściowy kryzys „po przeżyciach”? Bo nie bardzo mi się chce wierzyć, że cała przyczyna w głowach – jako mentalna blizna po niespodziewanie przegranych Igrzyskach Olimpijskich. Po tylu miesiącach blizna już nie ma prawa dolegać. Będą mistrzostwa Europy – mam nadzieję, że z tych samych nazwisk trener złoży zupełnie inną jakościowo drużynę…
Co jeszcze? Denerwująca i na przemian śmiesząca mnie dyskusja o zdjęciowej nagości panny Isi. Dysputa powszechna i żarliwa. Swoje zdanie wyraziłem wcześniej, nie myślę teraz dzielić włosa na czworo. Powiem trochę cynicznie – tyle golizny w portalach, parkach, że jedna mniej – jedna więcej nie ma znaczenia. Zwłaszcza, jeśli dobrze, estetycznie „podana”, w odróżnieniu od tych, które się codziennie widzi i przyjmuje bez dyskusji. Oczywiście, każdy ma prawo do swojego zdania, ale odnoszę wrażenie, że przynajmniej trzy czwarte dziś głośno krzyczących NIE, czyni to… trochę z zazdrości. Że oni nie mogą, nie mają propozycji itd.
Obiecałem wrócić do blogu panny Justyny Kowalczyk. Wracam. Bo w słowach znajduję refleksję wykraczającą poza świat narciarski. Bardzo osobistą…
„Za mną 16 lat treningu wyczynowego, z czego 12 było czystą, bezkompromisową, bolesną harówką, a na 7 ostatnich dostałam jeszcze wielką presję na plecy. Dużo. Dumna z nich jestem. Z nich i z siebie rzecz jasna, bo dałam radę…
… Jejku, co ja bym oddała, żeby znów mieć tyle siły i energii jak w wieku 20 – 28 lat… Wszystko mogłam! Trenować osiem godzin dziennie, imprezę – jeśli trzeba było – przetańczyć do świtu, uczyć się, studiować, szwendać, gadać całymi nocami, a nawet dobiec w szpilkach i zdzielić zieloną torebką zdezorientowanego złodzieja… A przy tym być najświętszą, najweselszą i najporządniejszą z życiowych wariatek. Dziś jestem już po drugiej stronie paraboli. Jeszcze u szczytu, jeszcze walczę, jeszcze daję radę na te wszystkie niuanse zwracać uwagę, ale… Trasy w Kasinie jakby lżejsze wybieram, kołdra coraz cięższa się robi z rana, bywa też, że o drugiej w nocy dopiero zasnąć potrafię… Dni wolne wskakują coraz częściej.
Wiele z filozofii życiowej zostało. Bardzo wiele. Oddaję treningowi i nartom wciąż za dużo. O wyniki martwię się dokładnie tak samo jak wcześniej. Tylko żelazo po cichutku topnieje … Tylko się nie martwcie, wszystkie mądre książki z teorii sportu, fizjologii, i tak dalej, mówią, że to normalne w pewnym wieku, że nawet poprawę wyników mogę zanotować… Oby się ten jeden raz nie myliły”
Gdybym dzielił w PKOl sławne i słusznie cenione „Wawrzyny Olimpijskie” to jeden szybko bym przyznał pannie Justynie. Za tworzenie przez blog mądrej i zajmującej literatury sportowej. A drugi wawrzyn to bym uroczyście wręczył Czesiowi Langowi – za autorstwo dzisiejszego kształtu Tour de Pologne… Wkrótce się zacznie kolejny.
Andrzej Lewandowski



Z przydziałem Wawrzynów – pełna zgoda. Chociaż na pewno znajdą się tacy bardzo zacni i szlachetni mężowie, którzy panny Justyny nie cierpią z powodów socjologiczno-polityczno-ideologicznych i z grubiańską bezkompromisowością stwierdzą, ze jest ona tylko np. „prostaczką nie do przyjmowania w tzw. towarzystwie, inaczej mówiąc: nikim” lub co najwyżej „zręcznym manekinem do transportu dwóch kawałków desek”.
*
Kończy się TdF, a nasz Kwiatek jedzie i to całkiem dobrze. Dziś ponownie jazda na czas, a od jutra trzy piekielne etapy alpejskie. Jeśli dojedzie do mety w pierwszej dwudziestce należy mu się wielkie uznanie (może jeszcze nie Wawrzyn).
No, ale to zależy od tego, kim właściwie jest ten Kwiatkowski? A jeśli z pobieżnej lustracji wyjdzie, że on np. katolik i nie popiera kogoś, a popiera innych? Czy stanie się też tylko np. „tępym napędem dwóch drucianych kółek”? Ciekawe.
Wywołał mnie Pan ciut do tablicy tymi cytatami z mojej opinii o Radwańskiej. Otóż, w odróznieniu od niej, p. Justyna rozwija się intelektualnie (jeśli sie nie mylę – robi doktorat) i jest normalną, bardzo inteligentną kobietą, zupełnie bez celebryckich fochów, świetnie piszącą i myślącą w sposób, który mi odpowiada. Jak zakończy karierę – będzie KIMŚ nie tylko z uwagi na zasobność portfela. Więc mało, że p. Justyna nie jest prostaczką, mało że absolutnie jest damą z „towarzystwa”, to jeszcze na dodatek w jej wypadku bycie w jej pobliżu – to zaszczyt. Ogarnia to pan?
Ciekawe komentarze. Trochę dziwi, że uniwersjada nie znalazła propagatorów w mediach. Może wynika to z faktu, że tak jak w polityce wszyscy śledzą i krytykują władze i polityków centralnych, ale mało kto chce poświęcić swój czas i siły na lokalnym podwórku swojego osiedla i samorządu. Może wynika to z megalomanii? Że małe nie jest piękne? Ale może się mylę? Kiedyś w czasach PRL sam ze zdziwieniem patrzyłem na młodzież w Europie Zachodniej jak sie w wolne dni nawoływała na kolejny marsz lub bieg z jakiejś okazji zbierającej fundusze czy to na choroby serca czy inne. I każdy zapisywał się aby się wspólnie przejść czy pobiegać i dawał jakąś małą sumkę na szczytny cel. Teraz mamy nie tylko Owsiaka w Polsce, ale i inne imprezy maszerująco – biegające, zatem nie jest chyba tak źle?
Sam kiedyś uprawiałem sport wyczynowy i nie robiłem tego dla mediów. Tam, w żeglarstwie nie było stadionów i publiki. Była walka z samym sobą i gromadą takich jak ja. Dlatego tak bardzo podziwiam Justunę Kowalczyk. Nie jest gwiazdą z fochami. Jest człowiekiem, który walczy ze swoimi słabościami aby móc pokonać innych. To kwintesencja rywalizacji sportowej. Tego biegacze z Jamajki i inni nieuczciwi sportowcy w coraz bardziej powszechny sposób nie rozunmieją… I tu dygresja nt dziennikarzy sportowych. Czy oni są tacy ważni? Oni nie odkrywają sportu. To indywidualiści jak Justyna Kowalczyk, tenisiści, skoczkowie po ogromnej pracy i walce z samym sobą zaczynają odnosić sukcesy. Wtedy dziennikarze dopiero zaczynają zauważać te dziedziny sportu. A na codzień zajmują się szemraną piłką kopaną. I nic z tego nie wynika. Ani nie jest ta piłka lepsza, ani działacze uczciwsi…
Wracając do mądrej pani Justyny, pięknie napisała o tym, jak odkrywa to co dla dwudziestolatków jest nieznane, że nasz organizm ma swoje granice wytrzymałości i regeneracji. Trzymam za nią kciuki, aby po pięknej karierze wspomagała w przyszłości rozwój narciarstwa biegowego. Jeśli się zechce tym zająć, sporty zimowe będą w jakże lepszych rękach niż piłka kopana…