Stefan Bratkowski: Atlantyda, tak niedaleko (29)

roerich2013-09-01.

Zanim Rusowie nauczyli się kąpać

Już wiemy, że w przyszłej Szwecji nie było żadnego plemienia Rusów czy też Rosów, że Rusowie (Rosowie) to byli „Wioślarze” z nadmorskich skał i szkierów w okolicach przyszłego Sztokholmu, groźni rozbójnicy; sprowadził ich sobie Nowogród Wielki, by chronili go przed innymi Skandynawami…

Rurykowi skandynawscy „Rusowie”, przyjąwszy język i bóstwa Słowian, w sporej części roztopią się w społeczności nadilmeńskich Słowienów. Ale i odwrotnie, to elita Słowienów, Krywiczów i Czudzi zostanie „Rusią” jako elitą wojenną. Skandynawscy Rusowie, Rosowie, którzy zajmą się później handlem na szlaku od Birki do Bizancjum, w części rozpłyną się pośród Słowian, w części zaś jako „Waręgowie” będą już kupcami, z pamięcią Nowogrodu o ich skandynawskim, „ruskim” pochodzeniu. Nestor podkreśli, kiedy będzie wywodził chrystianizację Słowian aż od św. Pawła:

„Słowiański (czyli słowieński) zaś naród a ruski jeden jest, od Waręgów bowiem przezwali się Rusią, a pierwej zwali się Słowianami”.

Nazwali się tak „od Waręgów”, owych sprowadzonych zabijaków. W następnych pokoleniach po wojach Ruryka ci Waręgowie będą już tylko częścią „Rusi”, obok miejscowych zabijaków. Asymilacja tu przebiegała zupełnie inaczej, niż w Normandii. Tam już następca Rolfa Gangra (Piechura), czyli Rollona, jej normańskiego zdobywcy, nie mógł na swoim dworze w Rouen znaleźć nikogo, kto by jego syna wyuczył języka ojców! Normanów z Danii, osiadłych w Anglii, bardzo rychło można było rozpoznać tylko po toponomastyce, po nazwach osad, gdzie ich potomkowie rezydowali; Wilhelm Zdobywca, Norman mówiący po francusku, który podbił Anglię, nie znalazł w nich sojuszników, walczyli z nim jak i rdzenni Anglosasi. Mechanizm ten obserwowała historia z reguły tam, gdzie przybysze, choćby i zdobywcy, trafiali w świat wyżej niż oni zaawansowany kulturowo bądź cywilizacyjnie.

W środowisku Słowian wschodnich Waręgowie z przyszłej Szwecji, przynajmniej ci, którzy zajmą się handlem, dłużej zachowają znajomość swego pierwotnego języka, bo nie różnili się od nich tak bardzo poziomem cywilizacji, zaś nowogrodzka „Ruś” przez dwa stulecia będzie utrzymywała kontakty ze Skandynawią, handlowe i wojskowe. Za jej pośrednictwem skandynawska północ handlowała niewolnikami, przez Nowogród Wielki szła do Birki ceramika słowiańska i najrozmaitsze rarytasy i luksusy południa… W gronie pierwotnej „Rusi” nowogrodzkiej Waręgowie skandynawscy, nawet mówiący już językiem Słowian, długo jej chyba nadawali ton. Nawet jeśli ta cała „Ruś” nie liczyła więcej niż paruset ludzi. Nie tylko wojów. Wojów i kupców zarazem.

Odróżnić tych szwedzkich Waręgów od Waręgów zeslawizowanych i Waręgów, co to nimi stali się Słowienie, od „Rusów” już słowiańskich, byłoby trudno, gdyby nie pewna cecha dość znamienna, a jakby lekceważona, bo nie delikatnie byłoby ją zauważać, nawet z odległości wieków.

Ingvar Andersson, by scharakteryzować tę „Ruś”, cytuje znanego już nam ibn Rusteha (u niego – ibn Dustaha). Wiadomości od tegoż pochodzą, jak pamiętamy, z końca IX wieku. Powtórzmy je tu za Anderssonem:

„Nie mają oni nieruchomego majątku, żadnych pól ani wsi; ich jedynym zajęciem jest handel futrami sobolowymi i innymi futrami, które sprzedają chętnym nabywcom. Pieniądze, które otrzymują w zapłacie, ukrywają w swoich pasach… Są oni odważni i dzielni. Gdy napadają na inny lud, nie zaprzestają walki, zanim go nie podbiją. Biorą też jeńców i zamieniają ich w niewolników. Są wysokiego wzrostu, mają piękny wygląd i wykazują wielką śmiałość w swych atakach; odwagi swej nie wykazują na koniach, lecz na okrętach, na których odbywają wszystkie swoje wyprawy wojenne” (tłum. Stanisław Piekarczyk).

Oczywiście, to dla Anderssona, nie dla polskiego tłumacza, wiosłowe dłubanki Rusów, może wtedy już wyposażone w maszty i żagle, były „okrętami”, ale nazwałby on tak i piękne, zachodnie, „długie łodzie wikingów”; żegluga morska, jak mogliśmy się przekonać, mało interesowała historyków. I nikogo nie zastanawia wysoki wzrost Rusów – czy byli wyżsi od pobratymców znad fiordu Oslo, których wzrost rzadko sięgał 160 cm (przypomnę – najdłuższe łoże z grobów norweskich miało 165 cm)? Nie sądzę. Ale zastanawiać może niższy wzrost ludzi Bliskiego Wschodu… Dodajmy jednak ów inny szczegół, istotny właśnie dla rozpoznania Rusów nie całkiem jeszcze zeslawizowanych – nasz Pers wyraża się dość zgryźliwie o higienie tego dzielnego ludu. Podobnie ibn Fadlan, który oglądał ich na własne oczy w jakieś trzydzieści – czterdzieści lat później. Ten szczegół wiele mówi – to nie byli słowiańscy Rusowie.

Obaj, ibn Rusteh tudzież ibn Fadlan, pozwalają odgadnąć wedle zaobserwowanej higieny, kim byli spotkani przez nich kupcy. Bo nie tylko ibn Rusteh, również ibn Fadlan uważa tych Rusów, nie ukrywajmy, za brudasów. Podczas, gdy ibn Rusteh opisywał z pełnym zainteresowaniem słowiańskie – łaźnie. Asymilowali się zatem Skandynawowie na terenach słowiańskich, zmieniając bogów i… dopiero stopniowo ucząc się czystości, której północ temperaturą swoją nie sprzyjała. Nie wszyscy snadź i nie od razu: kiedy jednak Rusowie w układach z Bizancjum zażądają na początku X wieku zapewnienia im kąpieli, będzie wiadomo, że ci już na pewno, mimo skandynawskich imion, w pełni się zeslawizowali. Albo też to byli Słowienie z „ruskimi” imionami. Ci natomiast ze szlaku wołżańskiego, być może przybyli ze Szwecji, długo jeszcze, jak widać, nie nauczyli się kąpać.

Łaźnie parowe, odpowiednik dzisiejszych fińskich saun, były specjalnością Słowian, a już zwłaszcza akurat Słowian nowogrodzkich. To, co wiemy z wykopalisk, Nestor potwierdza barwną anegdotą o podróżach misyjnych św. Andrzeja apostoła, brata św. Piotra – a to też intrygująca anegdota. Św. Andrzej, w roku 70 ukrzyżowany w Patras na krzyżu o kształcie litery „X” (zwanym stąd „krzyżem św. Andrzeja”), wędrował w swych apostolskich podróżach daleko po świecie. Był na pewno w dawnym królestwie Bosforańskim, czyli na Krymie, i podobno bywał „w Scytii”. Chrześcijański już Konstantynopol uznał go swoim patronem i stroił w legendy, by się podnieść do rangi jednej z pierwszych stolic chrześcijaństwa, równej Aleksandrii, Antiochii i Rzymowi. Focjusz czytał apokryficzne „podróże apostołów” niejakiego Leucjusza Charynusa, z dziejami św. Andrzeja, spisane już w V wieku. Wątpię, by ktokolwiek wiedział coś o Słowianach, nim pierwsi z nich naszli ziemie cesarstwa bizantyjskiego, więc chyba Nestor czytał coś późniejszego… Wyczytał zaś, że św. Andrzej trafił aż „między Słowiany, gdzie dziś Nowogród, i widział lud tamtejszy i jego obyczaj, jak się myje i chwoszcze, i zdziwiło go to”. Opowiadać miał w Rzymie: „widziałem dziwo w ziemi słowiańskiej, idąc tu widziałem łaźnie drewniane, w których napaliwszy mocno rozbierają się ludzie do naga, i oblewają się ługiem garbarskim, i biorą pręcia młodego i biją się niemi sami, i tak się obiją, że ledwo żywi wyłażą, i oblawszy się zimną wodą, znów orzeźwieją. Tak czynią co dzień, niemęczeni od nikogo, jeno sami się męczą, zowiąc to kąpielą, a nie męczarnią” (przekład znów z Bielowskiego).

Matadorami więc handlu na szlaku wołżańskim wydają się na razie, i to chyba czas długi, nie Słowienie, ani zbratana z nimi Czudź, lecz bojowi, rudzi, kudłaci, niezbyt schludni Rusowie normańskiej mentalności, mówiący już prawdopodobnie językiem Słowienów, tu, na przyszłej Rusi, nabrawszy smaku do handlu i tu się go wyuczywszy – co wiemy z ich już słowa, szwedzkiego dzisiaj „torg”…

Andersson w opisie ibn Fadlana znajdował „niepohamowanie orientalną fantazję” (jakby wikingowie mieli fantazji mniej), ale nawet w przesadzie odczytać można arcyciekawe informacje…

„Spotkałem Rusów, kiedy przybyli ze swymi towarami i rozbili obóz nad Wołgą. Nie widziałem nigdy roślejszych ludzi. Są wysocy jak drzewo palmowe; mają rude brody i rude włosy. Nie noszą długich szat ani kaftanów, natomiast mężczyźni noszą proste płaszcze, które zarzucają na jedno ramię tak, że jedna ręka pozostaje wolna. Każdy mężczyzna ma topór, nóż i miecz. Nie widzi się ich nigdy bez tej broni. Ich miecze są szerokie, ozdobione falistymi ozdobami. Są to miecze frankońskiej roboty… Kobiety noszą zawieszone na piersi pudełeczko żelazne, miedziane lub złote, w zależności od bogactwa męża. W pudełku schowany jest pierścień; mają także zawieszony na piersi nóż. Na szyi noszą złote i srebrne łańcuchy. Gdy mąż posiada dziesięć tysięcy dirhemów, poleca wówczas zrobić dla swej żony jeden naszyjnik, gdy ma dwadzieścia tysięcy, dostaje ona drugi naszyjnik; kobieta dostaje zawsze nowy naszyjnik, gdy tylko mąż jej wzbogaci się o dziesięć tysięcy dirhemów” (skorygowałem tu nieco polskie tłumaczenie Anderssona, pióra Stanisława Piekarczyka; ale i Andersson nie mógł był w oryginalnej, arabskiej wersji spotkać „Wołgi” jako imienia rzeki; dla Rusów była wtedy „Rosją”).

Jakbyśmy ich widzieli… Może i nie byli jak drzewa palmowe, choć na pewno wyżsi od Arabów, o czym już drugi raz się dowiadujemy; ale jeszcze w latach dwudziestych X wieku rzucały się w oczy te ich rude brody i rude włosy, sugerujące skandynawskie lub czudzkie pochodzenie (rudzi mogli być równie dobrze ludzie z plemion ugrofińskich). Miecze nosili raczej produkcji miejscowej, słowiańskiej – bo trudno sobie wyobrazić, by je kupowali od Normanów, przywożących i sprzedających zrabowaną w zachodniej Europie broń. Sami Normanowie tajników produkcji stali nie znali. I oczywiście mieli ze sobą topory bojowe, nie siekiery do rąbania drzewa.

W te dziesięć tysięcy dirhemów nie wierzmy. Tysiąc by wystarczył. Czy owe zaś naszyjniki  poprzedziły przyszłą „grzywnę”, wschodnio-słowiańską „griwnę” (”hrywnę” w języku przyszłej Rusi kijowskiej) jako miarę pieniężną? Jej nazwa pochodziła od włosów, udrapowanych w ozdobę szyi, także – męskich; jeśli by w grzywnie-naszyjniku wisiało w X wieku srebrnych dirhemów kilkanaście do dwudziestu paru, nie świadczyły by one o Rusów specjalnej dla swych kobiet hojności. „Grzywna” w kategoriach pieniężnych to było kilkanaście lepszych, solidniejszych, właściwej wagi „nogat”; dwadzieścia lub i dwadzieścia parę gorszych, już „podszacowanych”, gorszej próby, późniejszych. Z jej wagą nie miały nic wspólnego specyficzne, dość prymitywne, dalekie od wymyślnych bizantyjskich klejnotów z drogimi kamieniami, ruskie naszyjniki w postaci zakładanych na szyję srebrnych lub złotych obręczy, zwanych „griwnami”, w Kijowie – później „hrywnami”. Nosili je w wersji żelaznej bądź brązowej nawet chłopi. Co więcej, taką ozdobę znano już od epoki brązu, to tylko nazwa nas myli.

Ilustracją tekstu jest reprodukcja obrazu Nicholasa Roericha, stosunkowo mało znanego a świetnego malarza rosyjskiego z przełomu XIX i XX wieku; napiszemy o nim niebawem. Obraz jest zatytułowany „Zagraniczni kupcy”, oryginał znajduje się w Petersburgu w muzeum

Stefan Bratkowski

Nasza druga ankieta; weź udział koniecznie!

Print Friendly, PDF & Email

4 komentarze

  1. Jerzy Łukaszewski 2013-09-01
  2. elkaem 2013-09-02
  3. Jerzy Łukaszewski 2013-09-05
  4. Sławomir Makowski 2013-11-28
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com