Stefan Bratkowski: Co to jest wojna13 min czytania

()

wojna2014-04-06.

Zdopingował mnie artykuł Jerzego Szperkowicza (Prywatne: Jerzy Szperkowicz: Wojna incydentalna)… A rozmawialiśmy niedawno za pośrednictwem Tok FM o tym, jak się współcześnie prowadzi wojny, w gronie trzech autorów studioopinii.pl. Siedzieli ze mną w studio radiostacji Wojciech Łuczak, chyba najlepszy w Polsce „cywilny” znawca wojskowości, i Bogdan Miś, dla którego informatyka nie ma tajemnic. O wojnie rozmawialiśmy nie bez kozery. Bo też prowadzi się je dzisiaj na różne sposoby, na różnych polach i nawet z różnymi celami.

Wojny „propagandowej” nie wymyślono dopiero teraz. Takiej wojny się nie wypowiada. Jak to w wojnie, zaczyna się ją atakiem, którego obrany przeciwnik najczęściej się nie spodziewa. Sam atak nie zapewnia w tej wojnie sukcesu, czasem przeciwnie, atak bywa przygotowaniem porażki. Agresor, na ogół słabszy i mniej wiarygodny, nie potrafi wyjść poza swój aparat środków, te środki z reguły czynią go bezbronnym wobec kontrataku, bo dają się na ogół dość łatwo przyszpilić – kłamstwo, insynuacje, oszustwa, fałszywe informacje i fałszywe podejrzenia, poniżające wymysły, przypisywanie drugiej stronie własnych grzechów i nadużyć. Niekiedy w ordynarnym języku nienawiści. Można mnożyć tę wyliczankę, znamy ją z doświadczenia tej czy innej partii w Polsce, z doświadczenia propagandy goebbelsowskiej czy też radzieckiej. Ostatnio tak zaatakował Polskę i Litwę Putin, przypisując im szkolenie aktywistów kijowskiego Majdanu i sterowanie ich działalnością (!). Zaatakował tym samym i Majdan, kwestionując jego tożsamość – choć sam pierwotnie mówił, że nie dziwi się jego demonstracji wrogości wobec korupcji i oligarchów.

Często bywa tak, że wojna propagandowa sprowadza się tylko do umocnienia swoich własnych zwolenników w ich przekonaniu o słuszności podjętej wojny. Tylko oni mogą uwierzyć, że czołgi i ciężką artylerię, przez cały świat oglądane w telewizjach na drogach Krymu, jak i mundury, można kupić w sklepie. Wojna „propagandowa” jest wojną na słowa, na razie ciągle jeszcze nie na obrazki – co też pewnie przyjdzie, bo montaż robi się coraz tańszy. Ze słowami nikt się na ogół nie liczy, czasem bzdura ma szansę pozostać nie zauważona – i jak atak Putina na Polskę – nie skwitowana żadną ironią. Kiedy Putin syci mocarstwowy nacjonalizm rodaków, mówiąc, że Rosja podnosi się z klęczek, wynika z tego, że Związek Radziecki na klęczkach okupował pół Europy, ale – wynika dla nas. Nie dla swoich. Nacjonalizm nie wstydzi się grać bzdurą.

Można opłacać  blogerów, którzy będą zaśmiecali Internet swoim „niezależnym”, „spontanicznym” poparciem – i można czerpać satysfakcję z takiej „nowoczesności”. Można – jeśli agresor, ufny w potęgę amoralności, nie zdaje sobie sprawy, że druga strona ma wielokrotnie większe możliwości kontrofensywy, wyższe umiejętności i nieporównanie większe doświadczenie informatyczne. Może więc ona, dla przykładu, rozwinąć poprzez Internet oddziaływanie, przy których dawny wpływ Wolnej Europy na kraje podporządkowane radzieckiemu panowaniu wyda się łagodną igraszką. Agresor może robić wszystko, co się da, żeby zablokować dostęp swojej młodzieży do Internetu, ale nie wszystko da się zrobić. A już sama kpina może być zabójcza, jeśli kto przy gigantycznych, łatwych dochodach ma PKB na głowę niższy od polskiego i musi importować ziemniaki. W samej Rosji wrócą pytania do radia Jerywań. Już słyszałem: „Czy to prawda, że towarzysz Putin poleci na księżyc? Radio Jerywań odpowiada – nieporozumienie; on tam jest już od dawna i nie ma zamiaru wrócić”. Wystarczy poza tym ochotnicza mobilizacja chętnych do pokazywania Rosjanom, jak można żyć.

Wojna „informatyczna”, o której w naszym spotkaniu mówił Bogdan Miś, też jest wojną na umiejętności. Kiedy Iran gotował się do wyprodukowania bomby atomowej (pocisków z głowicami jądrowymi), Izrael potrafił złośliwym wirusem zakłócić systemy informatyczne irańskich zakładów i elektrowni atomowej, co na długo unieruchomiło te zakłady i uniemożliwiło dalszy postęp prac. Hakerzy potrafią złamać wszystkie bariery ochronne, nie ma kodów niepokonywalnych. Słucham opinii Bogdana Misia, gdy mówi, że nie ma stuprocentowo zabezpieczonych systemów, jak i nie ma niewykrywalnych hakerów. Rosja słynęła swoimi matematykami, jak i szachistami, nie brakuje i dziś wielkich w Rosji głów, pracujących nad rakietami nie tylko kosmicznymi. Ma też Rosja ułożone stosunki z hakerami, którzy potrafią i darmo włamywać się do różnych systemów, tym bardziej za pieniądze. Anglia traktowałaby groźbę rosyjską mniej chamberlainowsko, gdyby sparaliżowali oni City, giełdę londyńską. Nie trzeba do tego aż najwybitniejszych rosyjskich informatyków, którzy, jak słyszę, pracują w USA, w Dolinie Krzemowej. Analogicznie, informatyczne sparaliżowanie radzieckiego, przepraszam, rosyjskiego przemysłu rakietowego, nawet, gdyby byli w kraju, też nie byłoby problemem. Byłoby problemem może trudniejszym niż problem irańskiej produkcji atomowej, ale do rozwiązania.

Tyle o wojnach bezbolesnych. Trochę tylko bólu, straty w pieniądzu, co dla wielu jest bólem najszczerszym, mogą kosztować porażki w bitwach wojny ekonomicznej. Nie na wskaźniki. Na operacje eksport-import. Nie wydają się one wojną. Co najwyżej – są przejawami wrogości. Kiedy Putin wstrzymuje import polskich ziemniaków, uderza w gospodarkę polskiej wsi. Tak samo, gdy uderza w wołowinę, nie lubiąc tatara i siekając politycznie mięso z przyprawami demonstracji, rodzących jakże tanio niechęć Polaków, pewnych, że to mięso i tak dociera tylko do rządzącej elity z KGB. Nie obciążają tym Rosjan. Już wiedzą, kim jest agresor, z talentem tworzenia sobie wrogów.

To są jednak drobiazgi, harce przedbitewne, przykre, dolegliwe, ale nie decydujące. Inaczej będzie, gdy Europa przypomni sobie o benzynie syntetycznej, pozyskiwanej z upłynniania węgla. Jej produkcja jest dziś opłacalna już przy 25 dolarach za baryłkę ropy naftowej i będzie musiał Putin radykalnie obniżyć ceny w eksporcie tej ostatniej (ma rezerwy, to nie aż tak trudne, koszt własny jednej baryłki to kilka dolarów). A i tak będzie potrzebował nowych odwiertów, mocno kosztownych, na co może mu brakować pieniędzy… Poza amerykańskim gazem łupkowym Europa będzie mogła sięgnąć do europejskich złóż gazu ziemnego, w tym i w Polsce – złoże pod Kutnem, zalegające bardzo głęboko, ponad 6100 m, szacowano na 500 mld m sześciennych, dziś tylko na 100 mld, ale dopiero wydobycie pozwoli sprawdzić trafność rozpoznania. A prawdopodobne jest, że pod całym Niżem Europejskim tkwią podobne złoża… Europa może w ogóle nie potrzebować putinowskiego gazu, bo jest jeszcze i Norwegia, i Bliski Wschód.

Putin robił do tej pory wszystko, żeby wróciła „zimna wojna”, odcinająca Rosję od świata cywilizowanego, od technologii, od rynków na paliwa płynne i inne surowce. Teraz jakby się zorientował, że przesadził w swej agresywności i pewności siebie. Perspektywy są dlań gorsze, niż obecne straty sięgające „tylko” kilkudziesięciu miliardów dolarów. Od wojny ekonomicznej, prowadzonej przejawami wrogości i zrywaniem umów, sytuacja może się rozwinąć do „zimnej wojny” z rosyjskimi stratami, liczonymi w setkach miliardów dolarów. To cena za Krym i naruszenie własnych zobowiązań, cena dość wysoka. Nie ma co mu jednak współczuć. Szkoda jedynie Rosjan, ale może sami pójdą po rozum do głowy, zajmą się swoją władzą i Syberią, miast próbami wtórnego podboju Europy. Świat dzisiejszy, owszem, boi się Rosji. Ale – Rosji ogłupionej nacjonalistycznie po granice ekonomicznego samobójstwa. Putin nie wygra wojny o cenę paliw, a świat i bez jego paliw jest już dziś cały, z wyjątkiem Korei Północnej,  przeciw niemu. Na drodze do powszechnego zerwania stosunków dyplomatycznych. Już to dzisiejsze jednoznaczne, powszechne potępienie przysparza strat. Pycha kosztuje.

Na koniec – wojny krwawe. Zacznijmy od wojny „totalnej”, obejmującej ludność cywilną tudzież infrastrukturę cywilizacji. Sikorski opisał ją w 1934 r. w swojej „Przyszłej wojnie”, ostrzegając przed koncepcjami niemieckich teoretyków wojskowych, orientujących się już na Hitlera. Hitlerowcy ją pierwsi wszczęli praktycznie. Główną jej bronią były bombowce, niszczące wszystko, potem rakiety z rodziny V. Hitlerowi, okazało się, nie starczyło jednak tego wszystkiego, gdy wkroczyli do wojny Amerykanie. Jedynymi aktami wojny totalnej ze strony aliantów był represyjno-ostrzegawczy (spóźniony w tym, zagłada Żydów już się dokonała, ustały jedynie masowe egzekucje w Polsce) nalot dywanowy na Drezno i bomby atomowe, rzucone na Japonię. Dziś zapewne żadna ze stron nie użyje broni atomowej, zeszła ona do pozycji gazów bojowych, obustronnie odrzuconych po pierwszej wojnie światowej – grozi ona bowiem jak one obustronnym samobójstwem, totalnym, wzajemnym wyniszczeniem obu przeciwników. Nikt nie ograniczyłby się do „taktycznych” uderzeń atomowych o niewielkim zasięgu… Wszelako bombowców i rakiet sterownych jak drony wystarczy do zdruzgotania całych miast wraz z ich mieszkańcami bez bomb atomowych. Wojna „totalna” była i pozostanie taką. Bez broni atomowej też.

„Tradycyjna” wojna, tylko między siłami zbrojnymi obu stron, była wojną niszczącą tereny walk – już podczas pierwszej wojny światowej. Takich zniszczeń jak nad Marną doznała wtedy jedna piąta powierzchni przyszłej Polski. Powysadzane mosty i fabryki, zrujnowane i tak nieliczne drogi, unicestwione do poziomu gruntu miasteczka i wsie – wbrew stereotypom wojna pozycyjna wcale nie była łagodniejsza, druga wojna z jej błyskawicznymi operacjami mniej kosztowała dewastacji, dopóki nie zamieniła się w wojnę totalną, od masowych mordów hitlerowskich i radzieckich w Palmirach i Katyniu, z ludobójczą zagładą Żydów, doktryną Mansteina spalonej ziemi w odwrocie, całkowitym zniszczeniem Warszawy, potem – wzajemnie – „Festung Breslau”, Szczecina i Berlina. Jak przebiegałaby dziś wojna, rozgrywana głównie w powietrzu, przy możliwości celnego rażenia z nieprawdopodobnych odległości, wprost trudno sobie wyobrazić, ale plany strategiczne muszą obejmować i takie warianty starć. Już pewien przedsmak (jeśli to słowo tu jest właściwe) dawały podczas pierwszej wojny światowej ciężkie działa, ich bomby na pozycję przeciwnika z czterdziestu kilometrów; zdarzało się, że siedzący w ziemiankach frontowych żołnierze nigdy nie oglądali wroga i po zakończeniu wojny bratali się z żołnierzami przeciwnika! Dziś dron sam odnajduje cel i też wroga można nigdy nie zobaczyć…

Niektóre bitwy obu wojen światowych przypominały dawne operacje skoncentrowanych formacji zbrojnych. Tannenberg w pierwszej wojnie, jedenastodniowa bitwa nad Bzurą w 1939 r., pierwsza bitwa Finów z sowieckimi agresorami w wojnie „zimowej”, obrona Tobruku, El Alamein, lądowanie w Normandii (poprzedzone „bitwą” wywiadów, by zmylić przeciwnika co do miejsca lądowania), bitwy we Włoszech – sprawdzały talenty kierujących operacjami dowódców, do dziś analizuje się mechanizmy sukcesów i popełnione błędy. Nie ma to jednak wiele wspólnego ze skalą dramatycznych zniszczeń i śmiertelnych strat ludności cywilnej. To tylko pole dla dociekań teoretyków wojskowości, a mało z nich, poza psychologią, może wynikać dla dzisiejszej praktyki.

Czy coś może wynikać z wojen wcześniejszych? Zostało sporo z wojny… średniowiecznej. Od wojen rabusiów, zagarniających bogactwa przeciwnika, historia przeszła do wojen o terytoria, dające bogactwo bądź prestiż, czyli o panowanie nad terytorium. Wyniszczano po to potencjalne siły ludzkie przeciwnika – żeby nie odrodzili oporu. Karol Wielki, nazywany  „ojcem Europy”(!), ściął 4500 bezbronnych jeńców saskich. Wątpię, czy aż tyle, zbójeckie europejskie średniowieczne mnożyło i liczbę pokonanych przeciwników, i upolowanych wielorybów. Istotne jest założenie tej egzekucji – pozbawić przeciwnika potencjalnych żołnierzy i wrogich zdobywcom gospodarzy. Wcześniej nasi pobratymcy, zajmujący Bałkany, wyrzynali wszystkich mężczyzn podbitych ziem i żenili się z ich kobietami (stąd ich potomkowie są tak różni antropologicznie od nas). Widać poszli z ziem przyszłej Polski bez kobiet, zabrali tylko ze sobą nazewnictwo miejscowe.

Problemem dla sił podboju z reguły jest partyzantka. Powstanie Styczniowe nie miało nigdy w polu razem więcej niż 30 tysięcy ludzi (tyle, że z najnowocześniejszymi wtedy karabinami, jakich nie mieli żołnierze caratu). Żeby się z tym Powstaniem uporać, musiał carat wysłać do maleńkiego byłego Królestwa Kongresowego i na Litwę w sumie armię 340 tysięcy ludzi, a i tak zabrało to ponad dwa lata! Teoria wojskowości od tego czasu przyjmuje, że dopiero przy przewadze 10 do 1 można partyzantkę pokonać. Nie wyciągnęli z tego wniosków Sowieci, atakujący Afganistan, ani Amerykanie, mimo studiów strategicznych w West Point. Dawne doświadczenia uznano za przestarzałe.

Sowietom najwyraźniej wszystko wydawało się łatwe. Krwawo stłumili opór niemal bezbronnych Węgrów w roku 1956, jak podczas Wiosny Ludów pobili Węgrów walczących. Potem (przy skromnym udziale Ludowego Wojska Polskiego) pokonali bezbronne Czechy w roku 1968. Bolszewik Putin zagarnął niebroniony Krym, inspirując wystąpienia „swojej” tam mniejszości narodowej, wspomaganej oddelegowanymi patriotami z Rosji – jak Hitler w Czechach bunt Sudetenlandu. Ta „sudecka” wojna Putina może być przechrzczona na „wojnę Putina”, tą innowacją (powtórzoną) przejdzie on do historii.

Późną jesienią 1980 r., a i później, zauważę na marginesie, planowano w Moskwie desant na Warszawę jak na Pragę czeską. Powstrzymała podobno Sowiety prognoza, przewidująca walki w mieście jako perspektywę lądowania. Wiadomo było, że nie ma co liczyć na Ludowe Wojsko Polskie, nastroje w nim były znane. I akurat Polacy mieli do dyspozycji studium z 1928 r. „Walki w mieście” Stefana Roweckiego, późniejszego – nie przypadkiem – dowódcy Armii Krajowej, „Grota”. AK je czytała we wczesnej fazie okupacji – co odnotowały wspomnienia. Żydowscy oficerowie polskiej armii, dowodzący Żydowskim Związkiem Wojskowym w getcie warszawskim, też znali tę pracę. Niemcy aż miesiąc, z czołgami i ciężką artylerią, porali się z formacją, liczącą w sumie ok. 400 kompetentnych żołnierzy, przynajmniej po zęby uzbrojonych, inaczej niż lewicowa Żydowska Organizacja Bojowa. Niedostatecznie uzbrojonych powstańców warszawskich w roku 1944 nie mogli wspomóc spadochroniarze Sosabowskiego, a już po śmierci Grota nie szkolono dowódców AK wedle jego wskazówek, stąd  pewnie tyle niepotrzebnych strat w nieprzygotowanych atakach bez dostatecznego rozpoznania. Jednakże odnosili powstańcy mimo to i fachowe w sensie wojskowym sukcesy. Niemcy mordowali dziesiątkami tysięcy ludność cywilną, ale ta dwumiesięczna „bitwa warszawska” kosztowała większe straty w ludziach (zabitych i rannych) stronę hitlerowską, niż walczące oddziały powstańcze. Prawie trzy w sumie dywizje hitlerowskie zostały wyeliminowane z walki przed styczniowym uderzeniem Żukowa i Koniewa. Hitlerowcy umieli tylko burzyć wszystko i mordować bezbronnych.

Dzisiaj możemy rozważać dowolne warianty scenariuszy, wedle których będzie rozwijała się obecna sytuacja. Pamiętając, że jak w szachach, tak i w polityce groźba silniejsza bywa niż wykonanie. A Majdanowi pomóc można kserokopią Roweckiego.

Mimo zapewnień o nieuchronnym pokoju, rozważajmy wszystkie możliwe scenariusze przyszłości. Przyjmijmy więc na wszelki wypadek, że możliwa jest nawet i wojna światowa – co pisze człowiek, który niemal całe życie propagował działania pozytywne. Ale i teraz nie romantyzmu trzeba. Trzeba odporności nerwowej i skrupulatnego przygotowania na każdą ewentualność. Ze świadomością, że głupota może jednak próbować ku swojej chwale jeśli nie aż wysadzić całą naszą planetę, to jej kawałek. Nie samą propagandą.

Stefan Bratkowski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

9 komentarzy

  1. Jerzy Łukaszewski 06.04.2014
  2. Georges53 06.04.2014
  3. Goldfinger 06.04.2014
  4. bisnetus 07.04.2014
  5. Georges53 07.04.2014
  6. wejszyc 07.04.2014
  7. narciarz2 09.04.2014
    • narciarz2 10.04.2014
  8. ewa caputa 27.04.2014