Jerzy Łukaszewski: Kolonie dla Polski!7 min czytania

()

Africamap18122015-07-16.

Dużo poczucia humoru będzie musiał wykazać widz/słuchacz/czytelnik dowiadując się od głowy państwa o dacie jesiennych wyborów i rozpoczęciu kampanii.

Dwie głowy państwa błąkają się to tu, to tam, a politycy w najlepsze prowadzą nieogłoszoną kampanię solennie się zarzekając, że niczego takiego nie robią.

To znaczy robią, ale to nie my – to oni. Kiedy pani Kopacz jedzie gdziekolwiek to według PiS „prowadzi kampanię za państwowe pieniądze”, a kiedy jedzie pani – za przeproszeniem – Szydło, to „spotyka się ze zwykłymi ludźmi”.

I na odwrót.

Niezależnie od punktu widzenia, nikt nie podjął na razie nader interesującego tematu tych „zwykłych ludzi”, których obie strony obiecują słuchać i im służyć.

Tzn. w wersji patriotycznej – suchaćsużyć.

http://ruslan.pecado.pl/upload2/readfile.php?file=ruslan/kelner2.jpg

Z całym szacunkiem dla „zwykłego człowieka”, zastanawia mnie jakie rady da on przyszłej władzy na temat innowacyjności w produkcji polimerów, czy mechanizmów ochronnych dla złotówki w razie wystąpienia nowej fali kryzysu w finansach światowych?

Nie słyszałem wynurzeń naszego politycznego bezklasia na ten temat, za to co chwila epatowany jestem obietnicami stworzenia latającego pociągu, lub nurkującego domku jednorodzinnego wybudowanego przez państwo za grosze dla „przeciętnego Kowalskiego”.

Ponieważ zapanowała w tym względzie absolutna swoboda i nareszcie człowiek wie, że obiecają mu wszystko, postanowiłem wybrać się jako przeciętny Kowalski na najbliższe spotkanie w mojej okolicy i zażądać dla Polski kolonii!

Nie bardzo wiem po co, ale chyba mniej więcej po to samo, po co przeciętnemu Kowalskiemu pani Szydło w roli premiera.

Na dodatek mogę przyrzec, że na spotkanie przyjdę przygotowany i choć ze strony polityków nie spodziewam się szczególnych oporów w formułowaniu obietnic, na wszelki wypadek będę wyposażony w argumenty.

Kiedy przed II wojną pewne środowiska roztrząsały ten problem, podpierały swe marzenia argumentami, które warto dziś przypomnieć.

Dlaczego? A choćby dlatego, by pokazać, że narodowe chciejstwo zwykle ma to samo źródło, z którego wybija rzeka płynąca z dala od rzeczywistości zasilana licznymi dopływami ignorancji.

No, ale przynajmniej urody nie można jej odmówić.

Jako najważniejszy powód dla starań o przyznanie Polsce kolonii podawano jej przeludnienie. W roku 1936 obowiązywała liczba 8 milionów jako ukazująca mnogość Polaków przebywających za granicą. Przyrost naturalny był większy, niż gdziekolwiek w Europie.

Uznawano, że „…jedynie kolonie mogą ten problem rozwiązać.”

Oczywiście nikomu nie przeszkadzało, że nie istniał wówczas żaden organ międzynarodowy „przyznający kolonie”. Owszem traktaty wersalskie rozdzieliły kolonie niemieckie i tureckie pomiędzy państwa zwycięskie, ale Polska do nich nie należała. Wręcz przeciwnie – długiej potrzeba było walki, by przestano uznawać Polaków za walczących po stronie Niemiec i Austrii (legiony Piłsudskiego), której to oczywistej informacji Polska nie raczyła nigdy przyjąć do wiadomości, co zresztą obowiązuje do dziś.

Kto więc miał Polsce przyznać te kolonie? Nie wiadomo.

Już w połowie XIX wieku znaleźli się u nas na Pomorzu fantaści, którzy snuli plany… przeniesienia Polski w inne miejsce świata z dala od wrażych zaborczych państw.

Okazuje się, że okoliczności mogły sprawić, iż bylibyśmy dziś np. „rdzenną” ludnością Czarnego Lądu.

Wszyscy kiedyś podśmiewaliśmy się z planów przeniesienia Żydów na Madagaskar, choć to akurat było mniej śmieszne, niż się niektórym wydaje, bo wychodziło naprzeciw pomysłom organizacji żydowskich, które szukały miejsca do życia dla ludu Izraela nawet w Ugandzie. Były misje „eksperckie” na Madagaskar mające sprawdzić możliwość przesiedlania tam naszych Żydów, które jednak nie brały pod uwagę tak nieistotnego faktu jak ten, że Madagaskar był francuski, a Francja nie tylko, że nie wyrażała zgody na polskie plany, ale do pewnego momentu nawet o nich nie wiedziała.

Polak potrafi.

II Rzeczpospolita swą propagandą wielkomocarstwową tak zaraziła umysły, że w potrzebę posiadania kolonii wierzyło naprawdę sporo osób.

Kolonie jako rozwiązanie problemu przerostu ludnościowego dlatego były lansowane, że według inżynierów tego pomysłu zwarta emigracja zapewnia jednocześnie oddalenie niebezpieczeństwa wynaradawiania się Polaków, a to było oczkiem w głowie naszych wielkomocarstwowych ignorantów.

Groźba wynarodowienia straszyła zresztą zewsząd. Także ze strony ugrupowań nie mamiących ludności bzdurkami o koloniach. Całkiem poważnie rozważano państwowy nadzór nad emigracją, wyliczano konieczny w ramach jej struktur odsetek księży, adwokatów, nauczycieli, inżynierów, aby „zapewnić emigracji pełną samowystarczalność” i nieuleganie obcym wpływom.

Jako wzór wskazywano holenderskich Boerów zachowujących swój język i kulturę.

Jak by to miało wyglądać w praktyce nikt na wszelki wypadek nie mówił, bo trudno partii startującej w wyborach straszyć np. adwokatów przymusową emigracją, gdyby stwierdzono w jej szeregach zbyt mały ich odsetek.

Dziś poseł Bredziński na tej samej zasadzie ma zamiar „sprowadzić rodaków do Polski”. Metod czujnie nie wyjawia, bo i po co?

Jeszcze gorzej wyglądała sprawa z ekonomiczną stroną posiadania kolonii. Wyobrażano sobie, że kolonie to bogactwa płynące ot – same z siebie do metropolii dla zbudowania przynależnej nam z definicji potęgi i pozycji wśród narodów świata.

Dziwne, bo część tych ludzi pochodziła z zaboru pruskiego i powinna wiedzieć, czym były kolonie dla Niemiec do I wojny światowej. Do większości z nich Niemcy dopłacały! Pod koniec XIX wieku posiadanie kolonii związane było z prestiżem, z przynależnością do I ligi mocarstw, dlatego Niemcy zdecydowały się je posiadać. Mało tego – z ich parlamentu słyszało się głosy o konieczności pozbawienia kolonii takich państw jak Belgia – „nic nie znaczących”.

Kolonie nie wzbogaciły państwa pruskiego, wręcz przeciwnie.

A jednak nasi marzyciele bez żadnej refleksji parli w tym kierunku, wypominając mocarstwom, że „surowce światowe podzielone są nierówno” !

Fantastyka polityczna na najwyższym poziomie.

Wzywano świat, by „otrząsnął się z dotychczasowych metod gospodarczych”, które oparte są na nierównościach w posiadaniu dóbr, co z kolei sprowadza nas do prymitywnego handlu bilateralnego „na poziomie wymiany koralików i lusterek na skóry zwierzęce”.

To miało być także przyczyną światowego bezrobocia, chaosu finansowego, bankructw i wszelkiej innej patologii rujnującej świat cywilizowany.

A przecież tak łatwo można temu zapobiec. Przyznając Polsce kolonie, to oczywiste.

Cytat z jednego z elaboratów:

„Kolonie nie będą tylko ziemiami dostarczającymi surowców, ale i ziemiami, które będą rynkami zbytu dla wyrobów polskiego przemysłu. Posiadanie kolonii stwarza nowe warunki pracy i zarobkowania, a tym samym przyczyni się do zmniejszenia bezrobocia. Własne kolonie powiększą obszar obiegu polskiej waluty. Za polskie pieniądze będziemy mogli sprowadzać towary bez narażania państwa na trudności dewizowe”.

Nie zabrakło mowy o naszych zasługach. Zgłaszając pretensje do „części przynajmniej” (!) kolonii niemieckich wskazywano np. na Kamerun, w którego badaniu niemały udział mieli rodacy – Stefan Szolc-Rogoziński, Leopold Janikowski i Klemens Tomczek. „Nie pozwólmy, by słuszne prawa narodu poszły w zapomnienie” – pisano.

Z dyplomatycznych, niejasnych wypowiedzi wyciągano daleko idące wnioski o „włoskim poparciu” dla polskich żądań.

Tak – żądań. Nie wiadomo pod czyim adresem kierowanych, ale stanowczych i pełnych przekonania o „słusznych prawach narodu”.

Oczywiście, wszystko to można potraktować jako fantazje niedorosłych chłopiąt, którym odzyskanie wolności wyszumiało z głowy resztki rozsądku. Tak bywa z niekontrolowaną euforią.

Tylko, że to się zbyt często powtarza. Nasz polski odbiór i widzenie polityki miota się pomiędzy skrajnościami – od zakompleksionego parweniusza w gronie „wielkich” aż po dopominanie się o „należne nam miejsce” bez specjalnego uzasadniania tej „należności”.

Kampania wyborcza, jak wszyscy widzimy obfituje w występy magików zdolnych obiecać wszystko wszystkim, byle dorwać się do władzy. W tym roku, nie umiem powiedzieć dlaczego, występuje to w wyjątkowo cynicznej i bezwstydnej formie przy – co zdumiewające – biernym odbiorze społeczeństwa, które przestało reagować nawet na twierdzenia, ze 2×2=5.

Dlatego jestem przekonany, że gdybym na spotkaniu wyborczym podniósł sprawę polskich kolonii, niejeden kandydat bez zmrużenia okiem podjąłby temat, a nawet twórczo go rozwinął.

A my byśmy tego słuchali, słuchali, słuchali…

Jerzy Łukaszewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

7 komentarzy

  1. Monika Szwaja 17.07.2015
  2. gurnatko 17.07.2015
    • j.Luk 17.07.2015
  3. slawek 17.07.2015
  4. otoosh 17.07.2015
  5. hazelhard 17.07.2015
  6. Stary outsider 17.07.2015