Stefan Bratkowski: Tak mogło być i u nas…19 min czytania

()

babel2015-02-14.

Nad szkicem Jerzego Pomianowskiego

Odgadywać Babla – żeby pamiętać, jak bardzo inaczej być mogło, i dlaczego jest, jak jest

Niezbadana dusza rosyjska – wieczna enigma z jej poezją i mrocznościami – powraca wciąż jako pasjonujący temat zwłaszcza w kraju nad Wisłą, który stykał się z nią w bardzo różnych wersjach jej tożsamości. Dziś odsłania się ona zaprzeczeniem poezji, objawia się tą mroczną stroną – gremialnym poparciem mocarstwowych ambicji nowego kremlowskiego autokraty; opowiedziało się za nim sporo naszych przyjaciół, inteligentów moskiewskich, którzy go do tej pory traktowali jako pojawiającą się cyklicznie nieodłączną skazę genetyczną na niewinnie grzesznym ciele Rosji urodzonej z caryzmu, nigdy z niego nie uleczonej. Trochę  wcześniej wychynęła wszelako ta dusza rosyjska zza przesłony dzisiejszego racjonalizmu, i to w trybie intelektualnej przewrotności – za sprawą nowego, a pełnego wydania Babla – dzięki jego znakomitemu tłumaczowi, Jerzemu Pomianowskiemu. Wdzięczny jestem wydawcy, że i rolę pośrednika czyli autora wstępnego szkicu powierzył samemu Jerzemu Pomianowskiemu, znawcy nie tylko Babla, ale i tajemnej wiedzy o tejże rosyjskiej duszy. Nie wyobrażam sobie nikogo, kto wiedział by o tym więcej, i nie uważam się za partnera zdolnego choćby dyskurs z nim podjąć; mógłby to co najwyżej Andrzej Walicki. Tak samo nie podejmuję się rozstrzygać, co zrobić z duszą samego Izaaka Babla, również nieodgadnioną i przepastną – choć przydałoby się ją rozumieć, jeśli chcemy więcej rozumieć z samej Rosji.

Mistrzowski szkic Pomianowskiego do „Utworów zebranych” Babla czyta się, ba, studiuje z napięciem i podziwem. Tropi on sekrety geniusza z subtelnością i precyzją chirurga oka, widzi wszystko, a przecie, odsłaniając, niczego nie ułatwia, ba, nawet zapętla drogę do tajemnic Babla i do tajemnic Rosji. Tym bardziej, co zrozumiałe, zaciekawia. Mój szkic piszę na poboczu tych dróg, właśnie z zaciekawienia, z pytaniami do Autora, który może mi w dalszych numerach swego miesięcznika, „Nowej Polszy”, udzieli odpowiedzi.

Hazard

Dowiadujemy się już z Odessy, że Babel chce wszystko wiedzieć, ze szczegółami zawartości damskiej torebki włącznie, po czym daje się skusić przygodzie reportera wojennego. Czy wie, że będzie mu dane śledzić bestialstwo ludzkie wprost niewyobrażalne? Możliwe… Opowie je, opowie słowami powściągliwymi, niemal wyżętymi z emocji; po nim tak wysoko sięgnie literaturą tylko Borowski, były więzień hitlerowskich obozów zagłady. Babel nie protestuje, nie potępia, nie traktuje tego, co przeżywa i ogląda, wyrazami obrzydzenia… Dopiero zaginiony dziennik odsłoni jego wrażliwość jako człowieka – jego zgrozę. I dowiadujemy się, że ten sam człowiek, już pisarz w Europie uznany, gra jednak w bilard z Jeżowem, przekonanym wykonawcą straszliwego terroru, terroru, który miał na celowniku i… Babla, a dosięgnął w końcu samego Jeżowa. O tym terrorze Babel wie wszystko – toż na wszelki wypadek, by uchronić swoich najbliższych, wywiózł ich znacznie wcześniej za granicę! Sam wróci w paszczę potwora i właśnie będzie grał z nim w jego willi w bilard. Czy grał o życie, sądząc, że ta gra ochroni jego pisarstwo i może jego samego?

Cytowani przez Pomianowskiego krytycy przypisują powrotom Babla syndrom ćmy, którą wbrew instynktowi samozachowawczemu ciągnie do zabójczego, świetlnego waru żarówki. Babel jadący z Konarmią i Babel wracający w świat Jeżowa, choć w 1935 r. wypuszczono go zagranicę tylko dzięki naciskom zachodnich pisarzy, widzi mi się raczej hazardzistą. Chce wiedzieć naprawdę wszystko, nie jest zdolny porzucić teatru dziejów z jego strasznościami – ryzykując wszystkim, czyli własnym życiem, bo niczego innego jako stawki rzucić na stół tego pokera nie może. Kto spróbował i zasmakował w hazardzie, wie, że nie można przestać. Trzeba wciąż poczucia nowej gry, z własnym ryzykiem, poczucia gry, której nie zapewniało cudze ryzyko, cudze przegrane i tragedie, tragedie kolejnych rozstrzeliwanych i wieszanych. Z ramienia Stalina mordował ich Jagoda, Jeżow wykończył Jagodę, Beria zamordował Jeżowa. Wedle szkicu Pomianowskiego, zamordował wcześniej (jeśli dobrze pojmuję daty) i Babla – po 266 dniach, jak pisze Pomianowski, „przerażającego śledztwa”, ponoć bowiem Babel odwołał wymuszone torturami zeznania i nie nadawał się na świadka w pokazowym procesie pisarzy. W Rosji sowieckiej zostały rękopisy, ale i żywy materiał pisarstwa Babla, jego źródła, tematy, ludzie, ich losy i przeżycia, uczucia i myśli, nie do podrobienia na Zachodzie…

Więc jak to było? Czy wrócił pisarz, reporter zdegenerowanej rewolucji, śledzący jej romantykę i okrucieństwo we wszystkich wydaniach, jej fenomenalny kronikarz, który widzi i maluje wszystko, nie żałując detalu i farby, który, żeby wiedzieć, wejdzie i do klatki z głodnymi lwami, czy wrócił hazardzista, gotów i na szubienicę, byle za każdą cenę towarzyszyć śmiertelnie groźnej rzeczywistości? Do szuflady napisał wstrząsające opowiadania o tragediach chłopskich z czasów przymusowej kolektywizacji – pojechawszy na jej tereny z własnej inicjatywy, z pełnym ryzykiem. I pisząc potem z pełnym ryzykiem… Te opowiadania są w tomie „Utworów zebranych”, które Pomianowski przetłumaczył i zestawił. Wprawdzie życie nauczyło mnie już w dzieciństwie odporności na koszmar – nie literacki, lecz żywy, trójwymiarowy –  a jednak ta lektura napełnia każdego czytelnika bablowską zgrozą. On mógł jej zaznać tylko na miejscu chłopskiej gehenny.

Pokoleniu Jerzego Pomianowskiego historia wpisywała w mózgi jak mogła wątpliwość co do reguł gry w życie. Oduczała ich zaufania do ludzkiej dobroci i prawości. Stąd takie sformułowania, z natury epoki nie obce i samemu Bablowi: „To przykre, ale prawo silniejszego jest pierwszym z praw naturalnych. I dopiero człowiek wymyślił i wprowadził prawo stanowione. Ustanowił oto takie reguły gry, które zapobiec miały wyniszczeniu walczących przez wzajemną eliminację”. A pamiętać trzeba, że i Babel, i Pomianowski przebyli kawał życia w świecie gwałcącym wszelkie reguły. Jeśli tak, to dlaczego Babel wrócił do kraju? Wrócił do siebie? Syndrom ćmy nie wszystko wyjaśnia…

Śmierć jako gest

Babel nie mógł się niczemu dziwić. Oczytany we wszystkim, znał współczesną sobie kulturę i jej nastroje, to, z czego w młodości wyrastał. Nam, dzisiejszym jego czytelnikom, do uroczego dla nas fin de siecle’u niesłychanie daleko, nie wiemy nawet, że jest w nim czego  nie rozumieć. Dziwna to była epoka: od dość już dawna życie straciło wtedy cenę, wartością były co najwyżej idee, niekiedy zgoła iluzoryczne. Umierało się łatwo, czasem bez zastanowienia, modą stały się samobójstwa, popełniali je znudzeni lub rozczarowani życiem poeci, zawiedzeni poszukiwacze wielkich myśli, tudzież filozofowie, odkrywający nonsens istnienia. Świat był dla wielu z nich teatrem bezpłodnego absurdu z „Ubu króla” Jarry’ego. Paul Lafargue z żoną, córką Marksa, w 1911 r. skończyli ze sobą razem, kiedy większość ich marksistowskiej partii odeszła do socjalistów. Można przy takim tle zrozumieć, że i zabijanie stało się formą wypowiedzi politycznej, a śmierć – naturalnym, zaszczytnym ryzykiem. W Rosji – zaczęło się od bomby „narodnika”, 25-letniego Ignasia Hryniewieckiego, rzuconej w Aleksandra II w 1881 r. We Francji od 1892 r., pierwszej bomby anarchistów.

Pomianowski zwraca uwagę, że narodowolcy, zabijając w zamachach, ofiarowywali w zamian własne życie. Nie wymagał tego Sorel, późniejszy nauczyciel anarchizmu, w swych mistycyzujących rozważaniach z 1908 r. nad proletariacką przemocą. Ale 25-letni Jegor Sazonow, zabiwszy w roku 1904 ministra Plehwego, syn chłopski, uważając zamach za formę pojedynku, ze szlachecką lojalnością partnera w tym pojedynku czekał na policję przy rozbitej karecie – on eser, czyli jeden z socjal-rewolucjonistów, zjednoczonych dawnych narodowolców. I bez nauk Sorela jako wyznawca terroru indywidualnego wierzył głęboko w historyczną doniosłość zamachów… Nie stracił ducha: miał przecie umrzeć dla rewolucji. Ale  podczas rewolucji 1905 r. eserzy, socjaliści, anarchiści, bolszewicy i mieńszewicy strzelali też do siebie wzajem w istnych rozprawach rewolwerowych, z cała ideową bezwzględnością walczyli o to, kto lepiej i słuszniej zwalcza carat. Tego nie sportretował do tej pory żaden film.

Strzelali tak samo i rzucali bomby w ludzi caratu polscy „Fracy”, PPS Frakcja Rewolucyjna Piłsudskiego, ściśle – jej Koła Bojowe Samoobrony Robotniczej, późniejsza „becja”, Organizacja Bojowa, z czasem prawie od swego przywódcy uniezależniona. Potrafiła jednego dnia, w „krwawą środę” 15 sierpnia 1906 r., dokonać stu skutecznych zamachów, zabijając lub ciężko raniąc 70 urzędników carskich, żandarmów i policjantów. Do roku 1907 przeprowadziła ponad dwa i pół tysiąca zamachów – wbrew samemu Piłsudskiemu, w oczach którego ta masowa skala zabójstw czyniła ten oręż spowszedniałą codziennością. Rosyjskim rewolucjonistom, infiltrowanym przez agentów Ochrany, szło znacznie gorzej, częścią zamachów sterowali sami prowokatorzy, ale też w Rosji penetracja środowisk rewolucyjnych z ich wybujałym aktorstwem szła tym agentom łatwiej, nie różnili się językiem od bohaterskich „nielegalników”. W Polsce musiałaby Ochrana znaleźć jakiegoś zdrajcę. Stąd i na terenie byłego „Królestwa Polskiego” dla wyroku śmierci musiało władzom carskim wystarczyć samo podejrzenie, w latach 1906-1909 powiesiły w rezultacie trzy tysiące polskich rewolucjonistów. Umierali jednak dla Polski. Z pełną świadomością poświęcenia, nie dla gestu.

Na Zachodzie każdy zamach stawał się wielkim wydarzeniem. Włoski anarchista w 1894 r. zadźgał wychodzącego z teatru prezydenta Francji, potem zginęli podobnie król Włoch i cesarzowa Austrii, na koniec – prezydent Stanów Zjednoczonych, z ręki przemilczanego polskiego anarchisty, Leona Czolgosza, Czołgosza oczywiście. Nie dało się takich wyczynów pozbawić propagandowego, psychologicznego efektu. Ci anarchiści – na ogół młodzi, piękni mężczyźni – przyjmowali wyroki śmierci nieledwie z pogardą, paląc obojętnie fajki podczas ogłaszania decyzji sądu, z demonstracyjnym poczuciem wyższości wobec filistrów tłoczących się na salach rozpraw. Damy z towarzystwa biegały pilnie na ich procesy, mdlały ze wzruszenia, ujęte ich bohaterstwem i geniuszem ofiary…

Czegoś takiego nie mógł oglądać, ani opisać Izaak Babel, ale był w pełni świadom tych lekcji życia politycznego, chował się na nich. Ta straceńcza edukacja ciągnęła się długo, całą młodość pokolenia Babla. Kilkunastoletnią Dorę Kapłan, jego rówieśniczkę, przyciągnął najpierw  terror anarchistów, dwudziestoparoletnia przystała do – eserów, najskuteczniejszych zamachowców Rosji. Kiedy bolszewicy po zdobyciu władzy zaczęli aresztować i skazywać przeciągniętych na swoją stronę eserów, w sierpniu 1918 roku, już w osiem miesięcy po bolszewickim Październiku, Dora podjęła się zastrzelić Lenina, w pełni świadoma, że zapłaci życiem. Rozstrzelano ją potem – bez rozprawy, bez obecności pięknych dam. Nie liczyła na ich aplauz. Chciała odwrócić bieg historii. Co się tym razem nie udało, bo Lenin, ciężko ranny, doszedł do siebie…

Babel wolał pisać. Na szczęście dla historii. Choć ryzykował. Też nie dla gestu.

Wiara bolszewika

Ale może właśnie – wracał do siebie także w sensie politycznym? Toż miał pierwotnie alternatywę – legalną partię, utworzoną przez eserów w roku 1906, z Kiereńskim na czele, to oni razem z mieńszewikami po rewolucji lutowej 1917 roku mieli przewagę w Radach Delegatów Robotniczych,  Chłopskich i Żołnierskich, utworzyli Rząd Tymczasowy z Kiereńskim, od lipca premierem. Przegrali tę przewagę do bolszewików, przegrali zaś chyba i w Bablu. Jakże trafnie Pomianowski zarysował uniesienia, euforie bolszewizmu: „Fascynacja, która ogarniała tych ludzi, brała się najczęściej z olśnienia bezpardonową geometrią klasowej teorii. Oto mieli w ręku klucz do tajemnic władzy i dziejów, teraz mogli sami otworzyć wrota do przyszłości. Ale innych, ogromną większość, fascynowała po prostu możność przecięcia łańcucha ludzkich krzywd. Tak czy owak, trudno i tym, i owym odmówić zespołu cech, nazywanego tradycyjnie altruizmem. A więc – ofiarności, cywilnej odwagi, pędu do sprawiedliwości, czyli motywów, które wciąż ich narażały na konflikty z własnym sobkostwem”. Dodał Pomianowski Brzozowskiego z jego naciskiem moralnego imperatywu, rządzącego rosyjskimi konspiratorami z jego „Płomieni”, ze „skutkami zgody na wszystkie sposoby walki z nieprawością”.

To bardzo ważne. Wszelkie środki są dozwolone, cel je uświęca. Logika rewolucji dozwala i przypuszczać, że Babel to jednak nie zaciekawiony obserwator, gotów dla hazardu zdobycia nowej wiedzy ryzykować życie, a bolszewik, który wbrew otaczającym go realiom wierzy w świetlaną przyszłość, bo taka musi przyjść, skoro kosztowała tyle tak niewiarygodnych i bezsensownych ofiar. Ponoszone ofiary swym absurdem wręcz umacniają logikę wiary. Credo quia absurdum… Chrześcijaństwo od inkwizycji, tortur, stosów przeszło i doszło do Leona XIII i encykliki „Rerum Novarum”. Bolszewik wierzy więc. Ukrywa to, nawet przed samym sobą, ale – wierzy.

Inteligencja rosyjska cierpiała na kompleks niemożności i Lenin leczył go – wojskową organizacją swej rewolucyjnej partii. Partia bolszewików była pierwotnie organizacją tyleż wojskową, co na wskroś religijną, Kościołem, zakonem, a mistycyzm dzikości i siły, upostaciowany po sorelowsku w rewolucji bolszewickiej, obdarzał nawet Aleksandra Błoka, genialne chuchro, poczuciem mocy. Eserzy, znacznie bardziej i dłużej doświadczeni w zabijaniu, mieli również swą organizację bojową, bardzo dobrze zorganizowaną i sprawną w zamachach, ale partię daleką od leninowskiego, obowiązującego porządku ideologii i dyscypliny. Rosjanie byli dla „Kościoła” partii bolszewickiej pierwszymi do zbawienia i tylko trudno przychodziło zmusić ich, by dali się zbawić. Spełniały się jednak wyroki historii, nic z nich w tym rozumieniu nie było przypadkiem. Że wyroki głupie i spełniane głupio, bez zielonego pojęcia, co by należało zrobić, w tym nie było niczego nowego. Było tak przecie już za Wielkiej Rewolucji Francuskiej.

Babel znał doskonale historię jakobinów, historię Dantona, którego właśni zwolennicy zgilotynowali, potem historię Robespierre’a, który sam doprowadził do tego, że wszyscy ze strachu przed nim społem go uśmiercili. Babel nie wracał jednak w latach trzydziestych do sowieckiego Thermidora, który dopiero zaowocuje Napoleonem, sowiecki Napoleon już był na miejscu, nie trzeba go się było dopiero spodziewać, zresztą prawdziwi rewolucjoniści zawsze  pogardzali Thermidorem. Babel wracał do apogeum sowieckiego jakobinizmu, kiedy wszyscy się wszystkich bali. Reżim Stalina rozstrzelał i genialnego generała, Tuchaczewskiego, i potem swego Jagodę, i swego Jeżowa. Pomianowski świadom, że pisze dla czytelnika z niewielką wiedzą historyczną, przypomniał na wszelki wypadek fakty oczywiste: to nie żadni naiwni żyrondyści, nie jacyś pierwsi, ideowi aż po naiwność, oddani  zwolennicy, to „pionierzy sowieckiego terroru, przodownicy rewolucji niesionej na bagnetach, wszyscy niemal padli ofiarą własnego systemu. Czystki pochłonęły koło dziewięciu dziesiątych bolszewickiej pierwszej kadry”. To nie banał w tej historii. To jej istota. Czy Babel, wracając do domu, rozumiał, że Jeżow, lub ktoś inny w podobnej roli, uśmierci i jego? I co najwyżej liczył, że jego, oswojonego z perspektywą, z ryzykiem śmierci, w najgorszym razie zastrzelą bez tortur?

Alternatywa

Być może też wracał Babel do Rosji – dla Rosji… To moje ostatnie pytanie: dla bolszewizmu inteligentów rosyjskich, czyli Bablów jako klasy, alternatywą mogła być ówczesna „idea rosyjska”. Jest więc dla mnie pytaniem, kim Babel nie był, choć mógł być, a nawet kim być w pojęciu wielu znawców Rosji powinien – właśnie jako intelektualista. Wydaje mi się, że ta alternatywa odrzucała go od siebie tyleż moralnie, co fałszem kolejnych jej odmian. Wprawdzie w XIX wieku Fiodor Dostojewski miał Rosjan wręcz za „naród-Bogonoścę”, a każdego z nich – za  „wsieczeławieka”, „wszechczłowieka”, z poczuciem odpowiedzialności za całą ludzkość, ale wkrótce po jego śmierci „idea rosyjska” eskamotowała swą misję, po prostu kupując sobie proroków. Kupowała ich karierami, jak Leontiewa, przez 10 lat konsula carskiego w różnych miastach Grecji. Jego naród rosyjski nie dorósł do wolności, stąd w jego dziele z 1885 r. program odrodzenia skrajnego samodzierżawia. Tylko tego mógł chcieć Bóg dla Rosji. W tym samym czasie stary już Czaadajew, tak, Czaadajew, uosobienie pesymizmu i smutku niewiary w Rosję, z końcem życia miał jej osobność za błogosławieństwo, bo dzięki temu jej wiara może obronić się przed pokusami doczesności!

Największy rosyjski filozof religii końca XIX wieku, Włodzimierz Siergiejewicz Sołowiow, podziwiał wielkiego poetę, Tiutczewa, za ideę „chrześcijańskiego caratu rosyjskiego”. Pytał o rację bytu Rosji w historii powszechnej. Odpowiedzieć miała jednak nie opinia publiczna, lecz mistyczne zbliżenie z Bogiem – całej Rosji, nie pojedynczych Rosjan. I to z nim, Sołowiowem, apostołem „wszechjedności”, związać wypada późniejsze motto Aleksandra Błoka do jego słynnych „Scytów”: „Panmongolizm! Choć imię to dziwaczne, pieści mi ono słuch”. Błok różnił się sam ze sobą – to nie akceptował podeptania Warszawy, to znowu „Scytami” uświadamiał Europę po Październiku bolszewików, że nie umie ona „kochać tak, jak kocha nasza krew”, że „jest jeszcze gniew, że miłość pali i uśmierca”, i wzywał – „nie wińcie nas, gdy szkielet waszych ciał zachrzęści w ciężkich, czułych łapach” (tłum. Mieczysław Jastrun). Pomianowski nie tłumaczy nim Babla. Bo też i w Bablu nie ma nic z Błoka, tego rozpieszczonego maminsynka, który obróci się w apologetę barbarzyństwa rewolucji. Nie ma też nic w Bablu, podkreślmy, i z Majakowskiego, bolszewika, który zastrzeli się z rozczarowania do stalinowskiego dalszego ciągu jego, Majakowskiego, rewolucji…

Fiodorow, utopista nauki i techniki, wymyślił rosyjski „kosmizm”. Następca ich wszystkich, Bierdiajew, oddał mu, że „doświadczył aktywnego zrozumienia Apokalipsy” – choć sam Fiodorow apokalipsy Rosji, rewolucji bolszewickiej, nie dożył. Fiodorow szukał „zbawienia społecznego”, oczywiście z Rosjanami jako pierwszymi w kolejce do zbawienia. To był wcale patriotyczny program, ale bez żadnej propozycji, jak to zrobić, unikając apokalipsy…

Bierdiajew uważał anarchizm za płód rosyjskiej natury. Kiedy jednak z jej wrażliwości na grzechy władzy wybuchła rewolucja 1905 roku, Bierdiajew, dwadzieścia lat starszy od Babla, dołączył do „bogoiskatieli”, „poszukiwaczy Boga” – zwracając się ku jednostce ludzkiej, oczywiście, abstrakcyjnej, nie tej spod nahajek, ani rzucającej bomby. Bolszewicy, zdobywszy władzę, nie rozstrzelali Bierdiajewa, w 1922 r. wydalili go z kraju. Odkryje on, że prawosławie od zarania wpajało Rosji ideę ofiary, ducha skromności i pokory. Jednakże po zwycięstwach Armii Czerwonej w drugiej wojnie światowej Bierdiajew uwieńczy swą filozofię kolejną „ideą rosyjską”. Mimo skrajnej poniewierki narodu proklamuje „wielką misję Rosji” i uzna swój naród za „naród przyszłości” – będzie on potrafił rozwiązać problemy, których nie potrafi podjąć Zachód i których głębi Zachód nawet nie dosięga! Niby nic nowego: „monoideę” walki z samodzierżawiem jako filozof odrzucił był pół wieku wcześniej. „Idea rosyjska” w tej wersji nie obrażała sowieckiej władzy.

Ale też jeśli intelektualnej Rosji zdarzały się koncepty i niepokoje, nieprawomyślne wobec władzy, przemijały na ogół tak, jak to zobrazował Conrad, pisząc „W oczach Zachodu”: „W Rosji, ojczyźnie widmowych idei i odcieleśnionych dążeń, wiele dzielnych umysłów odwróciło się w końcu od nieustannych, lecz jałowych sporów, ku jedynej historycznej rzeczywistości tego kraju. Zwróciły się do autokracji po spokój swego patriotycznego sumienia – jak znużony niedowiarek tknięty łaską wraca do wiary ojców po błogosławieństwo duchowego spoczynku” (tłum. Wit Tarnawski).

Jeśli nie podejrzewać Babla o powroty wierzącego, choć pozbawionego złudzeń bolszewika, ani hazardzisty, jeśli nie pasuje doń także powyższa diagnoza Conrada, ani przejęcie „ideą rosyjską”, tą w wersji Bierdiajewa, to mógł działać na niego jednak, zauważę, inny magnes – Rosja sama. Coś więcej niż ciekawość, hazard, bolszewizm, pogarda śmierci, etnocentryczna pycha i nie Rosja Tiutczewa, w którą tylko można wierzyć… To coś nadnaturalnego, a „swojego”, zarazem – punkt odniesienia skrywanych nawet, wyższych uczuć, coś, co wiąże i  fascynuje zarazem, budzi najgłębsze zwątpienia, a zarazem religijną podniosłość. Polska dla Polaka jest czymś innym – otwartą, a zobowiązującą oczywistością, o której nikt nie wątpi, nie poddaje nawet dyskusji; każdy w razie potrzeby staje do walki o nią, jak też każdy ma do niej o coś pretensje. Dlatego ludzi wiary zajmuje i przejmuje Rosja z jej emocjonalnymi napięciami i mistycyzmami, a nie Polska; dla Polski Pan Bóg to dobroduszny starszy pan, który miał w historii za dużo na głowie, by jej poświęcić jeszcze więcej czasu.

Nie oczekuję, że Jerzy Pomianowski wyda o Bablu werdykt ostateczny, jednoznaczny osąd. Ale może przeczytamy nowy świetny szkic Pomianowskiego. Może wyjaśni zwrot w nastrojach i poglądach tej części naszych moskiewskich przyjaciół, którzy w agresywnym autokracie znajdują źródło spokoju dla obciążonego niepewnościami, patriotycznego sumienia. Bo jeszcze kilkanaście lat temu 80 procent Rosjan nie chciało drugiego podboju Czeczenii. Duch imperialny odradza się teraz jako wiara ojców, na nowo odkrywana, obdarzająca niedowiarków łaską potężnej idei, „idei rosyjskiej”. Dokładnie tak, jak opisał to Conrad.

Na ile znamy Rosjan, przeciętny Rosjanin wcale nie jest żądny krwi. Ani krwi rodaków, ani sąsiadów. Nie zabija. Nie chce wojny domowej. Choć oczywiście może być i tak, że Rosja pozostanie państwem byłego KGB i armii, a stąd i dalszych dzikich, niepotrzebnych i kosztownych podbojów, jak czeczeński i ukraiński – ponieważ tylko tak Rosjanin będzie mógł zaspokoić swą potrzebę wielkości. Ale – który Rosjanin? Cóż, ten, który opowiedział się tą  większością… I na pewno ci Rosjanie sfrustrowani, poszukujący dumy imperium, mogą być groźni. Nie tylko dla nas; mogą być groźni dla całego świata. I dosyć prawdopodobne jest, że świat odetnie się kordonem sanitarnym od rosyjskiego kotła, pilnując tylko, żeby się jak najmniej przelało na zewnątrz. Ulewa się już na Ukrainie. Ten dramat nie ma swojego Babla.

Napisałem ten szkic, byśmy pamiętali, jak mogło być u nas. Moglibyśmy, niewykluczone, mieć takich pisarzy jak Babel, ale przy całym podziwie dla niego, wolę naszą wersję historii.

Stefan Bratkowski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

17 komentarzy

  1. wilski 14.02.2015
  2. cheronea 14.02.2015
  3. poltiser 14.02.2015
  4. MaSZ 14.02.2015
  5. Jerzy Łukaszewski 14.02.2015
    • A. Goryński 14.02.2015
  6. Jerzy Łukaszewski 15.02.2015
  7. Magog 15.02.2015
    • a.f. 17.02.2015
      • Magog 18.02.2015
  8. andrzej Pokonos 15.02.2015
  9. slawek 15.02.2015
  10. Magog 16.02.2015
    • andrzej Pokonos 16.02.2015
      • Magog 18.02.2015
        • andrzej Pokonos 18.02.2015
  11. W. Bujak 16.02.2015