Ernest Skalski: Wypadek przy pracy?

Print Friendly, PDF & Email

 

2018-02-20.

Głupi mówi co wie, mądry wie co mówi. Przypominam to raz po raz, bo stale to aktualne. Przez CO należy rozumieć także; gdzie, kiedy, do kogo, po co.

Po przeczytaniu w Gazecie Wyborczej wywiadu z premierem Morawieckim, zauważyłem, że to inteligentny facet. Mówi przytomnie, trafnie reaguje na rozmówcę, jest przygotowany i ma w głowie to co należy powiedzieć, w tym fakty. A to co już jest nie do obrony zagaduje tak, że pytający już nie zadaje sobie trudu rozplątywania maskujących zawiłości.

A tu nagle ci żydowscy i inni sprawcy obok polskich! I z błota, w które wpakowała Polskę nieszczęsna ustawa, a które miejscami zdawało się nieco przysychać, trysnął potężny gejzer gnoju.

Gdyby nasz premier był nie tylko inteligentny, lecz również mądry, to nie byłby zadufany. Wiedziałby, że polityka nie jest mówieniem tego, co się samemu uważa za słuszne, lecz jest takim postępowaniem, które przynosi zamierzony skutek. I wyciągnąłby wnioski z tego, że wraz z nominacją na stanowisko polityczne umiejętności polityczne nie spływają na człowieka jak łaska uświęcająca. A zatem nie powinien improwizować w przekonaniu, że przecież jest inteligentny więc da sobie radę i jakoś to będzie. I było. A popularny bloger, Galopujący Major doradził, aby nie improwizował po angielsku. Bo perpetrators to SPRAWCY, a sprawcami byli Niemcy (i Austriacy).

Profesor Obirek przypomina, że obok tych „perpetratorów” są jeszcze w uznawanym nazewnictwie ofiary – victims– oraz świadkowie – bystanders. Jednakże w temacie ożywionym przez premiera ważne są dwie inne kategorie; uczestnicy – participants, participators, attenders – zbrodni, czy po prostu zbrodniarze – malefactors. Na „sprawców-Polaków”, w wystąpieniu – powiedzmy – Tuska, już po wejściu ustawy w życie, mógłby zastrzyc uszami prokurator Ziobry.

Zbrodniarze innej narodowości niż Niemcy, rzecz jasna, byli. Ale Polacy i Ukraińcy, a także Litwini i Łotysze i kto tam jeszcze, nie musieli nimi być. Przedwojenna polska policja – to było nieco ponad trzydzieści tysięcy ludzi. Granatowa w Generalnej Guberni zbliżała się do połowy tej ilości. Poboru nie było, a i to do trzydziestu procent granatowych współpracowało – ponoć – z konspiracją. Lecz Ochotnicza Straż Pożarna ochotniczo zajmowała się polowaniem na Żydów. Nie było przymusu szantażowania, wydawania i mordowania Żydów. Podobnie z Ukraińcami, którzy nie musieli być banderowcami czy melnykowcami, a do SS Galizien zgłaszali się sami.

Z Żydami było to bardziej skomplikowane, nawet bardziej niż z kapo w KZ. Każdy chciał przeżyć, ale nie każdy za każdą cenę. Kapo miał większe szanse przeżycia – i lepsze warunki w obozie – niż przeciętni więźniowie, ale był przez niech oceniany nie tyle za to, że był, ale za to jakim był kapo.

Żydowski policjant w getcie i członek Judenratu wiedział lepiej niż inni, że wraz nimi jest skazany na śmierć. Jednak instynkt samozachowawczy zmusza na ogół do dzikiej walki o przedłużenie egzystencji na ile się da. Chociaż nie wszystkich. Szef warszawskiego Judenratu, inżynier Adam Czerniaków, senator Rzeczpospolitej, skorzystał z chronionej porcji cyjanku, 23 lipca 1942 roku, by nie organizować wywózki do Treblinki. Jego łódzki odpowiednik, przedsiębiorca, Chaim Mordechaj Rumkowski posłusznie organizował te transporty, by w sierpniu 1944 roku pojechać na śmierć do Auschwitz ostatnim. Podobno w salonce, którą Niemcy mieli go uhonorować. I nawet on jest postacią niejednoznaczną, którą trudno osądzać na równi z policjantem Lesiem, współmordercą rodziny Ulmów i Żydów, których Ulmowie przechowywali.

Absolwent historii, Mateusz Morawiecki mógłby to wszystko wiedzieć, a Mateusz Morawiecki, szef rządu Rzeczpospolitej, miał obowiązek dowiedzieć się, korzystając z fachowej porady swoich doradców, czy powołanych ad hoc specjalistów.

Wymienienie jednym tchem przy zbrodniczych Polakach, zbrodniarzy żydowskich i innych mogłoby być użyte przed sądem jako słaba okoliczność łagodząca; takie, Wysoki Sądzie, to były czasy… Ale opinia to nie jest sąd kierujący się logiką i ustawami oraz zasadą, że dopóki ktoś nie jest skazany prawomocnym wyrokiem, to jest niewinny, a delikt to musi być prawda materialna, uznana po postępowaniu dowodowym przez sąd. I polityk, który nie stoi przed sądem – sądem, lecz przed sądem opinii, musi się liczyć z jego niepisanym kodeksem.

Nie przyszło to do głowy tym – pożal się Boże – politykom PIS, którzy forsowali ustawę i Morawiecki udowodnił, że mogą go uznać za swego.

Ernest Skalski

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.9/10 (39 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +50 (from 56 votes)
Ernest Skalski: Wypadek przy pracy?, 9.9 out of 10 based on 39 ratings

8 komentarzy

  1. PIRS 2018-02-20
    • MoTykwa 2018-02-20
  2. A. Goryński 2018-02-20
    • elpi 2018-02-23
  3. hazelhard 2018-02-21
  4. A. Goryński 2018-02-21
  5. slawek 2018-02-21
  6. narciarz2 2018-02-22