Jerzy Łukaszewski: Jestę patriotom!8 min czytania

()

deno92016-02-21.

Jeśli kogoś od powyższej pisowni zabolały zęby, to serdecznie przepraszam, ale nie mogłem się powstrzymać.

Obserwując od jakiegoś czasu internetowe środowiska „patriotyczne” i deklarujące się jako takie komentarze w sieci „wszedłem w posiadanie wiedzy”, że taka właśnie pisownia jest dla nich charakterystyczna co przy wielkiej ilości materiału badawczego stanowczo odrzuciłem jako przypadek.

No to się dostosowuję.

Tym bardziej, że sam temat: patriotyzm staje się coraz bardziej aktualny i gdzieś w tle bieżących sporów politycznych wykuwa się w trudzie i mozole jego definicja, która będzie w najbliższej przyszłości obowiązywała i wypadałoby wiedzieć o czym właściwie mówimy.

Pierwszym niebezpieczeństwem jakie czyha jest łączenie patriotyzmu rozumianego jako pozytywny stosunek do państwa z narodem. Pomijając fakt niewielkiej precyzji pojęcia narodu, a co za tym idzie możliwości naginania go wedle upodobań w każdą możliwą stronę, słownikowa definicja patriotyzmu mówi raczej o miejscu pochodzenia, na ogół w sposób naturalny obecnego w sferze naszych emocji, niezależnie od pochodzenia etnicznego, co wyjątkowo łatwo jest udowodnić na przykładzie wielu ludzi, którzy swój patriotyzm okazali nie tylko werbalnie.

Nawet wspólnota języka, kultury i historii nie uściśla pojęcia narodu, ponieważ przykład ludzi innego pochodzenia, niż tzw. słowiańskie nie wskazuje, by od tego kręgu pojęć byli oni dalecy, natomiast niemal zawsze – bogatsi o elementy uzupełniające ich sylwetkę i to na ogół z korzyścią dla współobywateli.

Trzeba niezwykłej wprost ekwilibrystyki, by ucząc historii młode pokolenie wiązać pojęcie narodu z patriotyzmem. A jednak są ludzie, którzy wciąż podejmują takie próby.

Wystarczy nie wspominać, że przywódca rokoszu przeciw Krzyżakom i sprawca przyłączenia Pomorza do Polski w XV w. – Jan Bażyński, był Niemcem, wystarczy nie wyjaśniać jakiej narodowości był autor pierwszego słownika języka polskiego (żeby było śmieszniej – uhonorowany za to dzieło herbem przez rosyjskiego cara) itd. A przecież to wzory jakie pokazuje się młodzieży przy omawianiu powyższego problemu.

Na szczęście nauczyliśmy już młode pokolenie pogardy dla takich „obcych elementów” jak Tuwim czy Brzechwa, którego wrogowie narodu chcieli uczynić patronem jednej ze szkół (zgroza!), ale to przecież daleko nie wszystkie „wartości” jakie moglibyśmy im przekazać.

Mój sympatyczny rodak z kraju Hamletów, Natan Gurfinkel, pisał niedawno w kontekście zapisów konstytucyjnych o obywatelu jako podstawowym elemencie tworzącym państwo. Ze wszech miar słuszne wywody Natana odnoszą się jednak zbytnio do rozumu, tymczasem pojęcie narodu błąka się w ostatnich czasach niemal wyłącznie w sferze emocjonalnej i rzadko kiedy mają okazję się spotkać.

Dywagacje na temat narodowości są śliskie, szczególnie wobec odkryć genetyków, wg których tzw. haplogrupy za nic w świecie nie pozwalają na wyodrębnienie jakiegokolwiek „narodu” na podstawie kodu DNA. Jesteśmy tak wspaniałą mieszanką, że gdyby tematem zajęli się satyrycy, mieliby używania do późnej starości, tworząc skecze i kuplety o tym kto z kim i jak często.

Takie dysputy są obecne w wielu krajach, szczególnie w czasach obecnych, gdy stają się dla pewnych środowisk niemal automatycznym kluczem przy szukaniu rozwiązania narastających problemów, z którymi i tak nikt nie umie sobie poradzić.

Naszą spécialité de la maison jest wprawdzie fakt lansowania owych śliskich tematów przez oficjalne czynniki rządzące, ale w tym przypadku to tylko techniczny szczegół.

Niektórzy obserwatorzy uznają ten trend za naturalny odruch samoobrony w sytuacji coraz większej marginalizacji człowieka w globalnej wiosce, w jego coraz większej bezbronności wobec anonimowych twórców modelu świata jaki nam się narzuca nie pozostawiając żadnej alternatywy, w ogólnym zagubieniu niweczącym głoszoną oficjalnie wolność, w tym wolność wyboru, jednym słowem – za przejaw czegoś w rodzaju instynktu samozachowawczego, nie do końca uświadamianego, bo czysto fizycznie rozumianego, wręcz zwierzęcego.

Wszystkie te trudności definicyjne stwarzają okazję dla hochsztaplerów politycznych, którzy w istniejącym braku jasności w omawianym temacie widzą swoją szansę. Wystarczy narzucić własną, ciasną, ale prosto wyrażoną definicję, zrozumiałą dla tzw. przeciętnego odbiorcy, wmówić mu jej „oczywistą oczywistość” i nie dość, że niepokój w duszy obywateli znika, to jeszcze mamy dodatkowy zysk w postaci wiernych wyznawców obawiających się odejścia w nieznane rejony rzeczywistości, gdzie zabraknie „pomocnej” ręki sterującej naszym umysłem.

Często nie zdajemy sobie sprawy z tego jaki procent ludzkości potrzebuje takiej ręki, nie chcąc, nie potrafiąc, nie będąc zdolnymi do samodzielnych poszukiwań, a jednak odczuwającymi potrzebę spokoju, pewności jaką daje jakakolwiek, ale uładzona wizja świata.

Tak jest od zarania dziejów i gdybyśmy się w tym względzie czymkolwiek różnili od neandertala, świat dawno by zapomniał o czymś takim jak religia, która przecież nie jest niczym innym, niż właśnie ręką malującą świat na poziomie dostosowanym do odbiorcy, czego o nauce powiedzieć nie można.

Podobnie jest z pojęciem narodu. Tak tu jak w przypadku religii samo poczucie przynależności do grupy nie wystarczy, choć oczywiście jest wstępem do uspokojenia umysłu i stworzenia poczucia bezpieczeństwa. I tu i tu potrzebny jest jeszcze wróg, najlepiej wymyślony i w rzeczywistości niegroźny, celem udokumentowania przed jakimi to strasznymi zagrożeniami chroni nas owa przynależność.

Dlatego liszkę maluje się człowiekowi pod postacią smoka i to najlepiej ziejącego ogniem, tworzy na ten temat całą literaturę, system pojęć, a wszystkie bieżące wydarzenia wciska się w ten schemat. Nawet jeśli czasem robi się ciasno i to i owo wystaje, to zawsze jest jakiś margines przyzwolenia ze strony ogółu, który daje możliwość uznania tematu za załatwiony.

A gdyby nagle w miejsce liszki pojawiła się np. jaszczurka kilka razy od niej większa – tego rodzaju teorie z miejsca zyskałyby na atrakcyjności.

I tak się właśnie dzieje. Dziś, na naszych oczach.

Po nudnych latach spokojnej Europy stanęliśmy przed kilku prawdziwymi problemami, od których rozwiązania zależeć będzie kształt naszego przyszłego życia. A rozwiązań nie widać.

Przecież to nie przypadek, że właśnie dziś zaczęto nagle tak gorąco dyskutować o narodzie, o religii i jej miejscu w życiu człowieka itd. To tylko nieco rozpaczliwe szukanie ratunku przed prawdziwym, bądź wyimaginowanym niebezpieczeństwem, a choćby tylko przed możliwością jego wystąpienia.

Zacząłem nieprzypadkowo od ortografii „patriotycznej”. Ona bowiem uświadamia poziom ludzi szukających pomocy w sytuacji niepewności jaką od czasu do czasu stwarza nam rzeczywistość. Trudno spodziewać się, by tacy ludzie szukali ratunku gdzie indziej, niż u oszukańczych wróżbitów politycznych, którzy umieją dostosować się do oczekiwań, a nawet uznawać je za jedyną poprawną drogę dla wiedzionych przez siebie społeczeństw.

Jeśli więc dziwimy się dzisiaj słupkom poparcia dla polityków ewidentnie zakłamanych, plotących niestworzone brednie, od których słuchania nawet łysi siwieją, to jest to nic innego jak stan społeczeństwa, o które nikt na czas nie zadbał, nie dokształcił, nie pokazał korzyści na dziś i na jutro jakie niesie za sobą przynależność do społeczeństwa obywatelskiego, o którym wspominał Natan. Nikt nie pokazał jak te korzyści mają się do korzyści płynących z przynależności do społeczeństwa „narodowego” tak, by zobaczyć prawdziwą wartość jednego i drugiego.

Nikt nie zapobiegł wystąpieniu epidemii strachu na ziemi , na której żyjemy, strachu obecnego na niej od zawsze, choć w różnym natężeniu, strachu w skrajnych przypadkach będącego źródłem agresji i dającego się wykorzystać w wojnie o czyjeś interesy.

Na koniec chciałbym przytoczyć treść sms-a jaki wysłała znana mi niegdysiejsza piosenkarka, pani „bywała”, z niejednego pieca chleb jedząca.

Kilka miesięcy temu będąc w salonie fryzjerskim wdała się w dyskusję z innymi paniami, a oburzona ich postawą wyszła ostentacyjnie, po czym szefowej przysłała taką oto wiadomość:

„Boże broń Polskę przed Komorowskim. Mała inteligencja zaprzedana Rosji i ta jego buta! Niech Duch św. oświeci Polaków, zwłaszcza tych, którzy uważają się za katolików. Przyjmują Komunię św., studiują teologię. Ja obłudna być nie potrafię i chcę żyć Prawdą Bożą, nie plotkami w salonie fryzjerskim. Zawiodłam się, jest mi smutno. Tracę znajomych, opowiadam się za Prawem Bożym i jego nauką.”

Za autentyczność sms-a ręczę słowem. Adresatka początkowo wzięła go za żart, szczególnie wobec faktu, że autorka prowadzi miejscową filię katolickiego biura pielgrzymkowego, którego właścicielem jest pewien amerykański Żyd.

Potem jednak śmiać się przestała, bo zrozumiała, że oburzona pani pisze serio.

Ten czy ów hochsztapler dziś jest, jutro go nie będzie. Ale tacy ludzie jak ta pani pozostaną. Wśród nas, na ulicy, w pracy, w domu. Ilu ich jest? Komuś chciałoby się liczyć?

Przyjdzie odpowiedni moment i znów ich ktoś „zagospodaruje”.

Jak dziś małolatów wykrzykujących z prawdziwym przejęciem: „Jestę patriotom!”.

Jerzy Łukaszewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

2 komentarze

  1. jmp eip 21.02.2016
  2. Mr E 23.02.2016