Krzysztof Jaskułowski, Jarosław Kilias: Polityka nacjonalistycznej rewolucji20 min czytania

()

marsz-onr2016-10-06.

Od czasu zwycięstwa wyborczego Prawa i Sprawiedliwości politycy i dziennikarze zadają pytanie o jego przyczyny. Odkąd poszerzając zakres swej władzy politycy tej partii zaczęli podważać podstawy demokratycznego ładu, rozpoczęła się też dyskusja na temat jej rzeczywistych celów.

Odpowiadając na pierwsze pytanie komentatorzy doszli do zgody co do kluczowej roli socjalno-populistycznego programu PiS, jednak druga debata toczy się niemrawo, będąc pełną twierdzeń tyleż rozpaczliwych, ile niemądrych, jak choćby to, że Jarosław Kaczyński pragnie się zemścić za śmierć brata, czy że dąży do władzy dla samej władzy. Obecnie uwaga komentatorów skupia się na taktyce uczestników trwającego konfliktu politycznego. Słabością ich rozważań jest brak jasnej świadomości celów rządzącej partii. A te nie są wcale ukrywane, są systematycznie realizowane – i mają wiele wspólnego z rzeczywistymi przyczynami jej wyborczego zwycięstwa. Chodzi jej o budowę państwa podporządkowanego ideologii nacjonalistycznej i w jej duchu prowadzącego systematyczną indoktrynację obywateli. Przyczyną tej zastanawiającej obojętności, bądź ślepoty na cele PiS jest fakt, że stanowią bardziej radykalną wersję idei nieobcych bodaj większości polskich polityków i publicystów.

Rzecz jasna, zwycięstwa i stabilnego poparcia PiS nie można wytłumaczyć jednym czynnikiem. Niektóre z jego przyczyn są tyleż oczywiste, ile przeceniane, jak wspomniany program socjalny. Jednak PiS poparły i popierają bardzo różne grupy i kategorie społeczne, które trudno utożsamiać z pokrzywdzonymi i socjalnie wykluczonymi. Istota sukcesu tej partii w ostatnich wyborach, oprócz zdyscyplinowanego elektoratu, polegała na zdolności przyciągnięcia różnorodnych wyborców. PiS wygrał w każdej grupie wiekowej, zawodowej, zarówno wśród mieszkańców wsi, jak i dużych miast, a także wśród ludzi z różnym wykształceniem. W zasadzie jedyna grupą, w której uzyskał nieco niższe poparcie niż PO, to dyrektorzy i specjaliści.

Mniej oczywistą, ale ważną przyczyną sukcesu PiS jest obecny w polskiej polityce milenaryzm, wyrażający się w oczekiwaniu, że polityka całościowo odmieni dogłębnie zepsute życie społeczne i niewydolne państwo. A skandale czy afery to nie tyle nieodłączna cecha rządu reprezentatywnego, tworzonego przez niedoskonałych przecież ludzi, ile przejaw dogłębnej moralnej korupcji i instytucjonalnej niewydolności, która wymaga radykalnej sanacji. Przejawem tego sposobu myślenia było przekonanie, propagowane nie tylko przez PiS, że III RP wyczerpała swoje możliwości i potrzebny jest wielki przełom, co znalazło wyraz w haśle stworzenia Czwartej Rzeczpospolitej, które przejęła partia Kaczyńskiego. Kryje się za tym dominująca chyba w Polsce wizja polityki jako realizacji wielkich idei i wynikająca stąd dezaprobata dla traktowania jej jako zwykłej działalności zawodowej.

Obie te rzeczy znalazły odbicie choćby w narzekaniach publicystów na rządy Platformy, nie tylko pozbawione wielkiej wizji, ale nawet nie proponujące żadnej Wielkiej Reformy (oczywiście nie usprawiedliwia to porzucenia przez tę partię aktywnego uprawiania polityki). W podobnym tonie wypowiadała się nowa lewica, która nie tyle krytykowała konkretne polityki, ile w ogóle podważała dorobek III RP, głosząc potrzebę radykalnego zerwania ze starym systemem. W tej sytuacji partia o charakterze misyjnym i ideologicznym okazała się uprzywilejowaną konkurentką – a PiS nie tylko głosi, ale faktycznie realizuje narodową misję.

Jakie są cele realizowanej właśnie narodowej rewolucji?

W myśl idei, które w tej formie objawiły się już w niemieckim romantyzmie, zostały przejęte jako własne i były powielane w całej Europie Środkowo-Wschodniej (zwykle bez wskazania źródła, a nawet bez wiedzy o ich pochodzeniu), państwo ma stanowić emanację pojmowanego w kategoriach kulturowych narodu, będąc wyrazem jego tożsamości, instytucjonalnym kośćcem i pancerzem chroniącym go przed szkodliwymi wpływami z zewnątrz.

W ten sposób pojmowania narodu i państwa, wywodzący się z myśli Johanna Gottlieba Fichtego, jednego z ojców niemieckiej idei narodowej, wpisany jest zasadniczy paradoks: narodowa tożsamość jest czymś trwałym i głęboko zakorzenionym w duszy narodu, równocześnie jednak lud jest jej dziwnie nieświadomy, jej przetrwanie wymaga więc jeżeli nie nieustannego doń przymuszania, to w każdym razie propagowania przez narodową oświatę.

W ideologii PiS

…na romantyczne rozumienie narodu nałożyło się dziedzictwo endeckiej koncepcji polityki narodowej oraz doświadczenia okresu komunizmu. Myśl endecka kształtowała się pod wpływem importowanego z Wielkiej Brytanii darwinizmu społecznego, co znalazło wyraz w wizji świata skonfliktowanych, etnicznie homogenicznych narodów, realizujących swoje egoistyczne kosztem innych. Czasy komunizmu umocniły koncepcję jednolitego narodu polskiego i utrwaliły endecką ideologię antyniemiecką. Komuniści, próbując wzmocnić swoją legitymizację, odwoływali się do nacjonalistycznej retoryki, czego echa znajdujemy w języku PiS-u, pełnym haseł o jedności narodu, insynuacji o zdradę narodową i podejrzeń o proniemieckie sympatie (na przykład wobec Ślązaków).

Rzecz jasna, nie ma tutaj miejsca na analizę, czy choćby ukazanie źródeł i głównych motywów polskiego nacjonalizmu w wydaniu Prawa i Sprawiedliwości, warto jednak zwrócić uwagę na szczególny nacisk kładziony w nim na niepodległość, której rzeczywiste znaczenie jest, wbrew pozorom, dalekie od oczywistości. Jest ona pojmowana ahistorycznie, nie podlegając stopniowaniu ani relatywizacji i prowadząc do uznania polityki za emanację w niczym nieograniczonej przez zewnętrznych aktorów woli narodu. Oznacza to konieczność posiadania zewnętrznego wroga i ciągłej konfrontacji ze światem zewnętrznym, bez których owa niezależność stałaby się bezprzedmiotowa. A czy można za wroga i za zagrożenie dla owej absolutnej niepodległości nie uznać Unii Europejskiej, realnie przecież ograniczającej swobodę działania reprezentantów narodu?

W praktyce działania PiS są zastosowaniem kluczowych idei składających się na ową eklektyczną ideologię. Chodzi więc o skupienie niepodzielnej władzy w ręku narodu – ściśle mówiąc, jego rzekomych prawowitych reprezentantów, którzy jako jedyni prawidłowo odczytują charakter narodowej tożsamości. Choć ostatnie wybory dały przywódcom PiS władzę, to ich zdaniem nie stanowią procedury wyłaniającej właściwą reprezentację narodu. Spory o prawo, którym takie znaczenie poświęcają przeciwnicy partii Kaczyńskiego, są z jej własnej perspektywy absolutnie drugorzędne wobec potrzeby koncentracji i utrzymania władzy. Obecny stan należy utrwalić, prawdziwą zaś tożsamość narzucić i umacniać przez systematyczną indoktrynację i kontrolę.

Czyż nie to właśnie robi w praktyce PiS? Centralizując władzę i koncentrując decyzje w rękach najwyższej władzy państwowej widzi w etatyzmie najwyższy cel, a nie środek? Oczywisty przykład stanowi chociażby ustawa o ziemi, jako materialny substrat ojczyzny będącej kluczowym symbolicznym dobrem, które winno pozostać narodowe, a więc nadzorowane przez władzę państwową. W polityce zagranicznej otwarcie deklarowanym celem partii jest realizacja niezłomnej woli narodu, nie zaś zapewnienie bezpieczeństwa i dobrobytu obecnym mieszkańcom Polski. Z punktu widzenia trwającego od wieków narodu są oni przecież co najwyżej jej przypadkowymi lokatorami! To także ostateczna racja polityki Prawa i Sprawiedliwości w takich sferach, jak oświata, najnowszym obiekcie centralizacyjnych ciągotek PiS, czy kultura, mająca służyć głównie jako instrument odwołującej się do historii, nacjonalistycznej propagandy, czy nie przypadkiem nazwane „narodowymi” media.

Ktoś może zapytać, czemu nacjonalizm stanowi zagrożenie dla wolności i demokracji? Skądinąd, samo słowo „nacjonalizm” rzadko pojawia się w debacie publicznej, będąc stosowane wyłącznie w odniesieniu do najbardziej radykalnych idei, najpowszechniej zaś stosowany terminem to „patriotyzm”. A patriotyzm to rzekomo podstawa wspólnoty politycznej! Problem tkwi w naturze domniemanej narodowej wspólnoty.

Do socjologii parę pojęć „wspólnota” i „stowarzyszenie” wprowadził u schyłku XIX wieku Ferdinand Tönnies, pierwszą z nich uznając za przyrodzoną, spontaniczną formę uspołecznienia i przeciwstawiając ją drugiemu, służącemu realizacji indywidualnych interesów zawiązujących ją członków. Niemal wiek później metaforę narodu jako wspólnoty wyobrażonej przywołał historyk i politolog Benedict Anderson, pisząc o narodzie jako zbiorowości zrzeszającej ludzi równych jako członkowie narodu, których łączy więź uchodząca za bliską i intymną. Co ważne, chodzi tu jedynie o metaforę – słabszą wersję starszej metafory narodu jako rodziny, połączonej więzami krwi, za którą mało kto dziś uznałby naród.

Nauki społeczne podważyły wiarę w podobne do Tönniesowskiego rozróżnienia między tym, co rzekomo „naturalne“ a sztuczne w życiu społecznym. Czym innym jest czynienie tego, co każdy robi w życiu codziennym: rozpoznawanie „swoich”, mających właściwe rysy i kolor skóry, albo mówiących po polsku bez akcentu, czym innym zaś uczestniczenie we „wspólnocie” zbudowanej na abstrakcyjnych symbolach, takich jak „kultura” czy „historia” (w rzeczywistości opowieści o niej). Narodowych symboli jest wiele i nikt z członków zbiorowości nie zna we wszystkich, a spory o to, co naprawdę stanowi rdzeń narodowej spuścizny, są nieuniknione. W praktyce metaforę najtrafniej wyrażającą faktyczne funkcjonowanie tej zbiorowości, stanowi pochodzący z czasów „realnego socjalizmu” dowcip o szampanie jako napoju, który pija klasa robotnicza, ale tylko ustami swych przedstawicieli. W przypadku narodu są nimi literaci, uważani za wirtuozów narodowej kultury, sportowcy reprezentujący go na boiskach, politycy uważający się za realizatorów narodowej woli, czy pedagodzy, wbijający wskazane przez tamtych treści do opornych nieraz głów uczniów. Dziś najważniejszymi ustami pijącymi narodowego szampana mają być przywódcy PiS.

Co dla socjologa stanowi metaforę, dla Prawa i Sprawiedliwości ma literalny sens: naród to homogeniczna wspólnota moralna, której interesy są ważniejsze niż uprawnienia jednostki. W imię utrzymania narodowej tożsamości i spójności wolno ograniczyć prawa obywatelskie. Nieprzypadkowo przygotowany przez tę partię projekt konstytucji zawężał katalog praw i wolności, ograniczając je na rzecz mglistego „dobra wspólnego” oraz przyznawał prezydentowi arbitralną władzę, zagrażającą niezależnemu sądownictwu.

PiS konsekwentnie realizuje swoje zamierzenia: zwiększył uprawnienia policji w zakresie inwigilacji obywateli, połączył urząd prokuratora generalnego z ministra sprawiedliwości oraz próbuje sparaliżować prace Trybunału Konstytucyjnego, osłabiając konstytucyjną ochronę praw obywatelskich. Ograniczeniem praw obywatelskich jest także projekt zaostrzenia prawa antyaborcyjnego.

A ci sami politycy, którzy chcą zmusić kobiety do rodzenia i martwią się o zarodki, postulują zamknięcie granic przed uchodźcami, z których gros to dzieci. W istocie chodzi o zwiększenie demograficznej siły rozumianego w kategoriach etnicznych narodu polskiego: kobiety mają zostać kontrolowanymi przez państwo, biologicznymi reproduktorami narodu. Polskich dzieci ma być jak najwięcej, aby wypełnić „pustkę demograficzną”, bo inaczej wejdą w nią ci, „przed którymi bronił nas Jan III Sobieski”, jak mówił niegdyś na Kongresie Demograficznym prymas Józef Glemp – a „my nie chcemy ani innej kultury, ani terroryzmu”.

Co daje polskiemu nacjonalizmowi polityczną siłę? Odpowiedź tkwi w naturze głoszonej przezeń wizji narodu. Rzekomo homogeniczny naród to zbiorowość polityczna o charakterze moralnym, lojalność wobec niej to wymóg etyczny, a odstępstwo to zdrada, traktowana jak zbrodnia. O interesy można się spierać z politycznymi oponentami, rezygnując z jednych uzyskiwać coś w zamian (iunctim), albo zawierać kompromis. Jednak odwołanie do tożsamości (kultury, historii) narodowej to swego rodzaju „broń atomowa” polityki, kończąca każdy spór poprzez symboliczne, a nierzadko i realne wyłączenie oponenta z kręgu tych, z którymi godzi się rozmawiać. Język wspólnoty narodowej zakłada w praktyce wykluczenie, a odwołanie się doń służy w lepszym razie szantażowi, w gorszym zaś ma na celu zniszczenie przeciwnika politycznego.

PiS jako partia głosząca i wcielająca w życie radykalny nacjonalizm nie uprawia takiej samej polityki, jak inne partie. Królestwo Prawa i Sprawiedliwości jest nie z tego świata, walczy ono o wyższe dobro, którego jest uprzywilejowanym (w istocie: jedynym uprawnionym) głosicielem i wobec którego inne racje, argumenty i wartości są mniej istotne. W jego obronie nie cofnie przed ich złamaniem. Naród jako spójna i organiczna wspólnota musi mówić jednym głosem, posiadać jedną wolę, która nie jest tożsama z wolą większości. Nie o numeryczną większość chodzi, a o wierność autentycznej narodowej tożsamości, której wielu Polaków nie rozumie, będąc zmanipulowanymi przez polskojęzyczne media, lub nosząc w sobie gen zdrady (co stanowi zawoalowaną sugestię obcego pochodzenia). Takie myślenie neguje normalną różnorodność interesów, poglądów i tożsamości i redukuje je do swego rodzaju fałszywej świadomości, której nosicieli należy poddać presji propagandowej i administracyjnej. Tych, którzy mimo indoktrynacji nie przyjmują autentycznego narodowego ducha, usuwa się poza obręb narodowej wspólnoty, oskarżając o zdradę, narodowe wykorzenienie, czy wywołanie rebelii, podważając ich prawo do udziału w życiu publicznym.

Dlaczego mało kto zauważa złowrogą naturę polityki PiS? Najpewniej dlatego, że całą polską politykę po roku 1989 zdominował nieustannie radykalizujący się nacjonalizm. Odwoływała się doń zarówno komunistyczna władza, jak i opozycja, tak że stanowił on faktycznie wszechobecne, najważniejsze dziedzictwo ideowe komunizmu. Przemiany roku 1989 oznaczały zwycięstwo demokracji, zdobycie wolności, a wreszcie odzyskanie niepodległości. Kłopot z przypisywanym im oficjalnie znaczeniem polegał na tym, że głównym powodem ludowego niezadowolenia z dawnego ustroju był powszechny niedostatek, a dostępność mięsa i cukru trudno uznać za godne uzasadnienie nowego ustroju – tym bardziej, że nie wszystkim przemiany przyniosły dobrobyt. Indywidualna wolność nie dla wszystkich była cenionym dobrem, a bojownicy o „Polskę katolicką” szybko zaczęli ograniczać jej dostępny zakres. Pozostała więc nieuchwytna czasem dla przeciętnego zjadacza chleba demokracja – i niepodległość, która z czasem uzyskała status głównej zdobyczy przemian (dopóki nie okazało się, jak uczyła radykalna prawica, że o tę prawdziwą niepodległość trzeba dopiero walczyć). Przestrzeń publiczną zdominowała prowadzona w imię tradycji narodowej ofensywa ideologiczna, skierowana przeciwko rzekomo antynarodowemu dziedzictwu komunizmu. Główną treść ideową stanowił katolicyzm, a w pamięci historycznej tradycja Drugiej Rzeczpospolitej oraz opozycji antykomunistycznej, w oficjalnym obrazie przeszłości zasadniczym prądzie ideowym czasów PRL.

Ekspansja nacjonalizmu…

…nie napotkała większego oporu, a jedyna krytyka odnosiła się do antysemityzmu – kwestii dotkliwej, ale nie pierwszorzędnej i nie dotyczącej istoty propagowanej teraz wersji polskiej tożsamości. Choć ostra i mówiąca o bolesnych sprawach, nie odnosiła się ona do takich, potencjalnie ważnych problemów, jak uczynienie z rządzonej autorytarnie i wykluczającej społecznie Drugiej Rzeczpospolitej patronki demokratycznej Polski, albo obecność niedemokratycznych nurtów w opozycji antykomunistycznej. Nic w tym dziwnego, skoro jego siłą napędową była polityka, gdzie nacjonalistyczny antykomunizm dysponował instrumentem szantażu w postaci opartego na groźbie wykluczenia „budowania wspólnoty”. Kto chciałby stanąć w obronie zdrajcy – „agenta” czy „komunisty”? Kto odważyłby się publicznie powiedzieć, że wystarczająco uczczono bohaterów walki o wolną Polskę? Nawet politycy postkomunistycznej lewicy nie potrafili odrzucić nacjonalizmu, co najwyżej ubolewając, że lewica nie wypracowała własnego sposobu mówienia o patriotyzmie. Z kolei lewica pozaparlamentarna uporczywie tropiła ślady antysemityzmu i walczyła z dziwnie egzotycznym, odległym od głównego nurtu polityki „rasizmem” i „nacjonalizmem”. W polskiej przestrzeni publicznej nie pojawiła się żadna znacząca alternatywa dla języka wspólnoty narodowej.

Niedostatek krytycyzmu objawił się także w debacie intelektualnej. Nie zaistniał w naszym kraju spór o naturę suwerenności i państwa narodowego, żywy w zachodnich naukach politycznych, ale potencjalnie zabójczy dla wiary w absolutny i niepodzielny charakter niepodległości,. Ułomna, bo jednostronnie skupiona na usprawiedliwianiu nacjonalizmu, była debata na temat moralnego statusu patriotyzmu, czy natury narodu, kwestii żywo i otwarcie dyskutowanych na przykład w anglosaskiej filozofii polityki.

Skutkiem tej jednostronności…

…stał się brak alternatywy wobec rzekomo wspólnotowego języka narodu i brak krytycyzmu wobec coraz bardziej radykalnych tez, a czasem zwyczajnych kłamstw głoszonych przez radykalną prawicę. Ważnym epizodem w rozbudowie nacjonalistycznego aparatu propagandowego było powstanie Instytutu Pamięci Narodowej, instytucji w perwersyjny sposób łączącej funkcje śledcze, badawcze – i propagandowe. Cezurą w procesie radykalizacji były obchody sześćdziesiątej rocznicy Powstania Warszawskiego, rzekomo przemilczanego nie tylko przez komunistów (nawet to nie było prawdą), ale i przez „liberałów” rządzących po roku 1989. Powstały kilka lat później film Katyń Andrzeja Wajdy uznano za wydarzenie z tej racji, że stanowił wypowiedź na temat przemilczanego kłamstwa i martyrologii Polaków na Wschodzie. Choć o owej martyrologii mówiono bezustannie od dobrych kilkunastu lat, w atmosferze narodowego wzmożenia nikt jakoś nie zwrócił na to uwagi! A choć retoryka „narodowej wspólnoty” niezmiennie odwoływała się do narodu jako całości, w rzeczywistości oznaczała propagandę radykalnej frakcji, której nikt się nie odważył przeciwstawić – z lęku przed szantażem, albo, co gorsza, z przekonania o oczywistości narodowych racji.

Nic więc dziwnego, że po zdobyciu władzy Platforma nie uczyniła kroku, by rozmontować finansowany z publicznych funduszy, a pracujący głównie na rzecz PiS aparat propagandowy. I nawet się nie spostrzegliśmy, kiedy ulice naszych miast wypełniły nie tylko kolejne pomniki, tablice pamiątkowe, uroczyste obchody czy marsze, ale także znane z czasów komunizmu uliczne wystawki złożone z plansz propagandowych. A wreszcie inspirowana przez oficjalną propagandę sztuka uliczna – od graffiti przez wlepki, rekonstrukcje, po tzw. odzież patriotyczną. Dała ona młodym groteskowy pozór buntu, chociażby w postaci narodowego hip-hopu: muzyki czarnych gett, granej przez białych polskich nacjonalistów. Jak niegdyś ich dziadkowie-zetempowcy, gorliwie głoszą oni idee lansowane przez oficjalną propagandę, rapując urzędową wersją historii niczym zakazaną prawdą, ukrywaną rzekomo przez establishment. Najlepszym przykładem są utwory o wymazanych ponoć z pamięci zbiorowej „żołnierzach wyklętych”, którym stawia się pomniki i o których uczą państwowe szkoły i zatwierdzane przez państwo podręczniki do historii…

Sama figura antykomunistycznego „żołnierza wyklętego” jako bohatera walczącego z komuną, urastającego obecnie do mitu fundacyjnego IV RP, to radykalna, jednostronna mutacja gnębionego przez komunę AK-owca: personifikacja narodu polskiego, który cierpiał w historii, jak żaden inny naród i jak żaden inny bił się o swoją wolność. Figura ta wyraża tyleż antykomunizm, ile insynuację, że nie tylko komuniści, ale i „liberałowie” wymazywali z pamięci prawdziwych bohaterów walczących z komunistyczną, a więc obcą narodowo władzę. Pasuje to do polityki symbolicznej PiS, przedstawiającej tę partię jako walczącą o polskość, prawdę i godność przeciwko kontynuującemu linię komunistów „liberalnemu” establishmentowi. A przecież to dzięki poparciu Bronisława Komorowskiego i Platformy Obywatelskiej ustanowiono święto ku czci członków powojennego podziemia, nazywając ich powstałym w kręgu Ligi Republikańskiej, zmitologizowanym pojęciem „Żołnierzy Wyklętych”!

Kłopoty z brakiem alternatywy

…dla nacjonalizmu widać chociażby w polityce wobec uchodźców. Teoretycznie trudno było nie dostrzec, że manifestowanie niechęci do ich przyjęcia, wynikające tyleż z chęci zamiecenia problemu pod dywan, ile z próby zagrania na antyeuropejskich i antyniemieckich sentymentów potencjalnych wyborców, spowoduje radykalizację stanowisk i przeniesie rozgrywkę na boisko nacjonalistycznej prawicy. Premier Ewa Kopacz okazała się jednak mistrzynią sztuki niewidzenia…

Choć do zwycięstwa PiS przyczynił się socjalny populizm, kluczem do jego sukcesu była wieloletnia praca propagandowa. W jej efekcie coś, co w większości krajów Europy uznano by za kuriozum, lub za nieakceptowany radykalizm, stało się mainstreamem. Partia ta zaoferowała wyborcy bliskie mu, bo systematycznie wpajane i pozbawione alternatywy, idee. Narodowy radykalizm, z jego językiem godności i „wspólnoty”, stanowił idealne dopełnienie socjalnego populizmu, nadając nowy wymiar oskarżeniom wobec „liberała” (o którym i tak wiadomo było, że kradnie – tak jak czynił to, wpędzając w nędzę kraj i jego mieszkańców, jego przodek „komunista”). Partia ta słusznie postanowiła zagrać w grę, w której nie tylko nie miała konkurentów, ale nawet nie znalazła przeciwnika. Na jej sukces pracowała cała polska polityka, nie wyłączając lewicy.

W tej chwili to Prawo i Sprawiedliwość określa treść i formę politycznej debaty, opozycja zaś poprzestaje na obronie prawnych podstaw demokracji, skazanej na ograniczone powodzenie wobec parlamentarnej dominacji tej partii. Choć obrona prawa jest ważna, trzeba jednak pamiętać, że dla PiS jest ono tylko instrumentem. Nie wystarczy także przywoływany przez niezliczonych publicystów socjalny wymiar polityki. Złudzeniem jest przekonanie, że to program socjalny zapewnił PiS-owi zwycięstwo, a elektorat tej partii to ludzie biedni i niewykształceni, głosujący na tę partię ze względów ekonomicznych.

Siła nacjonalizmu wynika ze zdolności do przyciągania różnych kategorii społecznych i rzadko stanowi on po prostu wyraz niezadowolenia ze swojego statusu ekonomicznego. Wiele się dzisiaj mówi o groźbie radykalnego nacjonalizmu, zadając pytanie, czy po PiS nie przyjdzie faszyzm. Niestety, w polskiej debacie politycznej radykalny nacjonalizm postrzegany jest jako polityczna egzotyka, umundurowane bojówki i totalitarne symbole. W rzeczywistości jego nosiciele są bliżej, niż się nam wydaje: ubrani w garnitury od dawna tkwią w głównym nurcie polskiego życia publicznego.

Aby zwyciężyć z PiS-em nie wystarczy więc bronić prawa, ani napisać wiarygodny program socjalny (względnie, na co zdaje się stawiać Nowoczesna, przeciwstawić socjalnemu populizmowi neoliberalny). Trzeba rozpoznać jego prawdziwe cele i stworzyć dla nich rzeczywistą alternatywę. Starą grę „w patriotyzm” i „we wspólnotę”, z której wszyscy, poza członkami Prawa i Sprawiedliwości, zostaną wcześniej czy później wykluczeni, partia ta zawsze wygra, bo jest najbardziej wiarygodnym graczem. Potrzeba czegoś, czego polskim politykom brakuje najbardziej: samodzielnego myślenia zamiast wiary w to, co opowiadała w domu babcia i pani w szkole oraz odwagi przeciwstawienia się temu, co wydaje się im, a dzięki ich bierności faktycznie staje się dominującą opinią.

Jak zauważył Andrzej Leder, polska demokracja nie dopracowała się symboliki legitymizującej demokrację jako demokrację, a nie emanacji narodowej wspólnoty.

Potrzeba systematycznej krytyki polityki, dla której narodowa wspólnota to naturalna podstawa państwa, indywidualnej tożsamości i moralności. Potrzeba nowego języka oraz nowej formuły legitymizującej polską politykę (i towarzyszących jej symboli, bohaterów, opowieści), nie absolutyzującej niepodległości, wspólnoty narodowej i narodowej martyrologii.

Te wysiłki musi jednak poprzedzać krytyczna dyskusja nad naturą „patriotyzmu” i refleksja nad ignorowanym dotąd napięciem między myśleniem w kategoriach narodowej wspólnoty i niepodległości a logiką liberalnej demokracji oraz integracji europejskiej.

Krzysztof Jaskułowski, Jarosław Kilias

Wytłuszczenia, podział na akapity i śródtytuły – redakcja

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

2 komentarze

  1. irena.w 06.10.2016
  2. Pra 19.10.2016