2017-05-08.
Nie znam się na gospodarce i staram się podejść do wygłaszanych wyroków ekonomicznych (tych, które mogę zrozumieć) stosując zasady logiki, choć zdaję sobie sprawę z tego że to trochę jak stosować takie zasady do pism urzędowych. Docierają do nas sprzeczne opinie, niektóre wyrażane w sposób dość apodyktyczny.Dwie sprawy są od pewnego czasu z uporem lansowane, także tu w SO. Pierwsza to twierdzenie, że przyjęcie Polski do strefy euro byłoby panaceum na nasze spodziewane kłopoty i zapewniło wejście do „pierwszej ligi”.
Niedawno przytoczyłem m.in. charakterystyczny dla tych opinii pogląd Ryszarda Petru:
Mamy już Europę kilku prędkości i ta pierwsza prędkość nazywa się euro. Jeśli chcemy być w centrum UE powinniśmy przyjąć euro. To nas zabezpieczy przed „pisopodobnymi” rządami, które chciałyby nas wyprowadzić z Unii.
Na temat euro pozwoliłem sobie wyrazić niedawno swoje wątpliwości pisząc:
Wszyscy szukają jednego tricku, który pozwoli naprawić wszystkie błędy i zabezpieczyć przed wszelkimi niebezpieczeństwami. Nie tak dawno była mowa aby wyrzucić Grecję ze strefy euro a może i z Unii, bo się marnie gospodarzy, a jej rządy oszukują i obywateli i Unię. Chciałoby się tym co proponują proste rozwiązania powiedzieć: Gospodarka i praworządność, głupcze.
Wsparłem się także opinią Piotra Kuczyńskiego, który stwierdził:
Niedopasowane gospodarczo państwa (o zbyt słabej gospodarce) drogo płacą za wejście do strefy euro – szczególnie chodzi o kraje południa Europy, ale kwalifikowałaby się do tej grupy również Polska. W tej grupie brak możliwości dewaluacji własnej waluty może ograniczać wzrost gospodarczy, a tani kredyt (to przecież ECB ustala stopy procentowe) prowadzi do ekscesów kredytowych (jak np. w Hiszpanii) i / lub do potężnego zadłużania państwa (jak np. w Grecji).
Druga sprawa to rady prof. Balcerowicza i jego uczniów, które – według komentatorów – mogą uratować naszą gospodarkę przed zagrożeniami.
Jeśli idzie o koncepcje prof. Balcerowicza, to pozwolę sobie przytoczyć fragmenty artykułu Grzegorza Sroczyńskiego, zamieszczonego w Dużym Formacie. Sroczyński pisze o poglądach Andrzeja Rzońcy, obecnie głównego specjalisty od ekonomii w PO, wychowanka i długoletniego współpracownika prof. Balcerowicza, do niedawna głównego analityka Forum Obywatelskiego Rozwoju. Sroczyński pisze:
Największym zagrożeniem dla Polski (…) jest według FOR płaca minimalna. Ta dżuma XXI wieku wyrządza naszej zbolałej gospodarce szkody nie do powetowania. Raport FOR z 2011 roku sygnowany nazwiskiem Rzońcy nosi tytuł: „Podwyższenie płacy minimalnej spowalnia wzrost gospodarczy i zwiększa zakres biedy”. Dlaczego płaca minimalna zwiększa zakres biedy? Ponieważ zabija miejsca pracy. Dlaczego zabija miejsca pracy? Ponieważ spowalnia wzrost gospodarczy. Dlaczego spowalnia wzrost gospodarczy? Ponieważ zwiększa zakres biedy. (…)
Swoje alarmistyczne raporty o płacy minimalnej FOR od lat rozsyła po redakcjach z precyzją kałasznikowa, a ja za każdym razem wypatruję zapowiadanego Armagedonu. Jednak on nie nadchodzi. Oto w styczniu 2012 roku rząd Tuska dokonał prawdziwej zbrodni na narodzie i podniósł płacę minimalną o 114 zł. I co? I nic. Bezrobocie w kolejnych miesiącach spadło a nie wzrosło. Jak to możliwe? Przecież płaca minimalna „to furtka dla nieodpowiedzialnych decyzji polityków oraz związków zawodowych, które kosztem gospodarki i ludzi bawią się w politykę” – napisał FOR po tej podwyżce. W następnym roku bezrobocie nieco odbiło, a potem znowu zaczęło spadać. I konsekwentnie spada, mimo że płaca minimalna od tego czasu była kilka razy podnoszona i wzrosła z 1500 zł do 2000 zł. (…) Również w kilku państwach zachodnich rządy konsekwentnie gnębią obywateli podwyżkami płacy minimalnej, a bezrobocie tam nie rośnie, lecz spada. I nawet wzrost gospodarczy występuje. (…)
Najnowszą plagą egipską, przed którą ostrzegał FOR, było wprowadzenie minimalnej płacy godzinowej w wysokości 13 zł. „Godzinowa płaca minimalna, tak samo jak zwykła płaca minimalna, stanowi ograniczenie wolności zawierania umów. Spowoduje ograniczanie zatrudnienia” – czytamy. Tym razem zamiast do GUS, który jak zwykle odmówił dostarczenia danych zgodnych z przewidywaniami FOR, skierowałem kroki do Konfederacji Pracodawców Lewiatan. Może choć tu znajdę ostatnią redutę prawdy? Niestety, macki lewackiego populizmu oplotły nawet Henrykę Bochniarz. Popijając spokojnie kawę oświadczyła, że popiera minimalną płacę godzinową, a stawka 13 zł jest dla pracodawców do udźwignięcia.
Na ekonomii, podobnie jak na medycynie, zna się u nas prawie każdy. Brakuje tylko, aby w sprawach gospodarczych przeprowadzać referenda, oczywiście bez żadnego przygotowania czy wyjaśnień, zadając podobne pytanie, jakie zamierza zadać prezydent w referendum na temat zmiany konstytucji, np.: Czy chcesz zmiany gospodarki na lepszą?
O niektórych apodyktycznych twierdzeniach ekonomistów i komentatorów, wygłaszanych z dużymi emocjami i przekonaniem, chciałoby się powiedzieć tak jak powiedział min. Waszczykowski o dokumencie Komisji Europejskiej na temat stanu praworządności w Polsce: To tylko opinia.
PIRS


Pirsie – …..: „Znany austriacki filozof i ekonomista Friedrich August von Hayek, nagrodzony w 1974 roku za „pionierską pracę w dziedzinie teorii pieniądza i wahań gospodarczych oraz za pogłębioną analizę współzależności zjawisk ekonomicznych, społecznych i instytucjonalnych” ogłosił, że żaden ekonomista nie powinien otrzymywać Nagrody Nobla, bowiem prestiż spływa wtedy na osobę, która ma dzięki niemu ogromny „wpływ na laików: polityków, dziennikarzy, urzędników państwowych i opinię publiczną”. Zaś dokonania noblistów z dziedziny nauk ścisłych są stale weryfikowane przez ekspertów, którzy nie pozwalają laureatowi popaść w przesadną dumę.
Hayek’owi trudno zarzucić nieznajomość tematu. Że o pomnikach dla Balcerowicza nie wspomnę. Wypisz-wymaluj przykład tegoż spływania.
Pozdrawiam
– Dewaluacja bywa poręcznym kołem ratunkowym. Z tym, że wraz z wartością pieniądza zmniejszają się odpowiednio nasze płace, emerytury, oszczędności, a ceny krajowe pozostają bez zmian, podczas gdy wszystko co z zagranicy i zagranicą dla nas drożeje. Więc może lepiej pilnować, żeby nie dochodziło do sytuacji, w których dewaluacja by była wskazana.
I mieć euro, ze wszystkim co to dla nas oznacza. Trudno pojąć dlaczego tani kredyt ma przeszkadzać rozwojowi. Kredyt, tani czy drogi, jest dla dorosłych i odpowiedzialnych, jak wódka. Zażywać rozsądnie, nie przebierać miary. Nie dopuszczać do władzy nikogo z rodziny Papandreu, Karamanlis, Kaczyńscy.
– Na minimalnej stawce godzinowej – 13 złotych – jedni skorzystali, inni przez nią stracili pracę. Większość, chyba, wraz z pracodawcami kombinuje jak utrzymać pracę poniżej tej stawki. Sroczyński wykręca kota ogonem. Płace minimalne i wszelkie inne rosną kiedy trwa ożywienie gospodarcze, rośnie produkcja, poszerza się obszar usług, rośnie zatrudnienie, czyli spada bezrobocie. Zwiększa się popyt na pracę w stosunku do jej podaży, więc trzeba pracownikom zapłacić więcej, żeby wyjść z produktem na rynek. Wzrost płac jest skutkiem a nie przyczyną poprawy w gospodarce. Wzrost płac bez tych okoliczności oznacza wzrost kosztów, pogorszenie konkurencyjności na rynku. I żadne zamawianie tego nie zmieni.
ahhaahahahahahahahahahahahah….LOL. Panie Erneście, Pan to przeczyta zapominając o swoim tegoż autorstwie. Toż to totalne pomieszanie z poplątaniem. Ze szczególnym uwzględnieniem frazy – …”Wzrost płac jest skutkiem a nie przyczyną poprawy w gospodarce.”
Nie ma to jak proste recepty. Ale jest w tym pewien urok.
Jedno jest natomiast pewne – nikt nie wie jak będzie.
Pozdrawiam
P.S. Zgadzam się z Panem co do euro – prawdę mówiąc, miałem nadzieję, że po wejściu do UE to będzie naszym kolejnym priorytetem. Uważam wręcz, że przyjęcie euro powinno być jednym z progów akcesyjnych do UE. Ale cóż – wygrało typowo polskie – nie oddamy ani guzika. Tym bardziej, że złotego tośmy sobie nawet wpisali do Konstytucji.
Fachowcy mają różne opinie w sprawie euro, ja nie podejmuję się dyskusji. Większość wydaje się być zgodna co do tego, że po pierwsze strefa euro powinna być zreformowana i wzmocniona, a po drugie kraj do niej wstępujący powinien spełnić określone warunki gospodarcze. Tak mówiono do niedawna, ale działania PiS spowodowały, że wiele osób widzi ostatnio w wejściu do strefy euro panaceum także na „pisyzację” państwa.
Przykład Grecji zdaje się wskazywać, że samo wejście do strefy euro nie gwarantuje sukcesu gospodarczego ani tego że inni posiadacze euro będą chcieli jakoś specjalnie „uleczyć” chorego członka strefy. Chciałbym aby fachowcy doszli do porozumienia co do tego czy jesteśmy gotowi wstąpić do strefy euro. I chyba warto ustalić, jakie warunki polityczne powinny zostać spełnione, aby nierozważni politycy nie pogrzebali kraju po wejściu do tej strefy.
….”Tak mówiono do niedawna, ale działania PiS spowodowały, że wiele osób widzi ostatnio w wejściu do strefy euro panaceum także na „pisyzację” państwa.”……..
Pirsie – na dzisiaj ten temat możemy sobie darować. Nikt nas dzisiaj do tej „przeklętej” strefy euro nie wpuści. Jest za co dziękować Tuskowi.
Pozdrawiam
„Nie znam się na gospodarce i staram się podejść do wygłaszanych wyroków ekonomicznych (tych, które mogę zrozumieć) stosując zasady logiki, choć zdaję sobie sprawę z tego że to trochę jak stosować takie zasady do pism urzędowych. Docierają do nas sprzeczne opinie, niektóre wyrażane w sposób dość apodyktyczny.”
.
Kwestia Euro jest złożona i dlatego nie są niczym dziwnym odmienne opinie na temat wspólnej waluty i naszego przystąpienia do strefy. Jednak niektóre głoszone tezy są proste do weryfikacji. Takim przykładem prostej tezy ekonomicznej jest związek pomiędzy płacą minimalną, a poziomem zatrudnienia. Akurat ta kwestia już dawno ZOSTAŁA dobrze zbadana i praktycznie zweryfikowana. Nieprawdą jest, że podnoszenie płacy minimalnej powoduje zwiększenie bezrobocia.
(jest milion artykułów i publikacji na ten temat, pierwszy z brzegu:
http://forsal.pl/artykuly/924891,placa-minimalna-a-wskaznik-bezrobocia-badania-placa-minimalna.html)
Nie ma żadnego uzasadnienia dla głoszenia poglądów, że podniesienie/wprowadzenie płacy minimalnej zwiększy bezrobocie, innego niż tylko względy ideologiczne. Tym bardziej, gdy takie poglądy wygłasza ekonomista, który z całą pewnością zdaje sobie sprawę z obecnego poziomu wiedzy na ten temat.
Ekonomiści to także ludzie, muszą zarabiać. Lobby pracodawców wszędzie jest bogate i wpływowe, ma wymierny interes w pacyfikowaniu presji płacowej, a temu ma służyć propaganda. Trudno mieć do nich pretensje, że wykorzystują ignorancję mas dla zabezpieczenia własnych zysków. Taki jest świat.
Zgadzam się autorem, że należy zachować dystans do wygłaszanych poglądów i traktować je przede wszystkim jak opinie, a nie prawdy objawione. Ale jest granica, nie wszystko jest do zaakceptowania. Ewidentne bzdury należy jednak apodyktycznie prostować, tak samo jak poglądy wyznawców płaskiej Ziemi.
@Ernest Skalski
„Dewaluacja bywa poręcznym kołem ratunkowym. Z tym, że wraz z wartością pieniądza zmniejszają się odpowiednio nasze płace, emerytury, oszczędności, a ceny krajowe pozostają bez zmian, podczas gdy wszystko co z zagranicy i zagranicą dla nas drożeje. Więc może lepiej pilnować, żeby nie dochodziło do sytuacji, w których dewaluacja by była wskazana. I mieć euro, ze wszystkim co to dla nas oznacza. Trudno pojąć dlaczego tani kredyt ma przeszkadzać rozwojowi.”
.
Niestety, nie da się „pilnować, żeby nie dochodziło do sytuacji, w których dewaluacja by była wskazana”, bo to tylko pobożne życzenie. Istotą konstrukcji unii walutowej w obecnej postaci jest to, że USUNĘŁA ONA skutecznie mechanizmy zabezpieczające nas przed negatywnym wpływem nieuniknionych różnic pomiędzy państwami. Upraszczając, ewentualna „wina” w narastaniu nierównowagi pomiędzy państwami wewnątrz UE jest po OBU stronach – zarówno np. Niemców, dlatego, że pożyczali, inwestowali, jak i Greków, dlatego, że brali pożyczone, importowali, więc obie strony są winne!
To jest naiwność, ślepa wiara, że społeczeństwo samo z siebie się „upilnuje”, gdy usuniemy BARIERY przed nadmiernym zadłużaniem się (oprocentowanie, ryzyko kursowe, itd.). To się nie może udać NIKOMU. Nie udało się Grekom, Hiszpanom, Portugalczykom, Włochom… my będziemy lepsi? Nonsens. Skończyłoby się tak samo.
@PIRS
„[…] działania PiS spowodowały, że wiele osób widzi ostatnio w wejściu do strefy euro panaceum także na „pisyzację” państwa.”
Bardzo niebezpieczny pomysł na walkę z PiS. Strefa EU powstała z inicjatywy Francji, która z jednej strony chciała pacyfikować Niemcy a z drugiej strony chronić swoje rolnictwo. To był oczywiście projekt polityczny, bardziej niż ekonomiczny, a jak na tym Francja ostatecznie wyszła, widać dzisiaj jak na dłoni. Nieprawdaż?
Jak „dobrze” pójdzie to właśnie wspólne Euro, a nie jakieś problemy polityczne, doprowadzi do rozpadu Europy i może ekonomicznie zrujnować Francję. Zabawne i tragiczne, że ktoś chce iść tą samą drogą, przedkładając polityczny interes nad ekonomiczny realizm.
Pirsie, przypomnę, co niedawno pisałem. Wyobraź sobie Polskę, w której są trzy waluty: złotówka, pirs, hazel. Złotówki emituje Bank PKOBP, pirsy Telewizja Polska, a hazele Polska Akademia Nauk. Czy taki kraj może efektywnie działać? Oczywiście, że nie. tak samo, jeżeli chcesz mieć jeden kraj, Europę, to musi mieć jedną walutę. Ja chcę żyć w Europie- jednym kraju, bo tylko w takim jesteśmy bezpieczni od ataku ze wschodu. Dlatego nie jest to kwestia ekonomiczna, tylko naszego bezpieczeństwa.
@HAZELHARD
Ależ ja chciałbym żeby Europa była jednym państwem a nie luźną federacją. Ale to nie jest argument żeby akurat tu i teraz wszyscy musieli mieć jedną walutę. Nie będę powtarzał argumentów fachowców, którzy przecież nie są przeciw, tylko uważają że najpierw muszą być spełnione pewne warunki, zarówno co do euro jak i co do krajów które to euro chcą wprowadzić. Czy Szwedzi są głupi że nie wstępują do euro?
I na pewno jedna waluta nie chroni przed niebezpieczeństwami. Może najpierw zjednoczmy się na innych płaszczyznach, a tu prawie wszyscy wolą być oddzielnie choć razem. Jeśli kraje europejskie nie dojrzeją ideowo i politycznie do zacieśnienia związków to waluta ich nie uchroni przed zagrożeniami, a te idą nie tylko ze Wschodu.
@PIRS
„I na pewno jedna waluta nie chroni przed niebezpieczeństwami.”
Posiadanie jednej, wspólnej waluty (unia monetarna), BEZ posiadania JEDNOCZEŚNIE wspólnego systemu podatkowego (unia fiskalna), jest realnym zagrożeniem dla każdej gospodarki. Nie chodzi więc o to, czy wspólna waluta przed czymś chroni, czy nie chroni, czy ma, czy nie ma jakiejś zalety. To jest sprawa drugorzędna, nawet wtedy, gdy faktycznie możemy wskazać jakieś niezaprzeczalne zalety posiadania wspólnej waluty. Zalety nie wystarczą.
To jest problem techniczny, kryzys (który obserwujemy) jest nieuniknioną konsekwencją wadliwej organizacji strefy wspólnej waluty. Dobra wola polityczna i wszelkie starania nic tu nie pomogą, nie rozwiążą problemu braku unii fiskalnej i wynikających z tego braku transferów kompensujących nieuniknione nierównowagi wewnętrzne! Możemy się upierać i trwać na siłę w unii walutowej, wbrew występującym problemom technicznym.
Co najwyżej udowodnimy prymat polityki nad realiami ekonomicznymi. Zupełnie jak w socjalizmie – stworzyliśmy problem, z którym następnie bohatersko walczymy. Tylko PO CO???
To trzeba powiedzieć wyraźnie i wytłumaczyć ludziom. To nie sam pomysł wspólnej waluty jest wadliwy, ale SPOSÓB jej wprowadzenia. Chcemy mieć wspólnotę? Proszę bardzo, ale można ją mieć TYLKO z całym inwentarzem, to znaczy ze wspólnym budżetem, wspólną walutą, wspólnymi podatkami, wspólnymi obligacjami, wspólnymi świadczeniami socjalnymi, itd.
Wmawianie ludziom, że można mieć wybiórczo jedną z tych rzeczy, a inne pominąć, jest oszukiwaniem ludzi, korzystaniem z ich nieznajomości tego zagadnienia.
Dokładnie tak. Albo jedno państwo z tym wszystkim, albo wcale. Ja jestem za wspólnym państwem.