23.06.2020

Może to i nie najlepszy czas do promocji książek, jest końcówka kampanii wyborczej i wszyscy tylko o tym.
Pamiętając o tym co wyżej chciałbym mimo wszystko gorąco polecić wydaną niedawno książkę Doroty Karaś i Marka Sterlingowa „Walentynowicz, Anna szuka raju”. Książkę wydało krakowskie wydawnictwo Znak.
Na wstępie powiem coś ogólnie – nie często mi się zdarza być pod wrażeniem tego, co czytam, a czytam stale. Jestem pod dużym wrażeniem tego co zrobiła ta para autorów, jak wielką wykonała pracę, by przekopać się przez dokumenty, akta, protokoły, wyroki, doniesienia prasowe…
Czytam opowieść o prostej kobiecie z ukraińskiej biednej rodziny, której dzieciństwo i młodość przypadły na straszne lata czterdzieste. Lata okupacji hitlerowskiej i rzezi wołyńskiej. To straszny czas, w którym zbrodnia w swej ilości, ale i skali okrucieństwa przekraczała wszystko, co można pomyśleć. W Europie, pod rządami religii chrześcijańskiej.
Powiem krótko – pierwsze czterdzieści stron książki o Annie Walentynowicz dzieje się na Ukrainie i jest to najlepszy opis tamtych stron, stosunków, napięć i emocji, zbrodni i okrucieństwa, jaki czytałem. To nie jest zbiór dokumentów ani opis suchych faktów, to jest opowieść o ludziach. Żyjących w okrutnych czasach wojny i niemieckiej okupacji.
Pozostałe 450 stron opowiada o latach spędzonych przez Annę w Polsce, w zniszczonym Gdańsku, gdzie pracowała jako pomoc domowa w kilku domach — aż, za radą jednego ze swoich chlebodawców, zatrudniła się na „państwowym”, podejmując pracę w „Amadzie”, fabryce margaryny. Po to tylko, aby dojrzeć do bardziej odpowiedzialnej pracy w zawodzie, którego się wyuczy: spawacza w Stoczni Gdańskiej.
Pracę tę Anna Walentynowicz rozpoczęła w 1950 roku. Była wzorowym robotnikiem, wielokrotną przodownicą pracy, bardzo aktywną działaczką różnych organizacji młodzieżowych, związkowych i kobiecych. Była pracownikiem bardzo zaangażowanym w budowę nowego porządku, nowego socjalistycznego ustroju. O skali jej zaangażowania świadczy fakt, że została wydelegowana jako stoczniowa aktywistka do udziału w światowym zlocie młodzieży w Berlinie.
Gdy czytałem tę opowieść o Annie Walentynowicz, przypominały mi się lata mojej młodości, gdy w 1963 roku rozpoczynałem pracę socjologa w stoczniowej Pracowni Socjologii i Psychologii Pracy. Mogę z całą pewnością zaświadczyć, że taka jak w tej opowieści była prawda tamtego czasu, takie były wówczas realia i problemy i mikro i makro. Każdemu, kto chciałby zanurzyć się w tamte lata, zwłaszcza gdy ma je zapisane we własnej pamięci, polecam gorąco lekturę tej książki.
Z całości dzieła wylania się zapis procesów tworzenia, działania i rozpadu Solidarności. Można przypomnieć sobie skomplikowane relacje, jakie tworzyła grupa działaczy – organizatorów sierpniowego strajku, od którego wszystko się zaczęło. To jest rzetelny zapis faktów, zdarzeń, ludzi…
Książka opowiada o życiu Anny Walentynowicz, o tym, kim była jako człowiek, jako aktywistka związkowa, polityczka. Po lekturze lepiej rozumiem jej zachowania, jej fobie, jej wielkość, ale i małość – wszystko, co składa się na osobowość człowieka. Powiem więcej, jako ktoś, kto miał swoje relacje z Anną Walentynowicz, teraz ją lepiej rozumiem. Co w żadnym przypadku nie oznacza, że się z nią zgadzam, z jej ocenami, opiniami, wyborami.
Rozumieć tak, akceptować — nie.
Książka Doroty Karaś i Marka Sterlingowa to przykład rzetelnego dziennikarstwa i znakomitego pisarstwa.
Miałem szczęście znać wielu wybitnych polskich dziennikarzy – po lekturze książki Doroty Karaś i Marka Sterlingowa wiem, że krąg tych znakomitych poszerzył się o te dwa nazwiska.

Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.

To chyba jest efekt motyla. Nieczęsto zdarza mi się być pod wrażeniem recenzji książki, a czytam ich sporo. Jestem pod dużym wrażeniem tej krótkiej opinii i nabrałem ogromnej ochoty, żeby się zapoznać z Anną poszukującą raju.