28.11.2025
Listopad sprzyja myśleniu i to nie tylko o Polsce i meandrycznych liniach jej historii. Również o instytucji, która zdawałoby się jest nierozerwalnie związana z losami naszego kraju. A może nam się tylko tak wydaje? Artur Nowak wraz z Arkadiuszem Stempinem sięgają do przeszłości Kościoła katolickiego i próbują zgłębić jej ciemne strony. Robią to w sposób znany już z poprzedniej wspólnej książki z 2024 roku „Kryminalnej historii Watykanu”. Teraz opuszczają mury tego najmniejszego państwa (choć nie są w tym konsekwentni, bo w kilku rozdziałach, jak chociażby tych poświęconych papieżowi Aleksandrowi VI czy „bankierowi Boga” Arturowi Calvi) by przyjrzeć się działalności, by tak rzec w terenie, niektórych przedstawicieli Kościoła. Przypominają też historię żydowskiego dziecka ochrzczonego przez służącą rodziny, które najzwyczajniej zostało porwane i odebrane rodzicom jako „chrześcijanin”, który nie może dłużej trwać w żydowskiej ślepocie. Znakomity historyk amerykański David Kertzer słusznie w tej historii dopatruje się jednej z przyczyn wstrząsu, który ostatecznie roztrzaskał państwo kościelne, gdyż obnażyła ona jego nieludzkie oblicze. O tym i o wielu innych jeszcze sprawach dowiadujemy się z kart „Imperium grzechu” i zaczynami sobie zdawać sprawę, jak wiele twarzy ma ciemna strona Kościoła katolickiego.
Wiele z nich jest zupełnie nieznanych, albo tylko specjalistom. Dzieje się to z wielką szkodą dla rozumienia funkcjonowania Kościoła katolickiego w czasach marnych, jak chociażby wtedy, gdy każdy przejaw niezależnej myśli był tępiony wszelkimi możliwymi sposobami do eliminacji źródeł tej myśli włącznie (tym przecież była inkwizycja). Albo, gdy śledzą przedziwne losy kariery brunatnego biskupa austriackiego Aloisego Hudala. Co tu dużo gadać,Hudal nigdy nie krył się ze swoimi faszystowskimi sympatiami. Można wzruszyć ramionami, nie on jeden przecież. A jednak autorzy wręczają Hudalowi palmę pierwszeństwa w udrożnianiu szczurzego szlaku, który umożliwia ucieczkę z zatopionego we krwi milionów niewinnych ofiar nazistowskiego okrętu. A kto słyszał o franciszkaninie chorwackim „bracie diable”? Ja nigdy. Teraz po lekturze poświęconego mu rozdziału na zawsze zapamiętam imię i nazwisko i nie zapomnę kto to był Miroslav Filopovic-Majstronovic. Zapewne podobnie będzie z innymi czytelnikami tej ważnej, choć niełatwej w lekturze książki. Bynajmniej nie dlatego, że jest źle napisana. Wprost przeciwnie. Obu autorom pióro jest wyraźnie posłuszne i potrafią budować napięcie jak wytrawni mistrzowie kryminałów. Wcale nie przypadkowo w podtytule pojawia się „Kronika zbrodni Kościoła”. I nie jest to hiperbola. Nie od dziś wiadomo, że z dziejami każdej religii zbrodnia jest związana w sposób nierozłączny. Zresztą jak z każdą ludzką instytucją. Czy przypomniana na końcu postać założyciela Legionistów Chrystusa jest mniej odrażająca tylko dlatego, że przecież Maciel Marcial Degollado nikogo nie zamordował ani nie torturował, tylko zwyczajnie ulegał ludzkim słabościom. Czyż nie zdołał przekonać św. Jana Pawła II, że najbardziej na sercu leży mu dobro Matki Kościoła? No właśnie polskiego papieża przekonał, ale już niemiecki zrobił wszystko, by prawda wyszła na jaw. Rozdział mu poświęcony zbiera wszystko, co do tej pory wiemy o tym prawdziwym moralnym zwyrodnialcu i uświadamia jak bardzo rację miała Franca Giansoldati, że poświęconą mu książkę zatytułowała „Demon w Watykanie”.
Jednak to historycy Kościoła zrobili najwięcej, by nas przekonać, że zbrodnie wyrządzane są tylko przez innych i tylko chrześcijanie tak naprawdę padają ofiarą nikczemnych wrogów Chrystusa. Przecież przez stulecia byliśmy karmieni obrazami chrześcijańskich męczenników torturowanych i wydawanych na śmierć tylko dlatego, że wierzyli w Jezusa Chrystusa. Lektura „Imperium grzechu” przypomina, że zbrodnie zdarzały się też gorliwym synom tej instytucji. Warto o nich wiedzieć choćby po to, by ostrzegać samych katolików by mieli oczy szeroko otwarte i nie przyzwalali na trwanie zła we własnych szeregach..


Recenzja Profesora Obirka pokazuje „Imperium grzechu” jako mocną, dobrze napisaną, ale trudną emocjonalnie kronikę zbrodni Kościoła. Książka odsłania mało znane, mroczne epizody co winno skłonić katolików do krytycznego rachunku sumienia. Autor podkreśla jednocześnie atrakcyjną, wręcz „kryminalną” formę narracji Nowaka i Stempina, co czyni książkę nie tylko ważną, ale też bardzo wciągającą mimo ciężaru tematu.
*
Smutną konkuzją jest łatwość z jaką niektórzy rzekomo prześladowani sami stają się prześladowcami.
Kościół sam się zakopał tak się odbudował tym co rzekomo miało mu pomóc że nie jest w stanie wyjść z tego bez pomocy zewnętrznego „laickiego” świata. Patriarchat, hierarchiczność, formacja, stosunek do siebie samego (eklezjocentryzm) i do świata zupełnie go pogrąża. Dochodzi jeszcze około tysiącletnie dziedzictwo bycia jednym z głównych architektów systemu feudalnego co nigdy chyba nie było przedmiotem autorefleksji. Jedyna szansa dziejowa była podczas fermentu Reformacji ale Sobór Trydencki zamiast być wewnętrznym wglądem był jeszcze większym dociśnięciem pedału gazu na manowce. Powstało wiele dobrych publikacji choćby „Kryminalna historia chrześcijaństwa” Karlheinza Deschnera z którą kościół jeszcze walczył, obecnie już nie walczy z podobnymi publikacjami bo zrozumiał chyba że nie ma czym walczyć, Fredericka Martela nikt nie pozwał. Oby recenzowaną książkę przeczytali też nauczyciele szkolni by trochę ochłonęli ze swymi zapędami względem młodzieży. Zazdroszczę czasem ludziom którzy mają względem kościoła naturalny wgląd jakby intuicyjną prajne praktykowaną w buddyzmie zen która przenika wiele spraw poza dyskursywnym umysłem a spotkałem takie osoby. W moim przypadku musiałem jednak cały ten system rozmontować w sobie krok po kroku, książka po książce, artykuł po artykule etc. Pielgrzymka z katedry do samego siebie
Co się tyczy chrztów żydowskich dzieci… W moim (pożydowskim) sztetlu miejscowy proboszcz przez lata odwiedzał kobietę ocalałą z zagłady, by ją w końcu ochrzcić na łożu śmierci. Działo się to nie tak dawno…