17.08.2020

Obudzony rano palec wędruje do ajfonu i naciska literę Z. Pojawiają się ZMARLI. Dowiaduję się kto był premierem liczącego 2 i pół tysiąca dusz państewka u wybrzeży Nowej Zelandii, co się stało z żonami Mieczysława Rakowskiego, kto napisał hymn narodowy Tadżykistanu, jak zabił się w samochodzie nieznany mi polski celebryta, kto komu i w jakich religiach dawał święcenia od biskupa w górę i kto, w jakim kraju i w jakim sporcie był mistrzem. Czekam na nazwiska ludzi, których znalem, ale ci pojawiają się coraz rzadziej; albo dawno już ich nie ma, albo urosła długowieczność Polaków. W tym moim oczekiwaniu umiera EWA DEMARCZYK, lat 79.
Przez pół wieku naszej emigracji słuchaliśmy jej przy śniadaniu w kuchniach Kopenhagi, Providence, Chicago, Bostonu i Miami Beach. Przypominała nam polską poezję, imponowała głosem na miarę Edith Piaf i Judy Garland, samotna gwiazda osaczona przez polskich zazdrośników, miała mieć „zły charakter”: łasa na pieniądze, nie dopłacała muzyków.
Zobaczyłem ją 22- letnią, w Krakowie „Pod Baranami” (1963), była tam objawieniem dla Piotra Skrzyneckiego, który tak ją zapowiadał: „Proszę państwa, proszę państwa, wielka, niezastąpiona, aż ogień z niej bucha, piorunująca Ewa Demarczyk!”
W 1971 roku reżyserowałem programy rozrywkowe w duńskiej telewizji. Mojego szefa (był nim Niels-Jørgen Kaiser, późniejszy dyrektor „Tivoli”), przekonałem, że Ewa Demarczyk jest polską Edith Piaf i że warto jej zapłacić dwa tysiące dolarów, a muzykom po dwieście (majątek w przeliczeniu na tamte złotówki), za występ w studio „B”, w programie „Den Sørte Øjne” („Oczy czarne”).
Zadzwoniłem do Ewy, która powiedziała, że będzie to możliwe, gdy jej agencja, rządowy „Pagart”, nie dowie się, że ma z tym coś wspólnego marcowy emigrant. Rozmowy z Polską były już wtedy automatyczne, ale żeby telefon zabrzmiał „służbowo”, po wykręceniu numeru „Pagartu”, cienkim głosem polskiej telefonistki, powiedziałem: „Kopenhaga do pani”, a po chwili odezwałem się angielskim barytonem szefa rozrywki duńskiej telewizji. Ubiliśmy interes: honorarium miało być połową sumy obiecanej Ewie; chciałem zmniejszyć 20-procentowy haracz „Pagartu”. Do wybranych piosenek Ewy przy współpracy duńskiego poety, wyprodukowaliśmy duńskie napisy.
W wielkim studio „B” wybudowaliśmy jak na arenie bokserskiej podesty, na których zasiedli widzowie, tak gęsto i blisko Ewy, żeby w każdym jej kadrze, w tle kłębiły się ludzkie twarze, wszystkie, bez wyjątku należące do żydowskich emigrantów marcowych, bo jaki to Duńczyk przyszedłby na koncert polskich piosenek? W pierwszym rzędzie zasiedli pracownicy ambasady polskiej w Kopenhadze, a więc sprawa się wydała. Ewa powiedziała mi po koncercie, że w Pagarcie od początku wiedzieli od kogo dostała zaproszenie; instytucja wypalała się z braku dewiz i każdy dolar się liczył, chodziło tylko o to, żeby zapobiec plotkom, które mogłyby trafić do Służby Bezpieczeństwa.
Niedawno obejrzałem w TVN ostatni wywiad, jakiego udzieliła Ewa. Dowiedziałem się, że jej Państwowy Teatr Poezji i Piosenki Ewy Demarczyk na krakowskim Kazimierzu zawiesił działalność z powodu roszczeń majątkowych, pewnie żydowskich, do budynku, w którym się mieścił. Miasto Kraków odmówiło jej nowego pomieszczenia. Moi polsko-żydowscy widzowie ze Studia „B” sprzed 60 lat — byliby oburzeni.

Marian Marzyński
Polski i amerykański dziennikarz, reżyser filmowy i scenarzysta. Ur. 12 kwietnia 1937, zmarł 4.04.2023. Mieszka stale w USA. Album autobiograficzny Mariana Marzyńskiego KINO-Ja. ŻYCIE W KADRACH FILMOWYCH jest do nabycia w księgarni internetowej UNIVERSITAS i w sklepach taniej książki.
Witryna Marzyńskiego LIFE ON MARZ

próbował pan namówić jakiegoś Duńczyka?